Zafundowała sobie pełną izolację: zakupy przez internet odbierane sprzed bramy o zmierzchu, żadnych wizyt, dwadzieścia kilka kamer domowego monitoringu. Okoliczni mieszkańcy byli zszokowani, bo pamiętali tę rodzinę jako:
„normalnych, porządnych ludzi, otwartych na świat, często przyjmujących gości”,
a tu nagle coś takiego: zamknęli się jak w więzieniu! Rok 2015.
Informacja ta stała się inspiracją dla ciągu dalszego powieści. Autorka od czterdziestu lat mieszka w Paryżu. Przypomniała sobie, iż znała ze swoich szkolnych czasów tę właśnie rodzinę (a może podobną?).
Za „Porządnych ludzi” („Patte blanche”) dostała prestiżową Nagrodę Françoise Sagan w 2023 roku.
Czy to wszystko prawda, czy zmyślenie? Nieważne. Historia jest prawdopodobna, to wystarczy. Akcja powieści przenosi nas do roku 2015. Ważnego w historii Francji.
Co się wtedy wydarzyło?
W styczniu tygodnik satyryczny „Charlie Hebdo” zamieścił karykaturę Mahometa, która sprowokowała kilka dni później (7.01.2015) atak terrorystyczny na redakcję. Zabito dwanaście osób. W listopadzie tego samego roku (13.11.2015) bomby i wystrzały rozległy się jednocześnie w sześciu miejscach Paryża, między innymi w sali koncertowej Bataclan i przy stadionie Stade de France. Zginęło wówczas blisko sto czterdzieści osób, ponad czterysta było hospitalizowanych. Ogłoszono stan wyjątkowy. Prezydent Fraçois Hollande nazwał to największą tragedią od zakończenia II wojny światowej.
W tym samym czasie, od czterech lat, trwała wojna domowa w Syrii. Do Europy przedzierały się tysiące mieszkańców Afryki. W każdy możliwy (i niemożliwy) sposób. Wyspa Lesbos stała się symbolem tego exodusu. Europejczycy zaczęli się bać. Strach potęgowały akty terroru, za którymi stało ISIS, „oliwy do ognia” dolewały media i fake newsy.
Internet przez cały czas przeżywał swój „złoty czas”, portale społecznościowe na tyle się rozpowszechniły, iż zaczęły zastępować realne życie, youtubowe dziennikarstwo stawało się coraz bardziej modne, influencerstwo kwitło, scrollowanie stawało się powszechną pasją, a tworzenie zasięgów modnym hobby. Obraz świata coraz bardziej się rozjeżdżał; ten zapisany na fotkach czy na rolkach go idealizował, ale i „odklejał” od rzeczywistości.
Dualizm zastąpił realizm, iluzja stała się ważniejsza od prawdy, a hejt działał niczym sądy ludowe – z wielką chęcią i łatwością dekapitował głowy niedawnym wybrańcom losu, w jednej chwili z Olimpu strącał w czeluście piekła, ferował wyroki nie dając szansy na obronę. Manipulacja stawała się powszechnie obowiązującą „grą”, a rozpoznanie jej (i nieuleganie) jednym z najtrudniejszych wyzwań codzienności.

Plakat „Porządni ludzie” reż. Piotr Kruszczyński
W takim właśnie otoczeniu i czasie funkcjonują bohaterowie „Porządnych ludzi”. Ich historię czyta się jak thriller. Wartko. Pędząc. Narrację snują różne postaci. Przypomina ona strumień świadomości, choć nie jest nim do końca. Płynnie zmienia się punkt obserwacji. Zabieg dynamizuje opowieść. A ta dotyczy zdarzeń poprzedzających decyzję o izolacji. Jest próbą odpowiedzi na zawsze pojawiające się w takich sytuacjach pytanie – oczywiste –„dlaczego?”…
Wydaje się, iż to pechowy zbieg okoliczności. Plus paranoiczna osobowość przynajmniej jednej osoby w rodzinie. Ale… finał książki podważa wszystko, a przynajmniej wprowadza stan niepewności. Bo być może mieliśmy do czynienia z wielopiętrową manipulacją i w konsekwencji okrutnym aktem zemsty kogoś, kogo przed laty odrzucono.
Simart-Duteilowie
Kiedy poznajemy Simart-Duteilów, ojciec rodziny, Claude, nie żyje od dłuższego czasu, siedemdziesięcioletnia wdowa po nim jest w związku z dużo młodszym mężczyzną i systematycznie poddaje się operacjom plastycznym w klinice swojego syna, Samuela.
