Co się przydarzyło Zdzisławowi Wardejnowi 28 czerwca 1956 roku, opowiedział mi kilka lat temu Tomasz Szymański, współtwórca poznańskich Ósemek i wieloletni dyrektor Teatru im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie, kiedy nagrywałam z nim rozmowę dla Poznańskiego Archiwum Historii Mówionej.

fot. D. Stube
Potem jeszcze kilka razy, w różnych okolicznościach, wracała do mnie ta historia, ale im więcej czasu mijało, tym bardziej dominowała w niej perspektywa komediowa, anegdotyczna.
To zrozumiałe, nie mogło stać się inaczej: jej bohater żył, miał się dobrze, został aktorem tak, jak marzył, docenionym i rozpoznawalnym, a do tego jeszcze cechowało go ogromne poczucie humoru oraz uroczy dystans do siebie i świata. Siedemdziesiąt lat temu nikomu jednak do śmiechu nie było, przez cały czas skóra cierpnie na myśl, co wtedy przeżywał on i jego najbliżsi.
Z latami ta historia stawała się – też w sposób oczywisty – coraz barwniejsza, bardziej rozbudowana, filmowa, choćby przewrotna, a ja czekałam, aż znajdzie swego dramaturga i zostanie przedstawiona szerszej publiczności. Znalazła. Tomasz Man nad nią się pochylił. I dobrał odpowiedni klucz do opowiedzenia jej jak trzeba – tej grozy i śmieszności zamkniętych w jednym. I kontekstu. Kontekst był (i jest!) bardzo ważny. Jak najdalszy od komedii – tragiczny. Zatem… dla całości niezbędny stał się balans. To chyba było najtrudniejsze zadanie przy pisaniu tekstu, a potem reżyserowaniu przedstawienia.
Kiedy opowiada się o Poznańskim Czerwcu, patos jest zrozumiały i naturalny. Sam się pojawia. Ludzie wyszli na ulice, leciały kamienie, butelki z benzyną, pociski. Była śmierć, były aresztowania, brutalne przesłuchania i słowa o „odcinaniu rąk” (Józef Cyrankiewicz: „Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, iż mu tę rękę władza ludowa odrąbie.” – 29.06.1956). Wydawało się, iż nie można tego tematu inaczej podejmować niż na serio, z namysłem, z historycznej, społecznej i politycznej perspektywy analizować to, co się wtedy działo. Tak, jak to zrobiła Izabella Cywińska z Januszem Michałowskim i Włodzimierzem Branieckim w spektaklu z 1981 roku „Oskarżony: Czerwiec 1956” (premiera 20.06.1981, Teatr Nowy w Poznaniu).

fot. D. Stube
Ale lata mijały, wiedzy przybywało, pytań i zadumań także, i po jakimś czasie można było zmierzyć się z tą narracją inaczej – nie tylko historyczną, również teatralną, co uczynili Tomasz Śpiewak i Remigiusz Brzyk w „Gorączce czerwcowej nocy” (premiera 16.11.2013, Teatr Nowy w Poznaniu), w której pytano nie tylko o Poznański Czerwiec, ale też o dziedzictwo polityczne i społeczne tamtych wydarzeń, rozprawiano się z narosłymi mitami.
Gorzka była konstatacja. Jak w „Weselu” Wyspiańskiego. W roku 2013 nastroje społeczne coraz słabiej rymowały się z samozadowoleniem obozu rządzącego, PiS aktywnie szykował się na wybory, za chwilę miała nastąpić zmiana władzy… Dziś, po trzynastu latach od ostatniej premiery, temat poznańskiego zrywu znowu powraca na scenę. Tym razem w pojedynczej historii dziecka. Nie tego najbardziej znanego, Romka Strzałkowskiego, tylko Zdziśka Wardejna, który mając szesnaście lat, nie chciał być bohaterem, może choćby nic nie wiedział o zamieszkach na ulicy.
W spektaklu opowieść pojawia się taka: po awanturze z matką, dzieciak trzasnął drzwiami i poszedł na dworzec, a potem na Targi, odgrażając się, iż znika na zawsze; na dworcu dostał od jakiegoś Francuza paczkę Gauloisesów, na Targach kupił starą mapę Poznania – nie miał pojęcia, iż to przysporzy mu kłopotów. Nagle rozległy się strzały, ukrył się więc w jakiejś bramie, a tam spotkał dziewczynę, podobnie jak on wystraszoną, z którą spędził parę godzin aż do zmroku, dla otuchy recytując jej wiersze i powoli się w niej zakochując; potem, przemykając przez podwórka, odprowadził ją do domu, ale sam został aresztowany, bo obowiązywała godzina milicyjna, a on ją złamał.

