„Panna Młoda!” jest potworna!

gazetafenestra.pl 12 godzin temu
Nocne życie Ameryki lat 30. XX wieku. Źródło: fot. Brett Sayles, Pexels.com

Frankenstein jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w kulturze europejskiej. W zeszłym roku na platformie Netflix pojawiła się nowa interpretacja książki Mary Shelley w reżyserii Guillermo del Toro, a kilka miesięcy później możemy udać się do kina na zupełnie nową opowieść. Co, jeżeli „Frankenstein” wcale nie kończy się tak, jak do tej pory myśleliśmy? Co, jeżeli historia ta jest niedopowiedziana?

Maggie Gyllenhaal w swoim najnowszym filmie postanawia odkryć, jaki alternatywny los mógł spotkać potwora Frankensteina (Christian Bale). Przenosi jego postać w lata 30. XX wieku i przedstawia jako samotnika szukającego miłości. Jest to bohater spokojny, delikatny i wrażliwy. Dla wtopienia się w tłum używa imienia Frank, a większość czasu spędza w kinie, idealizując aktora Ronniego Reeda (granego przez brata reżyserki – Jake’a Gyllenhaala). Nieszczęśliwy, romantyczny wręcz bohater odnajduje ekscentryczną naukowczynię, którą prosi o pomoc w znalezieniu żony. A adekwatnie w stworzeniu jej. Tak powstaje Panna Młoda. Wykopana z grobu, niczego niepamiętająca Ida (w tej roli Jessie Buckley) gwałtownie zyskuje autonomię. Nie jest wyłącznie produktem stworzonym na życzenie – od pierwszych minut to ona przejmuje historię. Tak oto opowieść o potworze Frankensteina zmienia się w narrację kobiecą.

„Panna Młoda!” od pierwszych minut jasno daje do zrozumienia, iż będzie skupiona na żeńskiej perspektywie. Rozbudowuje ją na wielu płaszczyznach. Oprócz losów głównej bohaterki śledzimy wiele innych wątków, które wciąż silnie zakorzenione są w feministycznym spojrzeniu. Obserwujemy gangsterów, którzy wykorzystują kobiety i pozostawiają je brutalnie okaleczone. Poznajemy historię detektywa i jego sekretarki, która wykazuje się lepszymi zdolnościami analitycznymi niż jej przełożony, ale przez swoją płeć jest pomijana i degradowana. W pewnym momencie za sprawą Idy wybucha wielki protest kobiet, które zjednoczone wychodzą na ulicę. Jednak najważniejszym motywem wydaje się oddanie głosu autorce książki. Mary Shelley pojawia się jako duch, jako widmo, które zagnieżdża się w głowie Idy i przejmuje nad nią kontrolę. Opętana dziewczyna staje się medium, które umożliwia pisarce wyrażenie swoich frustracji i pragnień bez ograniczeń epoki czy konwenansów. Ida jest przez cały film rozdarta między dwoma osobowościami. Targana sprzecznościami, walczy z szowinizmem, brakiem pamięci, miłością i opętaniem. Wiele tego jak na jedną osobę. Niestety za wiele.

Miszmasz na wielu poziomach

„Panna Młoda!” jest przeładowana. W potrzebie ukazania ważnych tematów Maggie Gyllenhaal zatraca obiektywizm. Film podczas dwóch godzin porusza tyle wątków, iż spokojnie starczyłoby ich na trzy sezony serialu. Jednocześnie przez ich nagromadzenie żaden nie jest odpowiednio rozwinięty i wyjaśniony. Wszystkie oczywiście są dokończone i zamknięte, ale zupełnie niesatysfakcjonująco. Jako iż przez cały seans skaczemy z tematu na temat, trudno jest sympatyzować z którymkolwiek bohaterem, bo za chwilę zastępuje go inny. Ida i Frank zlepiają wszystkie historie, ale ich obecność często wprowadza jedynie element zapalny, pozostawiając po sobie zgliszcza i niedopowiedzenia. Akcja toczy się niemiłosiernie wolno i choć cały czas coś się dzieje, to tak naprawdę nie dzieje się nic. Problemy poruszane są powierzchownie z powodu swojej mnogości. Bohaterów jest wielu, więc gwałtownie znikają z ekranu. Wszelkie tajemnice i powiązania między postaciami zamiast budować duszną atmosferę raczej bezceremonialnie duszą widza. Każdy kolejny zwrot akcji wygląda jak odhaczony z listy zadań, bez budowania silnych związków fabularnych i tworzenia zaangażowania u odbiorcy.

Ta sama niespójność pojawia się w warstwie wizualnej. Film, który z założenia ma skręcać w stronę niszowego kina artystycznego, staje się eksperymentem, podobnie jak bohaterowie, o których opowiada. jeżeli spojrzymy na niego z tej strony, to może uda nam się wytłumaczyć wszelkie zabiegi stylistyczne, które zaserwowała nam reżyserka. Bo faktycznie jest to zlepek gatunkowy. Mamy do czynienia z romansem, dramatem, kryminałem, gore, kinem paranormalnym, science fiction, kinem drogi, musicalem… Wydaje się, iż jesteśmy w stanie wpisać w „Pannę Młodą!” każdy gatunek, jaki znamy. Tak więc Mary Shelley opętuje nie tylko Idę, ale również narrację. W ten sposób tworzy dwa nowe potwory. Mówi się, iż od przybytku głowa nie boli, jednak ten potworek gatunkowy może przyprawić o jej zawroty (szczególnie w scenie ze światłem stroboskopowym, przy której błędnik szaleje).

Z tą mieszanką musieli zmierzyć się aktorzy, których nazwiska mogły być dla wielu widzów najbardziej przekonującym argumentem, aby wybrać się do kin. W rolach głównych obserwujemy Christiana Bale’a, który słynie z drastycznych przemian wizerunkowych na potrzeby filmów, oraz Jessie Buckley, tegoroczną zdobywczynię Oscara. Partnerują im chociażby Penélope Cruz czy Jake Gyllenhaal. Nazwiska naprawdę rozpoznawalne, ale przede wszystkim mające w swoich repertuarach role skrajne i różnorodne. Jednakże w zetknięciu ze scenariuszem tak połatanym choćby ich kunszt aktorski nie jest w stanie stworzyć przyciągającego seansu. Widać tutaj zabawę postaciami, ale film nie podłapuje tego żartu. Unika parodii, wciąż usilnie traktując swoje problemy poważnie, przez co przerysowana gra aktorska tworzy kolejny z licznych dysonansów tej produkcji.

Kino jest piękne, bo pozwala na niczym nieskrępowaną ekspresję. Przyjmuje wszelkie pomysły i zabawy formą. Trzeba się jednak liczyć z tym, iż nie każda zabawa wzbudzi duży entuzjazm wśród grających. Maggie Gyllenhaal pokazuje nam swoje klocki, jednak zbudowany z nich zamek jest koślawy. Wszystkich elementów jest za dużo, a każdy z nich próbuje grać pierwsze skrzypce. Są one wzajemnie ze sobą skonfliktowane. Towarzyszy nam poczucie bycia w środku walki, a nie podążania za spójną historią, która wszystkie te wątki łączy. Ten chaos mógł być ciekawym doświadczeniem, jednak wymknął się twórcom spod kontroli. Tak jak Frankenstein nie przewidział skutków swojego eksperymentu, tak „Panna Młoda!” zbytnio puściła wodze fantazji.

Kamila CHOLEWICKA

Idź do oryginalnego materiału