Brak rozpisek z punktami programu na drzwiach sal, brak informacji o tym, iż jakaś prelekcja się nie odbędzie lub została przesunięta, nawalający sprzęt (to znaczy, bardziej nawalający niż na przeciętnym konwencie)… Co prawda na Falkony przyjeżdżają raczej stali bywalcy, ale obawiam się, iż gdyby dla kogoś było to pierwsze zetknięcie z lubelskimi organizatorami, to trzymałby się od Lublina z daleka jak Czarcia Łapa od święconej wody. Sytuację ratowali prelegenci, bo byli wśród nich praktycznie zawodowcy, no i tematyka była ciekawa, z dużą liczbą punktów popularnonaukowych.