Off-off-off-topic

filmweb.pl 15 godzin temu
Zdjęcie: plakat


Kiedy Hamlet mówił, iż "za długo siedzi na słońcu", był to Szekspirowski kalambur, grający podobieństwem słów "sun" (słońce) i "son" (syn). Kiedy duńskiego księcia cytuje młody Caleb (Atticus Affleck) w scenie z filmu "Company", językowy niuans znika. Dwuznaczność, jeżeli w ogóle jest intencjonalna, w najlepszym wypadku stanowi tu porozumiewawcze mrugnięcie. Wypowiadający tę kwestię aktor jest przecież synem stojącego za kamerą Caseya Afflecka. Linijka z dramatu Szekspira funkcjonuje jednak w filmie dużo bardziej dosłownie, chociaż w toku fabuły nabiera dodatkowych znaczeń. Szkopuł w tym, iż "Company" siedziało nie tyle za długo na słońcu, co raczej za krótko w piekarniku.

Jeśli "Company" o czymś opowiada, to przede wszystkim o opowiadaniu historii. Tajemnicza dziewczyna w czerni (Emily Alyn Lind) znienacka pojawia się na domowym przyjęciu i proponuje, iż zabawi gości anegdotą. Bohaterką anegdoty jest tajemnicza dziewczyna w czerni (Caylee Cowan), którą znajduje w śniegu mieszkający na odludziu mężczyzna (Nick Nolte). Ta w podzięce postanawia zabawić go anegdotą. Bohaterem anegdoty jest tajemniczy chłopak w czerni, Caleb, którego znajduje w śniegu mieszkające na odludziu małżeństwo (Adelaide Clemens i Scoot McNairy)…

Affleck, który wyreżyserował film i napisał go w duecie z Ronem Hansenem, snuje tu narrację szkatułkową na podobieństwo choćby "Rękopisu znalezionego w Saragossie". Jedna postać opowiada historię drugiej postaci, która opowiada historię trzeciej postaci – i tak dalej. Raz na jakiś czas wracamy z fabularnego parteru na wyższe piętra narracji, co tylko wzmacnia rymy między poszczególnymi poziomami opowieści. Affleck dodatkowo gra z gatunkami: jest tu trochę westernu, trochę baśni i choćby odrobinka horroru.

Najważniejsza z historii toczy się jednak właśnie "najniżej". To rozegrana w czasach Dzikiego Zachodu opowieść o parze farmerów, którzy przygarniają tajemniczego Caleba, podczas gdy w okolicy dochodzi do serii brutalnych mordów. Chłopak jest bardzo buńczuczny i byroniczny, farmer patrzy więc na niego z ukosa, ale jego żona jest przychylna gościowi. Między trojgiem osób w czterech ścianach leśnej chatki zaczyna powoli iskrzyć, a w powietrzu zawisa pytanie: jaki jest związek tej historii z dwiema opowieściami ramowymi?

Nie jest to jednak szczególnie nurtujące pytanie. Podobnie jak z szekspirowskim cytatem, Affleck bierze szkatułkową strukturę i zdaje się zakładać, iż sama zrobi robotę. "Rękopis…" jest tu dobrym kontrprzykładem: Wojciech Jerzy Has przeskakiwał na kolejny poziom dopiero, kiedy rozkręcił narracyjne tryby na poziomie poprzednim. W "Company" ta zasada nie jest respektowana. Affleck powiela samą fasadę "opowieści w opowieści", jakby bardziej interesowały go szwy historii niż sama historia.

Kiedy w drugiej połowie filmu jeszcze-jedna-z-postaci proponuje jeszcze-jedną-dygresję, przez moją salę kinową przeszło westchnienie zniecierpliwienia. Zrozumiałe, bo mija mnóstwo czasu, zanim relacja naburmuszonego nastolatka z bogobojnymi farmerami zaczyna w ogóle nabierać rumieńców. A Affleck i tak dodatkowo rozcieńcza ją pobocznymi wtrętami. Znamienne, iż – kiedy przychodzi pora domykać historię – reżyser próbuje spieniężać emocje, których u nas nie kupił, i musi chwytać się narracyjnych protez: tu sekwencja montażowa, tam piosenka Boba Dylana. I znowu – forma się zgadza, ale brakuje nadzienia treści.

Szkoda, bo wspomniana montażówka generuje silny widzowski odruch bezwarunkowy i prawieże wzrusza. Przy okazji sugeruje też, iż był tu potencjał na lepszy film. Oto Affleck filmuje rozpadającą się chatkę, poetycko rejestrując upływ czasu – trochę na wzór Virginii Woolf w pamiętnej sekwencji z "Do latarnii morskiej", trochę na wzór "Ghost Story" Davida Lowery’ego, gdzie przecież aktor sam zagrał. Wychodzi mu z tego melancholijny portret Ameryki na przestrzeni pokoleń.

W "Company" Ameryka jawi się jako kraj ludzi-samotników siedzących gdzieś w chatkach na bezludziu i drżących przed czyhającymi w głuszy drapieżnikami. Ale też na odwrót: kraj ludzi-drapieżników, którzy wydzierają kolejne fragmenty głuszy innym samotnikom. Affleck opowiada o próbie odnalezienia tu swojego miejsca i pogodzenia się z wszechobecną opresją. Sednem filmu są przecież rozmowy zblazowanego młodego gniewnego ze starszą, dojrzalszą życiowo kobietą, podczas których jedno stara się przekonać drugie do swojej wizji świata. Affleck snuje opowieść-w-opowieści-w-opowieści, żeby pokazać, jak sami opowiadamy sobie, kim jesteśmy. Przy okazji wskazuje, iż działa to lepiej, kiedy masz komu opowiadać. Stąd właśnie tytułowe "company", czyli "towarzystwo". A iż odbiorca czasem kręci nosem – a to już ryzyko zawodowe.
Idź do oryginalnego materiału