Dopiero teraz zacząłem oglądać.

Historia jest mi znana od lat. Bo to kawałek też mojego życia.
Wychowałem się 20 km od Huty Szopienice. W roku 1974 miałem 5 lat. Jestem równieśnikiem pacjentów Doktōrki Pani Jolanty Wadowskiej-Król.
Nie, nie chorowałem na ołowicę. Ale huta ołowiu to nie był jedyny zakład w naszej okolicy. U nas na Halembie były i kopalnia, i elektrownia. Wokół pracowały: huta, koksownia i wiele innych zakładów przemysłu ciężkiego. W latach 70 nikt się żadnymi normami środowiska nie przejmował. Ekologia to w PRL-u był temat zakazany. Wtedy liczyło się wykonanie planu (to był taki sposób zarządzania w socjalizmie), a adekwatnie jego przekroczenie o ileś tam procent.
Ani my dzieci (co oczywiste), ani nasi rodzice i dziadkowie nie zdawaliśmy sobie sprawy z zagrożeń środowiskowych. Bawiliśmy na dworze w piskownicy w czarnym piasku. jeżeli do naszej piskownicy pod blokiem raz na kilka lat dowieziono nowy piasek, był on żółty tylko przez krótki czas. Graliśmy w piłkę pomiędzy piaskownicą a hasiokym (śmietnikiem) w tumanach kurzu. Mieszkałem bezpośrednio nad rzeką Kłodnicą, która była jednym wielkim śmierdzącym ściekiem, w której płynęła gęsta czarna, smołowata ciecz. Nigdy - do dzisiaj (!) nie dało się w niej zamoczyć nóg.
Ja dopiero w latach 90 odkryłem, iż wróble są kolorowe. Zawsze były po prostu czarne - jak się potem okazało, na skutek środowiska w jakim żyły.
Mimo wszystko dzieciństwo miałem szczęśliwe. Choć byłem dość wątłym i chorowitym chłopcem, nikt tego nie wiązał z fatalnym stanem środowiska naturalnego.
Poprawiło się u nas dopiero w latach 90 z dwóch powodów: Po pierwsze, znaczna część przemysłu ciężkiego upadła wraz z upadkiem socjalizmu. Po drugie, pojwiła się kwestia ekologii i normy emisji szkodliwych czynników.
Zresztą sam znaczną część swojego zaangażowania zawodowego, gdy po studiach zacząłem pracę w roku 1994, poświeciłem ochronie środowiska.
Dużo się w tej materii udało. Jednak nie wszystko. Za swoją osobistą porażkę uznaję fakt, iż rzeka Kłodnica do dziś nie prowadzi czystych wód. Co prawda pluskają się w niej już od wielu lat dzikie kaczki, ale jej wody w dalszym ciągu są silnie zanieczyszczone.
Niestety do dziś żadne jednostki państwowe za to odpowiedzialne zupełnie się tym nie przejmują. Nie ma kontroli, nie ma badań, nie ma reakcji. Coś o tym wiem, bo wielokrotnie próbowałem interweniować i zawsze odbijałem się od betonowego muru nieruchawej biurokracji.
A może ten mur jest wyłożony ołowiem?



