Małgorzata Leśniak: Zanim porozmawiamy o projekcie, z powodu którego się spotkaliśmy, chciałabym zacząć od drogi, która doprowadziła pana do tego miejsca. Jest pan tłumaczem literatury pięknej. Co pan tłumaczy?
Piotr Braszak: Głównie prozę rosyjską i ukraińską, czyli zgodnie z moim wykształceniem – jestem filologiem rosyjsko-ukraińskim, ze specjalizacją właśnie w przekładzie.
ML: A skąd wziął się pomysł na takie studia? To chyba nie jest bardzo popularny kierunek zainteresowań – Rosja, Ukraina. Choć mnie akurat interesuje historia Rosji i byłego Związku Radzieckiego, bardzo lubię literaturę rosyjską, a „Idiota” Fiodora Dostojewskiego to jedna z moich ukochanych książek. W czasach mojej edukacji język rosyjski był obowiązkowy w szkole, ale pan jest z młodszego pokolenia. Skąd więc ta fascynacja?
PB: Miałem taki moment w życiu, kiedy szukałem miejsca, gdzie mógłbym uporządkować myśli w głowie, znaleźć trochę spokoju. I tułałem się, aż wylądowałem w Beskidzie Niskim.
Tam spotkałem ludzi mówiących w bardzo dziwnym języku. Moi gospodarze dbali o przydrożny krzyż, na którym napisy też były dla mnie niezrozumiałe.
Najpierw dowiedziałem się, iż to Łemkowie, później, iż wolą być nazywani Rusinami. Było to dla mnie na tyle interesujące, iż postanowiłem zgłębić temat i tak trafiłem na wschodoznawstwo na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Było tam dla mnie za mało literatury, więc żeby połączyć miłość do słów z rosnącą miłością do Wschodu, zacząłem studia na filologii rosyjsko-ukraińskiej.
ML: Jest pan też badaczem pieśni tradycyjnych. Czy w swoich poszukiwaniach skupia się pan na obszarze zgodnym z wykształceniem?
PB: Generalnie tak, bo ostatnie lata głównie zajmuję się muzyką Polaków na Wschodzie i przesiedleńców. To taka mieszanka melodii, które przywędrowały do nas zza Buga, i tych, które obecne były na danym terenie już wcześniej. Nie są to raczej badania mikroregionów, bo dotyczą właśnie kultury wędrownej.
ML: Czyli – używając określenia z plakatu zapowiadającego potańcówkę wieńczącą projekt – melodie tułackie.
PB: Dokładnie tak.
ML: Czym one są?
PB: Powojenne kapele były zróżnicowane tożsamościowo, bo grający w nich Polacy pochodzili z różnych stron. W rodzinnych domach używali różnych języków. Repertuar też był różnorodny, bo czerpał inspiracje z wielu tradycji muzycznych. Po II wojnie światowej powstawały takie tułackie składy: nierzadko zdarzało się, iż cymbalista z Wileńszczyzny grał ze skrzypkiem z Wołynia albo harmonista z przedwojennej Wileńszczyzny (a po nowym wytyczeniu granic Grodzieńszczyzny) dzielił kapelę z łemkowskim skrzypkiem, przesiedlonym w ramach akcji „Wisła”.

Zabawa w Runowie, zdjęcie ze zbiorów Muzeum Ziemi Nadnoteckiej w Trzciance.
W ten sposób wytrącały się niesamowite muzyczne połączenia, każdy z muzyków wprowadzał swój głos, charakterystyczny dla miejsca, z którego pochodził. Jedna kapela potrafiła zagrać najpierw litewskie tańce dworskie, potem ukraińskie kozaki czy kołomyjki, a na koniec białoruskie kachanoczki. Dzięki temu muzyka nabierała nowego, odmiennego kolorytu. Melodie wyruszały w tułaczkę razem z przesiedleńcami.