fot. D. Stube
Przez kilka dni go przesłuchiwano i bito, zarzucano szpiegostwo (na mapie ktoś zaznaczył dworzec, co wzbudziło podejrzenia ubeków, ale podejrzana była też znajomość francuskiego u dziecka). W tym czasie matka odchodziła od zmysłów, nie wiedząc, co z synem się dzieje.
Sprawdziła szpitale, trafiła do kostnicy – tu rozpoznała Zdzisia w zmasakrowanym ciele jakiegoś młodego człowieka. Rodzinie w pogrzebie uczestniczyć nie pozwolono, wszyscy spotkali się więc w domu na stypie. Noc, wódka się leje, wiadomo, ból trzeba znieczulić, a tu nagle pojawia się „duch” – Zdzisiek. Poobijany, ale żywy. Trudno w to uwierzyć. Chwilę później, niespodziewanie, wysiadają korki, gaśnie więc światło i natychmiast pojawia się milicja, podejrzewając w tym jakieś dywersyjne działanie… Śmieszno i straszno. Czy tak było? Jak to powiedział po premierze Zdzisław Wardejn: „możemy w to wierzyć”. Ale faktycznie przeżył własną śmierć, faktycznie miał grób i dopiero w sierpniu 1956 roku sądownie przywrócono go do życia. Na pamiątkę została mu na lata ksywka – „Wykopany”. Śmieszno i straszno było rzeczywiście, choć opowieść teatralna nieco kolorów dodała, cóż… dramat sceniczny rządzi się swoimi prawami. Prawdziwa historia została zamieszczona w programie; w archiwalnym spisie osób zatrzymanych przez MO i UB w związku z wydarzeniami czerwcowymi w Poznaniu w 1956 roku ma ona numer 532 …
Tomasz Man swoją opowieść zbudował z szeregu gwałtownie następujących po sobie obrazów, tworząc dwie narracje równoległe. Główną postacią jednej jest Matka (Martyna Zaremba–Maćkowska), drugiej – jej Syn (Bartosz Włodarczyk). Obie role świetnie zagrane.
Najpierw poznajemy kontekst rodzinny: iż korzenie szlacheckie, iż dwór przed wojną i służba, iż Matka „mało domowa” – nie umie ani gotować, ani sprzątać, iż Ojciec zginął na wojnie, iż Syn to pogrobowiec. Potem awantura z powodu szkolnego świadectwa – Syn nie chce się uczyć, niezmiennie powtarza, iż zamierza zostać aktorem, a nie elektrykiem, choć motywy tego wyboru są dziecinne („nie będę wstawać o świcie do roboty”); Matka stwierdza, iż nigdy na to się nie zgodzi, Syn odpyskowuje, padają mocno raniące słowa, jak to zwykle w takiej sytuacji, Syn wybiega z mieszkania pełen złości i nagle to wszystko „wsysa” rzeczywistość czerwcowych zamieszek. Informuje o nich Radio Wolna Europa – o kulach, poszkodowanych i godzinie milicyjnej. Scysja rodzinna przemienia się w dramat, a ten wzmacniają wydarzenia uliczne…
Każda sekwencja to inne miejsce akcji. Aktorzy muszą sami urządzać swą przestrzeń. Cały zespół jest niemal non stop na scenie – albo przyjmuje rolę uczestników wydarzeń, albo komentujących obserwatorów (niczym grecki chór), albo dokonuje technicznych zmian w scenografii.

