– Okłamałaś mnie! – Krzyczał Kamil, stojąc pośrodku salonu czerwony ze złości. – W jakim sensie okłamałam? – Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż nie możesz mieć dzieci, a mimo to wyszłaś za mnie! – Będziesz najpiękniejszą panną młodą – mama poprawiła welon, a Antonina uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze. Biała suknia, koronki na rękawach, Kamil w eleganckim garniturze. Wszystko będzie dokładnie tak, jak marzyła od piętnastego roku życia: wielka miłość, ślub, dzieci. Dużo dzieci. Kamil chciał syna, ona córkę – umówili się na trójkę, żeby nikomu nie było przykro. – Za rok już będę niańczyć wnuki – powtarzała mama, ocierając łzy wzruszenia. Antonina wierzyła w każde słowo. Pierwsze miesiące małżeństwa upłynęły pod znakiem szczęśliwej codzienności. Kamil wracał z pracy, ona witała go kolacją, zasypiali przytuleni – a każdego ranka Antonina z bijącym sercem sprawdzała kalendarz. Spóźnienie? Nie, tylko się wydawało. Jeszcze jeden miesiąc. I kolejny. Do zimy Kamil przestał pytać z nadzieją „no i co?”. Teraz milczał, kiedy Antonina wychodziła z łazienki. – Może pójdziemy do lekarza? – zaproponowała w lutym, kiedy minął niemal rok. – Już dawno powinniśmy to zrobić – mruknął Kamil, nie odrywając wzroku od telefonu. Klinika pachniała chlorem i beznadzieją. Antonina siedziała w kolejce pośród takich samych kobiet ze zgaszonymi oczami, przewracała kolorowy magazyn o macierzyństwie i myślała, iż to jakaś pomyłka. U niej wszystko będzie dobrze. Po prostu jeszcze nie teraz. Badania. USG. Kolejne badania. Nazwy procedur zlewały się w jeden niekończący się strumień obcych miejsc i obojętnych twarzy pielęgniarek. – Szanse na naturalne poczęcie – około pięciu procent – powiedziała lekarka, patrząc w kartę. Antonina kiwała głową, notowała coś w zeszycie, zadawała pytania. Ale w środku została z lodowatą pustką. Leczenie zaczęło się w marcu. A razem z nim zmiany. – Znowu płaczesz? – Kamil stał w drzwiach sypialni; w jego głosie dominowało zniecierpliwienie zamiast współczucia. – To przez hormony. – Trzeci miesiąc? Może przestań się mazać? Mam już dość! Antonina chciała wytłumaczyć, jak wygląda terapia, iż trzeba czasu, iż lekarze obiecują efekt po pół roku do roku. Ale Kamil już wyszedł, trzaskając drzwiami. Pierwsze in vitro miała zaplanowane na jesień. Przez dwa tygodnie Antonina prawie nie wstawała z łóżka, bojąc się spłoszyć cud. – Negatywny wynik – usłyszała przez telefon od pielęgniarki. Opadła na podłogę w korytarzu i siedziała tam do wieczora, aż Kamil wrócił. – Ile już na to wszystko wydaliśmy? – spytał zamiast „jak się czujesz?”. – Nie liczyłam. – Ja liczyłem. Prawie sto tysięcy. I co dalej? Nie odpowiedziała. Nie było odpowiedzi… Druga próba. Kamil zaczął wracać po północy, pachniał obcymi perfumami, ale Antonina nie pytała. Nie chciała wiedzieć. Znowu negatyw. – Może już wystarczy? – Kamil siedział naprzeciw niej w kuchni, bawił się pustym kubkiem. – Ile można próbować? – Lekarze mówią, iż trzecia próba często się udaje. – Lekarze powiedzą wszystko, jeżeli im zapłacisz! Trzeci raz przeszła prawie samotnie. Kamil „zostawał w pracy” każdego wieczoru. Koleżanki przestały dzwonić – miały dość pocieszania. Mama płakała do słuchawki i załamywała ręce – taka młoda, taka ładna, za co ci to, córeczko… Kiedy pielęgniarka trzeci raz powiedziała „niestety”, Antonina już