Samuel stworzył ją w Paryżu dzięki pieniądzom ze sprzedaży rodzinnej firmy, która budowała autostrady między innymi na Bliskim Wschodzie.
Ojciec, nie chcąc by fortuna się rozeszła, ogłosił przetarg na jej zagospodarowanie – synowie złożyli propozycje, jedna dotyczyła inwestowania w chirurgię estetyczną, druga w rozwój internetu, wygrała medycyna jako pewniejsza lokata kapitału.
Drugi syn, Paul (ten od internetu), jest dziennikarzem, niestety nie wiedzie mu się najlepiej, kariera raczej się zwija niż rozwija, więc usiłuje zaistnieć poprzez własny kanał youtubowy, poza tym jest gejem, który wiele lat temu, po dokonaniu coming outu, został przez rodziców odepchnięty, opuścił więc dom i słuch po nim na długo zaginął – ma żal, iż nikt wtedy go nie szukał, nikt o nim nie myślał.
Clothilde z kolei (siostra Paula i Samuela), po zrezygnowaniu z kariery aktorskiej, spełnia się jako matka trójki dzieci i influencenka, jest wyraźnie uzależniona od mediów społecznościowych, wszystko nagrywa i fotografuje, łatwo można wpłynąć na jej decyzje, nieustannie – choć kompulsywnie – poszukuje pasji życiowych.
Jest jeszcze Monika, modelka z Polski, która poślubia Samuela. To jego druga żona. Za chwilę będą mieli dziecko. Samuel ma też syna z pierwszego małżeństwa.
W chwili, kiedy zaczynamy śledzić losy Simart-Duteilów, Paul już się pogodził z rodziną, wrócił na jej łono i często bywa w domu w Normandii, w którym sporo czasu spędza rodzeństwo i matka. Jego nowy projekt, związany z rozpowszechnianiem plotek o politykach, nie za bardzo interesuje potencjalnych sponsorów, jest więc coraz bardziej rozdrażniony i zły na świat, który nie dostrzega jego potencjału i zdolności.
Tymczasem postanawia domową rupieciarnię w ogrodzie zamienić w miejsce dla siebie – porządkując ją znajduje pamiętnik ojca, a w nim fotografię: lekko rozmazaną, ale nie pozostawiającą wątpliwości, iż przedstawia Calude’a z jakąś kobietą i małym dzieckiem. Podpis na odwrocie dopowiada resztę – to ojciec ze swoją syryjską rodziną. Był bigamistą? Może choćby zmienił religię. W każdym razie o romansie, jak się okazuje, Isabella wiedziała, o dziecku chyba także, ale ponieważ mąż porzucił po jakimś czasie tamto życie, wyparła je z pamięci jak wspomnienie złego snu.
Teraz wszystko wraca.
Za sprawą Ferasa, syna z „nieprawego łoża”, który próbując wydostać się z niszczonej wojną Syrii, odnajduje swoje przyrodnie rodzeństwo i prosi je o pomoc w zdobyciu wizy. Komunikuje się z nimi dzięki maili. Internet odgrywa w tej historii rolę szczególną. Jest nie tylko częścią życia jej wszystkich bohaterów, ale i źródłem wiedzy o świecie. Dosłownie.
Choć maile przychodzą do całej trójki, rolę posłańca i łącznika przyjmuje Paul. To on przekazuje wieści od „nowego” brata, on zmusza rodzeństwo do czytania listów i myślenia o ewentualnych konsekwencjach pojawienia się Ferasa w ich życiu. Przede wszystkim finansowych, bo pojawia się podejrzenie, iż będzie chciał część spadku po ojcu.
Ale syryjski brat to jeden problem, drugim jest niezadowolona pacjentka Samuela, która po korekcie nosa (według niej nieudanej) przeprowadza zmasowany atak hejterski na klinikę i jej szefa. Samuel nie wie, jak się bronić, słucha rad Paula, no i… nikt na tym nie wychodzi dobrze. Paul każe im wierzyć, iż pacjentka i Feras są w zmowie, a spisek obejmuje więcej osób i zagraża im dosłownie; jest w tym przekonujący, potrafi „łączyć kropki”, podnosić temperaturę zdarzeń.
