Dziś znowu długo myślałem o tym, jak pozwoliłem, żeby moje życie się tak pokomplikowało. Oddałem swoje nazwisko dzieciom mojej byłej. Teraz jestem zobowiązany do ich utrzymywania, podczas gdy ona mieszka szczęśliwie z ich biologicznym ojcem.
Piszę, bo muszę to z siebie wyrzucić jak łatwo zmienić się z „fajnego gościa” w oficjalny bankomat dla dwóch dzieci, które odzywają się tylko wtedy, gdy potrzebują pieniędzy na kino, a na święta zapominają napisać choćby SMS-a.
To wszystko zaczęło się trzy lata temu. Poznałem Justynę cudowną kobietę, rozwódkę z dwójką dzieci: Zosią (wtedy 8 lat) i Olą (10 lat). Zakochałem się bez pamięci. Byłem absolutnie ślepy. Justyna ciągle powtarzała:
Dzieci cię uwielbiają!
A ja, naiwny, wierzyłem każdemu słowu. Jasne, iż mnie kochały w każdą sobotę ciągałem je po parkach linowych i lodziarniach, a w niedzielę chodziliśmy razem do zoo.
Pewnego dnia, jak to bywa podczas tych poważniejszych rozmów, Justyna powiedziała:
Smutno mi, iż dziewczynki nie noszą nazwiska swojego ojca. On nigdy ich choćby nie uznał.
Chciałem być bohaterem i rzuciłem w swoim, jak się okazało, najgorszym życiowym momencie:
Wiesz Mogę je adoptować. I tak są dla mnie jak własne.
Gdyby to był film, powinienem usłyszeć wtedy złowrogą narrację „w tym momencie zrozumiał, iż to się źle skończy”. Niestety, nie usłyszałem. Chociaż powinienem.
Justyna rozpłakała się ze szczęścia. Dziewczynki rzuciły mi się na szyję. Poczułem się jak jakiś bohater. Głupi bohater, ale bohater.
Przeszliśmy przez wszystko prawnicy, notariusze, sąd. Dziewczynki zostały Zofia Nowak i Aleksandra Nowak już z MOIM nazwiskiem.
Byłem szczęśliwy. Justyna szczęśliwa. Zorganizowaliśmy choćby rodzinną ceremonię z tortem.
Pół roku później. Dokładnie sześć miesięcy.
Justyna powiedziała:
Muszę z tobą porozmawiać Sama nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale Tomasz wrócił.
Jaki Tomasz? spytałem, chociaż już przeczuwałem.
Ojciec dziewczynek. Zmienił się. Dojrzał. Chce odzyskać rodzinę.
Byłem w szoku. Kompletnie.
I co zamierzasz?
Daję mu szansę. Dla dziewczynek, rozumiesz?
No, rozumiałem aż za dobrze. Czułem się, jakby ktoś pokazał mi drzwi wyjściowe wielkim neonkowym napisem.
Justyna, przecież ja adoptowałem dziewczynki. One są formalnie moimi dziećmi.
Taak, taak potem się tym zajmiemy. Najważniejsze, żeby miały ojca.
„Potem się zajmiemy.” Jakby sprawa dotyczyła rachunku za prąd.
Poszedłem do mojego prawnika. A ten prawie zakrztusił się kawą.
Podpisałeś pełną adopcję?
Tak.
To jesteś ich prawnym ojcem. Masz obowiązki alimenty, szkoła, lekarz. Wszystko.
Ale nie jesteśmy już razem
To bez znaczenia. Prawo to prawo.
I tak oto dzisiaj płacę alimenty Justynie, która mieszka szczęśliwie z Tomaszem w MOIM dawnym mieszkaniu. Bo dziewczynki potrzebują stabilności, nie mogą się teraz przeprowadzać.
Moje mieszkanie. Kupione za moje pieniądze. Ale wyprowadziłem się, bo ponoć byłoby „zbyt traumatyczne” dla dzieci.
Najbardziej absurdalne?
Tomasz ojciec-widmo, który przez lata choćby nie zapytał o córki teraz chodzi z nimi na boisko, do kina i jest postrzegany jako rodzinny bohater.
A ode mnie co miesiąc adwokat żąda przelewu:
Alimenty: 2000 zł.
Z dołączoną smutną buźką. Nie pomaga.
W zeszłym miesiącu Zosia napisała:
Cześć, możesz mi przelać trochę więcej? Marzę o nowych trampkach.
A Tomasz nie może Ci kupić?
On mówi, iż to twoja rola, bo jesteś moim prawnym tatą. On jest tylko tatą z serca.
Tata z serca.
Wygodne. A ja? Tata od przelewów.
Adopcji praktycznie się nie cofa. Sąd uznałby mnie za tego złego, który chce pozbyć się dzieci.
Znajomi już mnie nie żałują.
Człowieku, w którym momencie to uznałeś za świetny pomysł?
Byłem zakochany.
Jasne. Ale choćby zakochanie nie powinno wyłączać logicznego myślenia.
I to jest prawda.
Teraz, gdy widzę mężczyznę z dzieckiem, które nie jest jego, mam ochotę krzyczeć:
NIE PODPISUJ! Bądź wujkiem, chłopakiem, jak chcesz ale nie podpisuj!
Mama tylko powiedziała:
Miłość zrobiła z ciebie głupca,
i uściskała mnie tak, iż aż zabolało jeszcze bardziej.
Wczoraj znów:
Wydatek ponadplanowy: przybory szkolne 350 zł.
Ponadplanowy. Jakby szkoła nie zaczynała się co roku.
A Justyna wstawia na Facebooka zdjęcia szczęśliwej rodzinki.
Dziewczynki z MOIM nazwiskiem u boku faceta, który je zostawił.
A szczyt wszystkiego?
Aleksandra (10 lat oczywiście ma już Instagram!) w swoim bio napisała:
Córka Justyny i Tomasza
Moje nazwisko? Nigdzie.
Jestem anonimowym sponsorem ich życia.
Tak oto samotny, 2000 zł miesięcznie biedniejszy, mając dwie córki, które piszą tylko w sprawie przelewów mam pełną świadomość, jaką głupotę zrobiłem z miłości.
Jest tylko jeden plus gdy ktoś pyta, czy mam dzieci, mogę odpowiedzieć tak i opowiedzieć tę historię na kolacji. Wszyscy się śmieją.
Tylko ja śmieję się w środku przez łzy.
A wy? Podpisaliście kiedyś coś z miłości, co potem kosztowało fortunę czy jestem jedynym geniuszem, który wręczył nazwisko i kartę bankową w pakiecie promocyjnym?