Dobrym tego przykładem jest taniec podespan czy padespaniec (z francuskiego pas d’ Espagne, czyli krok hiszpański), który przemierzył drogę w drugą stronę: prawdopodobnie z Hiszpanii, przez Francję, aż na tereny Wielkiego Księstwa Litewskiego, gdzie zrobił zawrotną karierę.
ML: Próbuję w myślach prześledzić na mapie trasę padespańca i zastanawiam się, w jaki sposób przeskoczył z Europy Zachodniej na Litwę?
PB: Był to na początku taniec dworski, prawdopodobnie zakorzenił się w polskiej kulturze salonowej razem z modą na wszystko, co francuskie, a potem, podpatrzony i zaadaptowany przez służbę, zamienił się w wiejskiego padespańca. Taniec ten był lubiany między innymi na Suwalszczyźnie i Podlasiu, i choć z czasem stracił na popularności, to pamięć o nim przetrwała w repertuarze dawnych muzykantów.
ML: Projekt, którym się pan zajmuje, obejmuje badania archiwalne i terenowe nad tradycyjną muzyką instrumentalną powojennej Trzcianki. Na plakacie, który zapowiadał potańcówkę, czytamy o repatriantach zza Buga. Trzcianka rzecz jasna istniała, zanim pojawili się w niej przesiedleńcy, więc gdy mówimy dziś o jej muzyce powojennej, to musimy pamiętać, iż spotkały się tu melodie autochtonów i przesiedleńców.
PB: Do tego zagadnienia nawiązuje właśnie nazwa projektu, czyli „Trzcianecki palimpsest” – jak pani powiedziała, jest to kolejne nadpisanie, kolejny rozdział w historii tej kultury muzycznej.

Trzcianka, 1954. Zdjęcie ze zbiorów Jarosława Wieliczko.
Zanim rozpocząłem prace nad projektem, byłem pewien, iż o ile coś się uda znaleźć, to będzie to właśnie połączenie zastanego z tym, co zostało przywiezione ze Wschodu – w pierwszych latach po wojnie przesiedleńcy stanowili dwie trzecie mieszkańców miasta. Plan był taki, żeby wytropić zachowane ślady muzyczne powojennej Trzcianki, a gdyby nie udało się odnaleźć samych zapisów muzycznych – to w trakcie zabawy w archiwalnych detektywów dokonać rekonstrukcji. Okazało się, iż więcej było tego drugiego.
Próbowaliśmy odtwarzać melodie i historie na podstawie podobnych przesiedleńczych ostoi oraz opowieści i zdjęć otrzymanych od naszych rozmówców. Pierwszy miesiąc pracy nad projektem stanowiła kwerenda w archiwach kilku stacji radiowych i jednostek naukowych. Poprosiłem też o pomoc badaczy, którzy tą tematyką się zajmowali. Niestety w rozgłośniach bardzo gwałtownie ostudzono mój zapał: ta część Polski była bardzo niewygodna politycznie do nagrywania.
ML: Dlaczego?
PB: Dlatego, iż tuż po wojnie odgórne dyrektywy nakazywały emisje materiałów pokazujących głównie obrazek, na którym przesiedleńcy idealnie się zasymilowali, przejmując zastane zwyczaje jako swoje. W latach 50. stacje bardzo ostrożnie emitowały tego typu reportaże, redaktorzy musieli uzyskać na nie specjalne pozwolenia.
ML: Bo?
PB: Bo nie do końca w sumie było jasne, czy nagrywani to Polacy, czy nie Polacy – część przesiedleńców stanowili na przykład polscy Białorusini, którzy w domu mówili po rosyjsku czy białorusku, czasem mieszanką tych dwóch, czyli trosianką, albo „po prostemu”. I problem był z wytłumaczeniem tego szerszemu odbiorcy w radiu. No bo jak?
Zgodnie z ówczesną propagandą na Ziemie Odzyskane, czyli od dawien dawna polskie, przyjechali swojacy, a tu wychodzi na to, iż ziemie jakby poniemieckie, a rodacy nie mówią po polsku albo porozumiewają się jakąś obcą polszczyzną. A niekiedy przesiedleńcy ze Wschodu przywozili ze sobą coś, co było skrajnie nieemitowalne – muzykę, w której wyraźnie słychać było tradycje żydowskie.