Szukanie spokoju
A iż przy okazji – szczęśliwie dla coraz bardziej paranoicznej sytuacji – Isabelle ulega wypadkowi i zamyka się na wsi, tym łatwiej udaje się namówić resztę rodziny na podobną decyzję. Wszyscy przenoszą się do rezydencji, odcinają od świata, szukając spokoju dla starganych nerwów.
Szaleństwo coraz bardziej ich zagarnia, wierzą, iż „obcy” z Bliskiego Wschodu sprzysięgli się przeciwko nim i tylko za murami posiadłości znajdą ratunek. Pozbywają się telefonów, komputerów, jakiejkolwiek łączności ze światem, likwidują konta na portalach społecznościowych.
Pewnego razu Paul – robiąc niby zwyczajowy obchód posiadłości przed nocą, by sprawdzić, czy jakiś wróg nie przedostał się do środka – zamyka wszystkich w pokojach, a sam…Sam usuwa swoje dane z ukrytego w sejfie laptopa i znika. Tak po prostu wychodzi przez bramę, zamyka ją na klucz, zostawiając rodzinę na pastwę losu…
Ksenofobia
Po przeczytaniu tej książki, nie zdziwiłam się, iż Piotr Kruszczyński postanowił ją zaadaptować, zastanawiałam się tylko, na czym się skupi, bo przecież musiał coś wybrać – coś, co by nadało tej opowieści wymiar bardziej „nasz”, polski, co by usprawiedliwiało przełożenie jej na język teatru „tu i teraz”. Wybrał ksenofobię i wpływ mediów na życie. Zawęził książkowe spektrum.
Problem migracji jako zjawiska szerokiego jest jedynie zasygnalizowany, a bliżej przyglądamy się temu, co dzieje się w związku z pojawieniem się na rodzinnej orbicie Syryjczyka. No i jest Monika – Polka z Sopotu, z zupełnie innej kultury wyjęta, trochę egzotycznej dla Francuzów. W spektaklu dodatkowo ten wątek wzmacnia fakt, iż Maria Bruni, grająca Monikę, to Ukrainka.
My na nich ciągle patrzymy jak książkowi Francuzi na Polaków: nie rozumiejąc, doszukując się wyróżniających ich zalet na poziomie powierzchownym („macie łatwość do uczenia się języków” – stwierdza Clothilde poznając Monikę i dziwiąc się jej francuskiemu).
Można powiedzieć, iż w Polsce „mamy pewne doświadczenia” w kontaktach z „obcymi” i własne problemy ksenofobiczne, więc łatwiej nam zrozumieć zachowania francuskiego rodzeństwa, walczymy też z własnymi wyobrażeniami o migrantach. Jest ono – rzecz jasna – uzależnione od wielu czynników, zindywidualizowane i może nie tak paraliżujące jak w przypadku Simart-Duteilów, ale też łatwo tu popaść w przesadę w ocenie potrzeb i chęci.
Internet
Uzależnienie od mediów społecznościowych to już jednak całkowicie globalny i generacyjny problem. Nie bez powodu w wielu krajach podejmuje się dziś próby ustawowego ograniczania dostępu do nich najmłodszym. Nie trzeba tłumaczyć złych stron rozwoju internetu, trzeba natomiast uwrażliwiać wszystkich na coraz częściej pojawiające się w przestrzeni publicznej fake newsy, tak dobrze przygotowywane, iż trudne do rozpoznania, a jest to instrument manipulacji. Groźny. Jak powszechnie wiadomo, dobra manipulacja, to ta niezauważalna.
Kruszczyński zbudował historię spójną, bohaterów niemal zanurzył w migoczących ekranach telefonów i znalazł tyleż prosty, co genialny, sposób na ukazanie ich samotności: porozumiewają się wysyłając do siebie SMS-y. Ich rozmowy widzimy na otaczających scenę zastawkach-ekranach.
Są więc niby razem, w jednej przestrzeni, ale jednocześnie całkowicie osobno. Boli to, dziwi, zatrważa. Narracja zbudowana monologowo. Bo nie tyle wchodzą w interakcje z innymi, co o nich opowiadają – teksty jakby wyjęte z pamiętników: „ja jej powiedziałem”, „on mi odpowiedział”…
Scenografia i konstrukcja spektaklu podkreśla brak więzi, osobność postaci, życie przefiltrowane przez Instagram i Tik–Toka. A pogłębiający się bałagan na scenie, to narastający chaos w świecie rodziny. Aktorzy świetnie się tu odnaleźli. Wydaje się jakby satyryczne spojrzenie było ich naturalnym sposobem komentowania świata.
