Oresteja – recenzja spektaklu. Pokłosie wojny

popkulturowcy.pl 2 godzin temu

Oresteja Ajschylosa to najstarsza zachowana trylogia tragiczna. Antyczny tekst został wzięty na warsztat przez belgijskiego reżysera Luka Percevala. o ile spodziewaliście się widowiska – raczej go nie dostaniecie. Spektaklowi bliżej do wyważonego stadium cierpienia wywołanego przez wojnę, w którym nie brak emocji. Może choćby jest ich nieco za dużo.

Mam wrażenie, iż motyw wojny trojańskiej w tym roku atakuje nas z każdej strony. Premiera Odysei Christophera Nolana nie przeszła w kulturowym światku bez echa. Na półki księgarń powróciły klasyczne opowieści, a na teatralnych scenach zatriumfowały antyczne tragedie. Pierwszą premierą Teatru Narodowego w okresie okazała się właśnie Oresteja na podstawie Ajschylosa w reżyserii Luka Percevala. Spektakl jest skromny pod względem inscenizacyjnym. Można adekwatnie powiedzieć, iż reżyser postawił wszystko na jedną kartę: emocje.

Kadr ze spektaklu Oresteja, fot. Mariia Shulga

Scenografię Orestei tworzy wielka schodkowa piramida. To na niej pojawiają się aktorzy. Wspinają się na jej szczyt, schodzą na sam dół, biegają wkoło, przybierają iście antyczne pozy na niej czy obracają ją. W zestawieniu z surowym oświetleniem oraz niepokojącą muzyką w tle, wizualna strona spektaklu zrobiła na mnie naprawdę ogromne wrażenie. Jest w tym coś surowego, ale zarazem statycznego i monumentalnego. Nieruchoma piramida może się kręcić jedynie wokół własnej osi. Jest solidnym fundamentem powojennych zgliszczy. Wszystko wydaje się zniszczone wojną, ale ona wciąż jest. W tym samym miejscu. Będąc jedynym stałym miejscem dla bohaterów.

Oresteja rozpoczyna się monologiem Hekuby, w którą wcieliła się Danuta Stenka. Jest to niesamowicie poruszający i przeszywający fragment, a zarazem bardzo mocne rozpoczęcie spektaklu. Aktorka jest w stanie przekazać widzom cały wachlarz emocji, wywołując ciarki na plecach. Wojna zyskuje tutaj oblicze wiecznie przegranej. Nieważne, iż już dobiegła końca. Spirala przemocy wciąż się nakręca. Nie ma nadziei. Jest tylko cierpienie, ból, smutek, żałoba czy złorzeczenie bóstwom. Nie da się już rozróżnić sprawiedliwości od zemsty. Pokłosie wojny da się odczuć w pamięci, języku, domu czy relacjach.

Luk Perceval w swojej interpretacji Orestei skupił się przede wszystkim na słowie. Mało tutaj ruchu scenicznego czy interakcji między bohaterami. Każdy z aktorów odgrywa swoje własne monologi czy dialogi. Owszem bywają razem, ale mimo wszystko osobno, tworząc całą sieć oddzielnych bytów. Są przez to jeszcze bardziej samotni, zamknięci w swoich światach. Przeżywają na nowo wojenne katusze, a cała ich teraźniejszość otulona jest cierpieniem, beznadzieją i pragnieniem zemsty. Ogromne wrażenie (poza wspomnianą wcześniej Danutą Stenką) zrobiły na mnie Aleksandra Justa w roli Klitajmestry oraz Karolina Staniec jako Kasandra. pozostało Ifigenia, którą gra Hanna Wojtóściszyn – najbardziej w ruchu, na pograniu życia i śmierci, duch obserwator. I tak naprawdę to te cztery aktorki napędzają i podtrzymują całą Oresteję.

Kadr ze spektaklu Oresteja, fot. Mariia Shulga

Totalnie nie trafiła do mnie Elektra, którą gra Ewa Bukała. W porównaniu do pozostałych aktorów i aktorek jest całkowicie przesadzona, niemal groteskowa na tym tle. Nie ukrywam, iż jej postać bardzo mnie irytowała. Zwłaszcza, iż tematyka spektaklu jest dość ciężka, a jej lament wybrzmiewał najdonioślej i najsztuczniej, całkowicie wybijając mnie z historii. Ciekawym zabiegiem było również obsadzenie Roberta Czerwińskiego w podwójnej roli: Agamemnona i Orestesa, czyli ojca i syna. Tym samym dostaliśmy metaforyczny, chociaż chyba aż nazbyt oczywisty, obrazek przedstawiający przemoc, która przechodzi z pokolenia na pokolenie.

Oresteja zdecydowanie nie należy do spektakli łatwych i mówiąc szczerze bardzo mocno mnie zmęczył. Odczuwałam też bardzo duży dyskomfort, wywoływany przez niektóre monologi. Może właśnie tak miałam odczuć to przedstawienie. Jako wielbicielka teatru tańca i wyznawczyni zasady, iż ruchem da się powiedzieć o wiele więcej niż słowami, odczuwam też spory niedosyt. Momentami Oresteja była nużąca, a lamenty i płacze sprawiały, iż miałam ochotę wyjść z sali (kilka osób tak zrobiło). Z drugiej strony traktuję to jako reakcje, które miałam poczuć podczas spektaklu. o ile taki był zamysł Luka Percevala to zdecydowanie mu się to udało.

Fot. główna: kadr ze spektaklu Oresteja, fot. Mariia Shulga

Idź do oryginalnego materiału