Zabawa w Runowie, zdjęcie ze zbiorów Muzeum Ziemi Nadnoteckiej w Trzciance.
Z prac dr Gabrieli Gacek wiemy, iż taśmy z takimi nagraniami opatrywane były specjalnymi ostrzeżeniami. Dlatego częściej i chętniej nagrywano polskich przesiedleńców z innych części Polski lub szukano autochtonów.
Interesujących nas materiałów archiwalnych jest mało, dlatego zwróciliśmy się z apelem o pomoc do społeczności Trzcianki. Bardzo nas cieszy, iż wsparło nas Muzeum Ziemi Nadnoteckiej, a także Urząd Miasta Trzcianki, biblioteka i miejscowe parafie. Do rozwieszonych w licznych miejscach plakatów, zapraszających na potańcówkę, dołączony był apel, by zgłosili się ci, którzy pamiętają czasy powojenne i ówczesne potańcówki.
ML: I?
PB: I dostaliśmy dużo ciekawych materiałów, zdjęć i opowieści. Dowiedzieliśmy się na przykład, iż bardzo popularnym miejscem potańcówek były mosty. Według jednej z relacji, w maju i czerwcu po pracy panie obmiatały most, a panowie ustawiali po bokach krzesła i taborety, i zaczynały się tańce. Co ciekawe, takie imprezy odbywały się w tym okresie codziennie.
ML: Zatrzymajmy się na tym moście na chwilę. Rozumiem, iż był to czynny most, czyli jeździły po nim pojazdy. Jak więc wyglądało to w praktyce? Na czas przejazdu auta przerywano zabawę?
PB: Mówimy o drugiej połowie lat 40. i pierwszej połowie 50., więc ruch zdecydowanie nie był tak intensywny jak dziś.

4. Odgruzowywanie powojennej Trzcianki, 1946. Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Ziemi Nadnoteckiej w Trzciance, przekazane przez Józefa Urbanowicza.
Wiemy o tym też ze zdjęć pochodzących z zasobów wspomnianego już muzeum. Widać na nich zwykle dopiero odgruzowywane w czynie społecznym drogi.
Pamiętajmy, iż Trzcianka znacznie ucierpiała podczas działań wojennych. Na tych zdjęciach nie widać samochodów, więc śmiało możemy założyć, iż jeżeli tańczące na moście pary przesunęły się na jedną stronę, to po drugiej spokojnie mógł przejechać, na przykład, wóz drabiniasty.
ML: A czy są zdjęcia, na których widać potańcówkę?
PB: O tak, mamy i takie. Sprawiły nam ogromną radość. Ludzie bawią się na nich na polu, na łące. Są też fotografie pozowane przed domami, na których widać instrumenty, co jest dla nas szczególnie ważne.
Dzięki tym fotografiom wiemy, iż na terenie Trzcianki w latach powojennych grywały obok siebie zarówno harmonie trzyrzędowe z dwudziestoma czterema basami, tak zwane „czarne”, jak i niemieckie bandoneony.
To są bardzo stare instrumenty, z okresu dwudziestolecia międzywojennego i wcześniej, wpisujące się w tytułowy palimpsest.
ML: Opowiedzmy więcej o instrumentach, na których grali powojenni muzykanci.
PB: Niemal w każdym składzie królowały skrzypce. Udało się nam je znaleźć również na archiwalnych zdjęciach. jeżeli mówimy o terenach zabużańskich, to na północ, w stronę Litwy, nieodzowne były cymbały, a w dół, w stronę Grodzieńszczyzny – harmonia, czasem klarnet, no i prawie zawsze bębenek z jedną membraną albo baraban z dwiema.