Zawsze, oczywiście, w takim ujęciu istnieje niebezpieczeństwo przeszarżowania, pójścia w groteskę, w nadmiar, ale tak się nie stało. Jest śmiesznie i strasznie. Przyglądamy się teatralnej rzeczywistości i zastanawiamy, jak bardzo sami zbliżyliśmy się do tego przedziwnego układu, w którym telefon ważniejszy jest od człowieka, w którym zawierza się całkowicie internetowi i głupstwom, których w nim pełno.
Sukces w znacznej mierze zależy od doboru aktorów. W „Porządnych ludziach” nie ma ról słabych czy słabszych. Postaci pełnokrwiste. Każdą się zapamiętuje, każda niesie w sobie prawdę, choć odruchowo odrzucamy prezentowane przez nich postawy.
Mimo, iż Isabelle została odmłodzona, a z jej osobistej tragedii zniknął wątek chorobowy – ten, który doprowadził ją do szaleństwa. W spektaklowej wersji jedynym powodem izolacji jest strach przed hejtem i syryjskim dzieckiem zmarłego męża, niejako rodzinna solidaryzacja nakazuje ucieczkę od świata realnego. Nie jest też jasne, dlaczego mąż Clothilde został wykluczony z tej mikrosfery, pozostawiony za bramą rezydencji, bez wyjaśnienia.
Uspokojenie
A ponieważ wątek Ferasa nie został zbyt wyraźnie zanurzony w całej serii zdarzeń, które tworzyły tamten czas w realu i powieści, więc jego skala i konsekwencje stają się trudne do zaakceptowania. Gorzej, bo reżyser zmienia całkowicie zakończenie swojej opowieści w stosunku do pierwowzoru. Ma prawo, oczywiście. Adaptacja tylko bazuje na książce.
W książce, jak już napisałam, finał stawia znak zapytania i każe wątpić w pierwotny zarys całej intrygi, w naszą jej interpretację. W spektaklu natomiast, po zamknięciu rodziny w rezydencji, następuje uspokojenie.
Nie wiemy, co prawda, czy główny sprawca zamieszania, Paul, wskakując do basenu (a może w środek bałaganu) oddycha z ulgą, czy się topi, ale po tej scenie, wieńczącej, następuje coś w rodzaju post scriptum: tylna ściana się rozsuwa, a zza niej wyłania się biednie urządzony pokoik i Feras śpiewający „Dziwny jest ten świat” Czesława Niemena. Taka coda. Daje nadzieję, że:
„ludzi dobrej woli jest więcej”.
Rozumiem, iż wiara jest niezbędna, by świat zmieniać, ale w tym wypadku – moim zdaniem – koniec tej opowieści to jednak basen. To owo nie dające jednoznacznej odpowiedzi pytanie, co dalej. Refleksja o własnych demonach, o którą w spektaklu cały czas chodzi, o własnych reakcjach i ocenach wszystkiego, co wokół, a co tak łatwo zniszczyć…
Nadzieja w tej historii to jak pogłaskanie po główce, iż „jakoś to będzie”. Będzie? Ludzie rozkoszują się rolą trybunów ludowych, którą zyskali w „soszialach” – nie tak łatwo oddadzą zabawki, które pokochali. A ksenofobia? Też trudno o wiarę, iż łatwo się jej pozbyć. Tak, świat jest dziwny, na pewno.
I może „dobrych ludzi” jest więcej, ale może też lepiej nie zawierzać temu zbyt mocno. Toczą się wojny. Całkiem realne i groźniejsze niż hejt, choć hejt – oczywiście – niejedno życie również zniszczył, a strach przed „obcym” pchnął do haniebnych zachowań.
Nie, to przedstawienie powinno się kończyć pytaniem otwartym – zbyt wiele zależy od całej masy czynników zewnętrznych i wewnętrznych. Niczego nie załatwi wypisanie się z sieci, jak zrobili to Paul i jego rodzeństwo. Świat przez cały czas będzie działał jak działa, a my tylko schowamy głowy w piasek. Jak strusie. To niczego nie zmieni.
Kinga Wyrzykowska „Porządni ludzie”
Adaptacja i reżyseria – Piotr Kruszczyński
Premiera 27.02.2026
Teatr Nowy im. Izabelli Cywińskiej w Poznaniu, Scena Nowa im. Sławy Kwaśniewskiej




