Zdjęcie: Open'er Festival / Facebook
Dwa ostatnie dni Open’era pokazały, iż bariery pokoleniowe nie istnieją albo inaczej – są pomosty. Kto w tej konkurencji okazał się najlepszy?
Trzeci i czwarty dzień tegorocznego Open′era (pierwszy i drugi relacjonowaliśmy tutaj) okazały się pokoleniową mijanką i zderzeniem estetyk. Piątek był najbardziej rockowym – w klasycznym rozumieniu tego słowa – dniem imprezy. W dużej części też dniem marzeń dla fanów np. katowickiego Off Festivalu. Publiczność – największą, jaka w tym roku przyszła pod dużą scenę – zgromadził przede wszystkim występ The Cure. W składzie z Edanem Gallupem (synem wieloletniego basisty grupy Simona), który zastąpił zmarłego niedawno Perry′ego Bamonte, no i już stale z Reevesem Gabrelsem (znanym z Tin Machine i lat współpracy z Davidem Bowiem) zespół brzmi znakomicie – być może choćby pewniej niż na ostatnim polskim występie w Łodzi.
Przekrój przebojów
Nie grali tym razem – choć program tej formacji zmienia się z koncertu na koncert – utworów z najnowszej płyty, za to bardzo szeroki przekrój przebojów sprzed lat. Końcową długą serię tych bardziej beztroskich hitów (od „Lullaby” po „Boys Don′t Cry”) skrócił jednak zacinający deszcz. Woda lała się na klawiaturę Rogera O′Donnella, a Gabrels kończył koncert skulony, w czapce i szczelnie owinięty kurtką, jak gdyby grał za kołem polarnym. Tylko Robert Smith, z uśmiechem rzucający uwagi, iż „chyba tu zaraz umrę”, sprawiał wrażenie, jak gdyby chętnie pociągnął całość jeszcze 15 min, choćby i solo. Szczególnie iż widział spokojnie przyjmującą pogodę (było to najwyżej siedem w 10-stopniowej skali Open′era, parę razy podtopionego, a raz ewakuowanego).
The Cure można było – co jest pewnym przełomem – zobaczyć w transmisji w TVP1. Nie pokazali tam za to poprzedzającego ten występ koncertu Slowdive, krótkiego, bo spóźnionego ze względów technicznych. Ani jeszcze wcześniejszej Anny Calvi, która dała pełen elegancji, ale i gitarowego ognia show, popisując się grą na gitarze w różnych technikach, a kończąc mocnym coverem „Ghost Raidera” Suicide. Na tej samej Alter Stage tego samego dnia pojawiły się jeszcze w duecie legendy rodem z Offa – Panda Bear (znany też z formacji Animail Collective) i Sonic Boom (znany ze Spacemen 3).
Na zakończenie – prawdziwe odkrycie ostatnich sezonów, czyli Ethel Cain: Americana w wersji dronowo-folkowej, co w praktyce oznacza idealne nowe pokolenie powolnego, dramaturgicznego ogrywania smutku. Zbłąkani pokoleniowo starsi fani The Cure mogli się poczuć zainspirowani. Scenografia była piękna, a występ bezkompromisowy.
Koncerty rolkowe
Scenografia to w ogóle klucz tej specyficznej „rolkowości” współczesnych koncertów, o której wspominałem w poprzednim tekście. Na Opene′rze w tym roku ten trend obejmował każdy element, włącznie z polowymi budowlami w rodzaju dopracowanej w drobnych szczegółach rotundy PKO Banku Polskiego, gdzie zresztą działy się rzeczy muzycznie bardzo atrakcyjne: wystąpił duet Rysy, a ostatniego dnia festiwalowiczów żegnał taneczny set Fisza. Mecenas przywiózł więc na imprezę nie tylko muzykę Chopina. Poza tym strefy sponsorów nie pozwalały się nudzić pomiędzy występami największych gwiazd, działając nierzadko jak dodatkowe sceny. W silent disco trwała impreza, a żeby zobaczyć występy standuperów w innym namiocie, trzeba było odstać swoje w kolejce.
Ostatni dzień przeniósł rolkowość na nowy poziom, bo główną scenę wypełniły koncerty z muzyką środka popularną na TikToku – z erotycznym show Addison Rae (przypominającym występy Madonny czy Britney Spears) oraz rozbuchanym choreograficznie występem gwiazdy K-popu Jennie. To nie są produkcje, jakie 15–20 lat temu można było zobaczyć na letnich festiwalach, raczej charakterystyczne wtedy tylko dla osobnych tras poszczególnych wykonawców. Z drugiej strony – nieuchronnie skoncentrowane na warstwie wizualnej – muzycznie, także brzmieniowo, niestety rozczarowały w obu przypadkach. Inaczej niż jeden z ostatnich akcentów imprezy – występ brytyjskiej artystki PinkPantheress, która dla tej samej, bardzo młodej i świetnie znającej teksty publiczności zagrała koncert balansujący wymiar muzyczny i wizualny. W nieco mniejszej skali, ale też wpisujący się w imprezowy finał festiwalu, z amalgamatem tanecznych rytmów, m.in. jungle.
Ostatni dzień był może trochę jak przechadzka po trendach z TikToka – ale też jak interesujący przegląd polskiej sceny rapowej z występami Sokoła, Kozy (w duecie z Kubą Więckiem, laureatem Paszportu POLITYKI) i bardzo gorąco przyjętego Huberta.
Wyzwania festiwalowe
Czego nas ta edycja nauczyła? Mapa festiwalowa i konkurencja między imprezami się zagęszcza, więc trudno – mimo dobrych frekwencji – sprzedać całą imprezę tych gabarytów. Trudno też grać koncert bez dobrze pomyślanej scenografii – te czasy odeszły w przeszłość, a czasem też bez bardzo dobrej choreografii. I bez świetnego kontaktu z publicznością.
To już bardzo dużo zmiennych. Czasem muzyka schodzi przez nie na drugi plan, ale nie zawsze. Wiele z tych najbardziej pożądanych cech miały najlepsze festiwalowe występy – David Byrne i Nick Cave rozumieją, jak stare muzyczne rzemiosło przenieść w atrakcyjnej formule w nowe czasy. Bariery wiekowe i stylistyczne nie istnieją – to też nauka płynąca z tej imprezy, zresztą charakterystyczna dla karuzeli atrakcji letnich imprez.