choćby nie płakała. Łzy skończyły się gdzieś między drugą kuracją a kolejną kłótnią o pieniądze. – Okłamałaś mnie! Kamil stał pośrodku salonu rozpalony gniewem. – W jakim sensie okłamałam? – Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż jesteś bezpłodna, i mimo to wzięłaś ze mną ślub! – Nie wiedziałam! Diagnoza była dopiero rok po ślubie, sam byłeś u lekarza, kiedy… – Nie kłam! – ruszył w jej stronę, a Antonina cofnęła się odruchowo. – Specjalnie tak wszystko ustawiłaś! Znalazłaś frajera do ślubu, a potem – niespodzianka! Dzieci nie będzie! – Kamil, proszę… – Dość! – chwycił wazon i rzucił nim o ścianę. – Zasługuję na prawdziwą rodzinę! Z dziećmi! A nie to wszystko! Wskazał ją palcem, jakby była czymś ohydnym, pomyłką losu. Awantury stały się codziennością. Kamil wracał zły, cały wieczór milczał, aby potem wybuchnąć z byle powodu: nie ten pilot, przesolona zupa, za głośno oddychasz. – Rozwodzimy się – oznajmił pewnego ranka. – Co? Nie! Kamil, możemy adoptować dziecko, czytałam… – Nie chcę cudzego! Chcę swoje! I żonę, która może je urodzić! – Daj mi jeszcze jedną szansę! Proszę. Kocham cię. – A ja już ciebie nie! Powiedział to spokojnie, patrząc jej prosto w oczy. To bolało bardziej niż wszystkie poprzednie krzyki razem. – Pakuję się w piątek wieczorem. Antonina siedziała pod kocem, patrząc jak on wrzuca koszule do walizki. Ale nie umiał się pakować w ciszy. – Odchodzę, bo jesteś jałowa. Kamil nie przestawał wbijać szpil. – Znajdę sobie normalną kobietę. Antonina milczała… Drzwi się zamknęły. W mieszkaniu zapadła cisza. Dopiero wtedy naprawdę się rozpłakała – pierwszy raz od wielu miesięcy, wyła na głos, aż ochrypła. Pierwsze tygodnie po rozwodzie zlały się w szarą plamę. Antonina wstawała, piła herbatę, kładła się z powrotem. Czasem zapominała zjeść. Czasem zapominała, jaki jest dzień tygodnia. Przychodziły przyjaciółki, przynosiły jedzenie, sprzątały mieszkanie, próbowały rozmawiać – ona kiwała głową na wszystko, a potem znów wracała pod koc i patrzyła w sufit. Ale czas mijał. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu. I pewnego ranka Antonina pomyślała: dość. Wstała, wzięła prysznic, wyrzuciła wszystkie leki z lodówki i zapisała się na siłownię. W pracy poprosiła o trudny projekt na trzy miesiące, wymagający pełnego zaangażowania. W weekendy zaczęła wyjeżdżać na wycieczki, potem na krótkie podróże – Kraków, Gdańsk, Zakopane. Życie nie stanęło w miejscu. Darka spotkała w księgarni – oboje sięgnęli po ostatni egzemplarz nowej książki Remigiusza Mroza. – Proszę, pani pierwsza – uśmiechnął się, ustępując. – A jeżeli oddam panu, a pan zaprosi mnie na kawę? – wypaliła Antonina, zdziwiona odwagą. Za kawą opowiedział o Zosi – siedmioletniej córce, którą samotnie wychowuje od pięciu lat, odkąd żona umarła. O tym, jak ciężko było na początku, jak Zosia budziła się w nocy i wołała mamę, jak uczył się zaplatać warkocze z YouTube’a. – Jesteś dobrym tatą – stwierdziła Antonina. – Staram się. Nie chciała kłamać. Na trzecim spotkaniu, już wiedząc, iż Darek to ktoś więcej, wyznała wszystko. – Nie mogę mieć dzieci. Oficjalna diagnoza, trzy nieudane in vitro, mąż odszedł. jeżeli to dla ciebie ważne – lepiej wiedzieć teraz. Darek milczał długo. – Mam Zosię – odezwał się w końcu. – Potrzebuję ciebie, choćby jeżeli nie będziemy mieć wspólnych dzieci. – Ale… – Dasz radę – przerwał. – Będziesz mamą. jeżeli zechcesz. Moja mama miała podobną diagnozę. I co? Siedzę przed tobą. Cuda się zdarzają. Zosia zaakceptowała ją zaskakująco szybko. Najpierw była poważna i odpowiadała krótko, ale gdy Antonina zapytała o ulubioną książkę – rozgadała się pół godziny o Harrym Potterze. Przy drugim spotkaniu sama chwyciła ją za rękę. Przy trzecim poprosiła: „Zapleciesz mi takie warkocze jak Elsa z Krainy Lodu?”