Obudź się. Przed tobą kolejny dzień, pełen nowych możliwości. Masz wszystko, czego potrzeba, by osiągnąć sukces – wystarczy wyciągnąć po niego rękę. „Carpe diem”. Takie hasła towarzyszą złamanym, wypalonym duszom Los Angeles podczas pobudki późną nocą. gwałtownie jednak okazuje się, iż to tylko puste, motywacyjne frazesy bez żadnego pokrycia. Bohaterowie Crime 101 funkcjonują w brutalnej, cynicznej rzeczywistości, gdzie marzenia ulegają erozji, a stawką jest jedynie przetrwanie. Dokąd zaprowadzi ich wędrówka niebezpiecznymi ścieżkami? I czy w świecie, gdzie moralność bywa luksusem, zdołają ocalić własne człowieczeństwo?
Protagonista filmu Barta Laytona nie należy już do zimnokrwistych mistrzów swojego fachu. Mike Davis to skrupulatny, enigmatyczny złodziej, w którego wnętrzu z dnia na dzień narasta egzystencjalna pustka. Lata działalności stępiły jego zawodowy pazur – kolejne napady są coraz bardziej stresogenne, a on sam marzy o normalnym, spokojniejszym życiu bez wyrządzania krzywdy. Decyduje się więc na ostateczny, wysoce ryzykowny rabunek, ale gwałtownie odkrywa, iż od przeszłości nie tak łatwo uciec. Tym razem intryga jest o wiele bardziej skomplikowana niż można by przypuszczać. Losy bohatera krzyżują się ze sfrustrowaną agentką ubezpieczeniową i ekscentrycznym detektywem, którego obeznany, wyczulony na korupcję nos nie daje się zwieść. Amok sytuacji wzmaga młodszy złodziej, będący antytezą Davisa – ucieleśnieniem czystego chaosu. Kto wyjdzie z tej niebezpiecznej gry obronną ręką?
fot. „Crime 101” / materiały dystrybucyjne Sony PicturesW ramach tego konceptu Layton serwuje widowni rasowe kino sensacyjne, które niemal nieustannie kipi napięciem. Crime 101 to prawdziwy gatunkowy stek na rozżarzonej patelni: pościgi, pulsujący soundtrack, nocny, żywo-wielkomiejski klimat i błyskotliwe dialogi składają się na zdumiewająco żywiołową, brawurową energię filmu. choćby jeżeli atmosfera okazjonalnie ulega rozluźnieniu – zwłaszcza pod wpływem romantycznego ciepła, które organicznie wyrasta z rozwijającej się fabuły – to owe momenty dolewają tylko oliwy do ognia, pogłębiając psychologicznie postaci i ich relacje, nadając im większej autentyczności oraz podnosząc stawkę snutej opowieści.
W swojej konwencji formalno-tematycznej Crime 101 stanowi wykwintną odę do klasyków X muzy. Twórcy czerpią z noir, zanurzając bohaterów w mrocznej estetyce i głębinach moralnej ambiwalencji, a jednocześnie rewitalizują egzystencjalną poetykę kina Michaela Manna – motywy męskiej samotności i emocjonalnej impotencji odżywają tu na nowo. Z kolei żarliwa, fanowska miłość Laytona do sensacyjnych obrazów lat 60. z udziałem Steve’a McQueena wybrzmiewa choćby w dialogu bohaterów, którzy dyskutują o tych produkcjach. Cały ten zestaw inspiracji działa w Crime 101 jako synergia – reżyser niebywale zręcznie łączy obsesje swoich ulubionych maestrów kina z różnych epok, uwspółcześniając je w sposób godny ich mistrzowskiego kunsztu.
fot. „Crime 101” / materiały dystrybucyjne Sony PicturesPod powłoką technicznego zacięcia i nostalgicznego ducha filmowego, kryje się głęboko egzystencjalna, a przy tym uniwersalna opowieść. Bohaterowie, grani przez Chrisa Hemswortha, Halle Berry i Marka Ruffalo, tworzą elektryzujący trójkąt, którego wierzchołki, pozornie zupełnie odmienne, łączy pewna nić – kryzys wieku średniego w erze późnego kapitalizmu. Cała trójka walczy z problemami wszelakiej maści: od związkowych porażek, przez ageizm, bezsenność, poczucie bezsensu, po nieubłaganie nienadchodzący awans – a szczególnie przemianę pokoleniową. To jednostki niejako wypluwane przez struktury społeczno-ekonomiczne, które definiują je jako zbędne, przestarzałe, nieprzystające do współczesnych czasów odpady, by na ich miejsce wprowadzić przedstawicieli młodszych pokoleń. Layton otula swoich protagonistów zrozumieniem i szczerą empatią, naturalnie wplatając w swą sensacyjną opowieść przejmującą, humanistyczną refleksję nad człowiekiem, funkcjonującym w nieludzkich realiach.
Ostatecznie omawiani bohaterowie Crime 101 decydują się jednak walczyć o siebie w dekadenckim świecie, niejako wymuszającym naginanie etycznego kręgosłupa, by zachować resztki godności. Niczym protagoniści Jackie Brown, których lata świetności również teoretycznie minęły, stawiają czoła własnej przeszłości oraz postanawiają potraktować okrutny świat tak, jak na to zasługuje – serca wybitnych obrazów Quentina Tarantino i Barta Laytona wspaniale ze sobą rezonują. Albowiem tak, Crime 101 spełnia wszelkie warunki do statusu dzieła wybitnego – jego wielowarstwowość zdumiewa na długo po napisach końcowych. To znakomicie wyreżyserowane i zagrane kino-hołd, łączące rozmach, głębię oraz kameralną intymność. Te trzy elementy tworzą harmonijną całość, zaskakująco wyśmienitą w każdym aspekcie. Doprawdy, kino takie, iż palce lizać!