fot. D. Stube
Nie jest to proste zadanie, bo tę buduje przede wszystkim wielka ściana z quasi-drzwiami, dającymi się ustawiać w różnych – precyzyjnie określonych – konfiguracjach, dzięki czemu widzimy albo rodzinny dom Zdziśka, albo ostrzeliwaną bramę, albo pokój przesłuchań, prosektorium, zakład pogrzebowy, albo cmentarz, ale też ekran, na którym wyświetlane są zdjęcia i filmy z Czarnego Czwartku.
To zestawienie działa niczym uderzenie obuchem: z jednej strony w sumie śmieszna awantura Matki z Synem, z drugiej – tragiczne tło tych wydarzeń, prawdziwy dramat, ukazany w archiwalnych zapisach, który zakończył kilka żyć i dziesiątki karier. Wszystko dzieje się w szalonym tempie. Pewnie takim, w jakim rozgrywały się tamte wydarzenia.
Do tego dochodzą zmiany ról i kostiumów – poza Matką i Synem, każdy i każda z aktorów i aktorek wciela się w kilka postaci. Wszyscy śpiewają (i to jak!), Adam Machalica gra na harmonijce ustnej, wtóruje mu zawodowy muzyk na gitarze (Grzegorz Kopala), Oliwia Nazimek na skrzypcach… Istne szaleństwo sceniczne.
Muzyka jest tu ważna. Grana i śpiewana. Przywołuje klimat tamtych lat, ale nie tylko. Bo jeżeli spektakl otwiera i zamyka nucona melodia „Cicha woda brzegi rwie”, której słowa wszyscy znają, to nagle tworzy się kolejne piętro interpretacyjne i piosenka przestaje być jedynie przebojem z lat pięćdziesiątych, a staje się przewrotnym komentarzem do tamtej rzeczywistości.

fot. D. Stube
Więc tak, tu wszystko jest piętrowo poukładane, kontrapunktowo zestawione i dzieje się w kalejdoskopowym tempie. Są też mikroporty, których w teatrze nie znoszę, ale tym razem nie służą wyłącznie do wzmocnieniu głosu – one ten głos kształtują: ich techniczne możliwości reżyser wykorzystuje artystycznie.
Jak? Na przykład, kiedy Maria Rybarczyk staje się spikerką Radia Wolna Europa, jej głos brzęczy jak z rozstrojonego radia, słyszymy zakłócenia podobne do tych, jakie wryły się nam w pamięć w czasach socjalizmu. Takich smaczków jest więcej, nie będę ich zdradzać, by nie psuć przyjemności oglądania i słuchania. A przyjemność jest duża, fantastycznie odnajdują się w swych zmultiplikowanych rolach Maria Rybarczyk, Agnieszka Różańska, Oliwia Nazimek (co za wokal!), Sebastian Grek, Adam Machalica, Tomasz Mycan.
Kiedy przystępuje się do prac nad reportażem, szuka się wyrazistego bohatera – jednostkowy los ma skupiać jak w soczewce pewien problem; w ten sposób opowiada się o jakimś zjawisku, mechanizmie, czymś, co ma wymiar bardziej uniwersalny. Bo z pojedynczym człowiekiem łatwiej się utożsamić niż z tłumem. Bo pojedynczy człowiek to konkretne emocje.

fot. D. Stube
A emocje w opowiadaniu są ważne. One zostawiają najgłębszy ślad w odbiorcy. To tworzy story. Historia – story – bez emocji nie istnieje. Drugorzędne znaczenie (w jakimś sensie) ma forma przekazu: czy jest to literatura, radio, film czy spektakl teatralny.
„Zdzisiek” to reportaż. Napisany na scenę (choć równie dobrze zabrzmiałby jako słuchowisko) – z ogromnym wyczuciem jej możliwości i ograniczeń. Historia absurdalna. Absurdy zawsze się zdarzają. Swoją irracjonalnością ośmieszają mechanizmy. Musi jednak minąć trochę czasu, byśmy mogli w ogóle je zauważyć i rozmawiać o nich bez poczucia, iż w ten sposób lekceważymy ofiary zdarzeń czy samo zdarzenie. Musimy nabrać dystansu, by dostrzec w absurdalności jej siłę: ona wzmacnia opis, obnaża przeciwnika sporu, pokazuje jego słabość i małość, choć – oczywiście – nie może unieważnić ogromu krzywd i bólu. Tego nic nie przykryje. Tragedia pozostaje tragedią. choćby z wybrzmiałym śmiechem. I to się udało w Nowym. Równowaga, rzecz najtrudniejsza, została zachowana. Jest „śmieszno i straszno”, a to jeszcze bardziej podkreśla grozę tamtego czasu. I jest refleksją nad historią. Wcale nie lekką.
Tomasz Man „Zdzisiek”
Tekst, reżyseria, koncepcja muzyczna – Tomasz Man
Scenografia i kostiumy – Anetta Man
Prapremiera: 25.06.2026
Teatr Nowy im. Izabelli Cywińskiej w Poznaniu
Scena Nowa im. Sławy Kwaśniewskiej

