. – Podobasz się jej – potwierdził Darek. – Jeszcze nikt jej tak nie zjednał. Dwa lata minęły niepostrzeżenie. Antonina przeprowadziła się do Darka, nauczyła piec naleśniki na sobotnie śniadania, znała na pamięć wszystkie odcinki „Psi Patrolu” i znalazła siłę, by pokochać znowu. Prawdziwie, bez strachu, bez nieufności. W sylwestrową noc, kiedy zegar wybił północ, Antonina pomyślała życzenie. Wyszeptała bezgłośnie: „Chcę dziecko”. Od razu się przestraszyła – po co rozdrapywać stare rany? – ale życzenie już poszło w świat. Po miesiącu była spóźniona. – To niemożliwe – powtarzała, wpatrując się w dwie kreski testu. – Pewnie wybrakowany. Drugi test. Dwie kreski. Trzeci! Czwarty! Piąty! – Darku – wyszła z łazienki na miękkich nogach. – Ja… chyba… nie mam pojęcia, jak to możliwe… On zrozumiał szybciej niż zdążyła dokończyć. Porwał ją w ramiona, wirował po pokoju, całował po czole, po nosie, po ustach. – Wiedziałem! Mówiłem, iż dasz radę! Lekarze patrzyli na nią jak na cud. Przeglądali stare wyniki, zlecili kolejne badania. – To niemożliwe! – kręcił głową lekarz. – Przy takim rozpoznaniu… Od dwudziestu lat nie widziałem czegoś podobnego. – Ale jestem w ciąży? – W ósmy tygodniu. Wszystkie wyniki prawidłowe. Antonina się roześmiała. Cztery miesiące później przypadkiem spotkała kolegę Kamila w supermarkecie. – Słyszałaś o Kamilu? – zapytał, patrząc zmieszany na jej już zaokrąglony brzuch. – Trzeci raz się ożenił. I nic. Z żadną mu się nie udało. – Nie udało się? – No tak, dzieci. Ani z drugą, ani z trzecią. Lekarze mówią, iż to u niego problem. Wyobrażasz sobie? A wszystko zwalał na ciebie. Antonina nie wiedziała, co powiedzieć. W środku nie drgnęło nic – ani satysfakcja, ani żal. Pustka w miejscu, gdzie kiedyś była miłość… …Syn urodził się w sierpniu, słonecznego poranka. Zosia siedziała z Darkiem na korytarzu, zniecierpliwiona jak nigdy. – Mogę go potrzymać? – zapytała, zaglądając do sali. – Ostrożnie – Antonina podała jej mały tobołek. – Podtrzymuj główkę. Zosia patrzyła na młodszego brata z szeroko otwartymi oczami, potem spojrzała na Antoninę. – Mamo, on zawsze będzie taki czerwony? Mam… Antonina rozpłakała się, Darek objął je obie, Zosia niepewnie zerkała to na rodziców, to na braciszka, nie rozumiejąc, dlaczego wszyscy płaczą. A Antonina zrozumiała jedną istotną rzecz. Czasem potrzeba tylko adekwatnej osoby obok, aby uwierzyć w niemożliwe… A Wy, co o tym sądzicie? Podzielcie się swoimi przemyśleniami w komentarzach i wesprzyjcie autora polubieniem!

naszkraj.online 15 godzin temu
Oszukałaś mnie! Jan stał na środku salonu, czerwony ze złości. Ale w jakim sensie? Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż nie możesz mieć dzieci, a mimo to wyszłaś za mnie! Będziesz najpiękniejszą panną młodą mama poprawiała welon, a Bożena uśmiechała się do swojego odbicia w lustrze. Biała sukienka, koronka na rękawach, Jan w eleganckim garniturze. Wszystko miało być […]
Idź do oryginalnego materiału