I my, przygotowując potańcówkę, sformowaliśmy tak zwaną „kapelę biedną”. Bogata potrafiła mieć cymbały, harmonię, klarnet i baraban, a my mamy bardziej kameralny skład: ja gram na harmonii trzyrzędowej guzikowej po przesiedleńcu z Grodzieńszczyzny oraz na niezwykle popularnej za wschodnią granicą harmonii guzikowej dwurzędowej, Dorota Kurkowicz i Natalia Lewandowska na skrzypcach, a Olga Łoś na barabanie. No i dziewczyny oczywiście też śpiewają. Gramy jako kapela Powsinoga.
ML: A widoczne na starych zdjęciach instrumenty przyjechały razem z przesiedleńcami zza Buga?
PB: Nie mamy wystarczająco dużo informacji, żeby z pewnością to stwierdzić. Możemy zakładać, iż harmonie przyjechały z centralnej Polski, a bandoneony są śladem po Niemcach. Liczymy na to, iż więcej dowiemy się po ustaleniu personaliów skrzypków ze zdjęć. Pozornie mogłoby się wydawać, iż fotografii zachowało się niewiele, ale z drugiej strony staramy się nie przekładać współczesnego myślenia na archiwalne zdjęcia.
ML: Czyli?
PB: Zdajemy sobie sprawę, iż kiedyś powstawało generalnie o wiele mniej zdjęć niż dziś, a i muzykanci stanowili niewielki odsetek fotografowanych osób. No i, w końcu, siłą rzeczy, jeszcze mniej liczną grupą pośród tych już uwiecznionych byli przesiedleńcy. Nie tracimy jednak nadziei. Liczymy na to, iż wypłyną nowe fotografie i iż uda się zidentyfikować muzyków ze zdjęć, które już posiadamy.
ML: Wykorzystujecie do poszukiwań media społecznościowe?
PB: Tak. Mamy nadzieję, iż dzięki tym mediom anonimowi muzycy przestaną być bezimienni i iż będziemy mieli okazję porozmawiać z ich rodzinami. Mamy na przykład zdjęcie skrzypka z 1954 roku – rozpuściliśmy w sieci prośbę o pomoc w jego identyfikacji. Może akurat ktoś rozpozna swojego dziadka?
Projekt w tym aspekcie, co nas bardzo cieszy, zaczął trochę żyć własnym życiem, bo historia, którą staramy się ożywić, zainspirowała Muzeum Ziemi Nadnoteckiej – placówka planuje zorganizować wystawę, na której pojawią się fotografie pokazujące dawne potańcówki w powojennej Trzciance.
ML: I właśnie potańcówka była zwieńczeniem projektu. Udała się?
PB: Zdecydowanie tak. Było dla mnie trochę szokiem, iż na potańcówkę w Trzciance przyszło ponad 80 osób. Panie miały na sobie korale i wieczorowe suknie, a niektórzy panowie spodnie w kant i marynarki.
Co ucieszyło nas najbardziej, to fakt, iż w przerwach i po imprezie podchodzili do nas ludzie i opowiadali historie z czasów po wojnie.
Dzięki temu mamy już kolejne osoby, z którymi będziemy się umawiać na rozmowy. Dowiedzieliśmy się też o jednej okolicznej wsi, która została przeniesiona zza Buga w całości. To było bardzo rzadkie. Władze PRL-u bały się podobnych sytuacji, bo trudniej było rozbić obecne w takiej społeczności więzi i jej tożsamość.
ML: Społeczność takiej wsi była bardziej hermetyczna.
PB: Dokładnie, i na to właśnie liczymy – iż ta hermetyczność pomogła uchronić i utrwalić dawne tradycje.
ML: Niedawno była rocznica rzezi wołyńskiej…
PB: A nasza potańcówka odbyła się właśnie 11 lipca, czyli w 83. rocznicę Krwawej Niedzieli. Nie było to zamierzone, ale stało się tak, iż akurat tego dnia zagraliśmy do tańca kozaka, którego melodię przywiózł ze sobą Michał Płotkowski – ocaleniec z rzezi wołyńsko-galicyjskiej, ewakuowany na Pomorze Zachodnie.
ML: Wspominam o rocznicy rzezi na Wołyniu, bo zawsze mnie zastanawia, iż o rozliczaniu i zemście najwięcej krzyczą ci, którzy nie byli i nie widzieli. A potrafią krzyczeć bardzo głośno. I dotyczy to nie tylko tego konkretnego wydarzenia. Chciałabym, żebyśmy umieli pamiętać – to oczywiste, ale też wykorzystywać lekcje historii do budowania lepszego świata, bez szubienic i obozów.
PB: Bo ocenianie jest proste.
ML: Z góry przepraszam za banalność hasła, ale aż się ciśnie na usta. Z tej historii wyrosła nam muzyka ponad podziałami.
PB: Pełna zgoda.
ML: Rozmowę zaczęliśmy od inspiracji literackich; podobnie jak w literaturze, tak i w muzyce nie ma granic. Bo kiedy w duszy gra, to nie jest ważne, zza której granicy przybyła druga dusza, która dołącza. Ważne jest tylko znalezienie wspólnej melodii. A przecież mówimy o artystach, a dla nich ważne są też poszukiwania i inspiracje, a więc i otwarcie się na nowe i nieznane.
PB: Wydaje się, iż dziś jest to szczególnie ważna lekcja. Co rusz zarysowują się kolejne linie podziałów, a tu historia przynosi nam opowieść o zjawisku, które ciągnie w zupełnie odwrotnym kierunku.
Podczas realizacji poprzedniego projektu, „Polfonii”, spotkaliśmy wspomnianego już akordeonistę Michała Płotkowskiego, który grał ukraińskie melodie, bo jego tata grał w mieszanej, polsko-ukraińskiej sąsiedzkiej kapeli. I dla niego było to zupełnie naturalne, wręcz organiczne.
Takie historie wiele nas uczą i chcemy je opowiadać, żeby pamięć o nich przetrwała.
ML: Czy ci, którzy zjawili się na potańcówce, przyszli po prostu potańczyć, czy mieli świadomość, jakiego kawałka historii dotyka wydarzenie, w którym biorą udział?
PB: Nie rozmawialiśmy oczywiście ze wszystkimi, ale ci, z którymi mieliśmy okazję zamienić kilka słów, wiedzieli o naszym projekcie. To są ludzie, którzy te historie, muzykę, melodie i tańce niejednokrotnie znają ze wspomnień starszych pokoleń w swoich rodzinach.
Na potańcówce była między innymi pani, która opowiadała nam, iż jej ciocia trafiła do Polski z przesiedleńcami z Białorusi. Ciocia ma już ponad 90 lat i śpiewa białoruskie pieśni.
Jesteśmy już umówieni na nagrania, co bardzo nas cieszy, bo jest promyk nadziei, iż uda się uratować przed zapomnieniem kolejny skrawek historii.
ML: Trzymam kciuki, bo wiem, iż to jest już wyścig z czasem.
PB: Mamy świadomość tego, iż w tym wyścigu jesteśmy na przegranej pozycji, z każdym rokiem coraz trudniej jest znaleźć bohaterów i świadków tych tułackich opowieści, ale mimo to staramy się nie zniechęcać – robimy swoje, starając się ocalić tyle, ile się da.
Piotr Braszak – tłumacz literatury pięknej, badacz pieśni tradycyjnych, śpiewak i muzykant. Korzeniami związany z zachodnią częścią Polski, od serca w górę zanurzony we Wschodzie. Dzięki stypendium Marszałka Województwa Wielkopolskiego przeprowadził badania archiwalne i terenowe nad tradycyjną muzyką instrumentalną powojennej Trzcianki, których zwieńczeniem była potańcówka z rekonstrukcją dawnego repertuaru.





![Inter Cars: jak udanie skalować działalność na trudnym rynku [Analiza] (Analizy i komentarze)](https://www.sii.org.pl/static/img/019243/inter-cars-1360.jpg)
