Jagoda dowiedziała się, iż jej ojciec żyje, dopiero kiedy sama się rozchorowała. Od jakiegoś czasu czuła się słabo, wielokrotnie odwiedzała szkolną pielęgniarkę, która skierowała ją do neurologa. Jagoda poprosiła mamę, żeby zapisała ją na wizytę, a ta jak to w życiu bywa zapomniała, potem długo się karciła, rozmyślając, co by było, gdyby dowiedziały się o chorobie wcześniej.
Jak on żyje? dopytała Jagoda, patrząc na mamę.
Mama wpatrywała się w własne skarpetki, a na dużym palcu wyraźnie błyszczała dziura.
Żyje tak, przepraszam powtórzyła, lekko się rumieniąc.
O własnym ojcu Jagoda nie pytała długo. Nie pamiętała go, choć wiedziała, iż istniał. Od dwunastego roku życia wychowywał ją ojczym, którego nazywała po prostu tatą i który formalnie ją adoptował. Gdy skończyła trzynastkę, relacje z ojczymem popsuły się czuła, iż wymaga od niej za dużo, krytykuje ją nieprzerwanie i nie zostawia jej oddechu. Wtedy postanowiła odnaleźć prawdziwego ojca. Przez trzy miesiące wyciągała od mamy informacje, domagała się imienia, adresu, numeru telefonu czegokolwiek. Mama zachowywała się jak cicha rzeźba, nie podnosząc ust. Jagoda słyszała, jak rodzice szeptali ze sobą, najwyraźniej rozważali, czy powiedzieć prawdę. Niezależnie od kłótni z ojczymem, Jagoda była przekonana, iż to on namówił mamę, by wyznała prawdę.
Zginął w górach powiedziała w końcu mama.
Dziwnie, iż Jagoda wtedy uwierzyła. Nie poprosiła żadnych dowodów, nie szukała krewnych, po prostu przyjęła wersję.
Zadzwoniłam do niego. Zgodził się zrobić badania. jeżeli będą pasować, dostaniesz przeszczep szpiku i wszystko będzie dobrze.
W tej chwili Jagoda poczuła, iż dobre już nie przyjdzie. Matka ją okłamywała, ojciec ją zostawił, ojczym odszedł, mówiąc, iż nie da się kochać przymusowo. Kto ją teraz potrzebuje? Dlatego zachorowała natura pozbywa się niepotrzebnych.
Nie chcę! ryknęła Nie chcę operacji, nienawidzę was, nie chcę żyć!
Mama próbowała ją przytulić, ale Jagoda wyrwała się i poszybowała do swojego pokoju.
Niebo mieszało się z lejącą się w powietrzu mgłą, a horyzont był nie do odróżnienia. Jagoda lubiła, iż jej okna wychodzą na bezdroża, chociaż mama wzdychała przy przeprowadzce, iż to pech inne okna patrzą na podwórko, co Jagodę nudziło. Tak więc mogła podziwiać zachód, a w podwórku były tylko dzieci i staruszki. Dziś zachodu nie było; świat pogrążył się w szarej mgle, która nie ustępowała choćby w chwilach przejścia z dnia w noc. Świat ciemniał i rozmywał się, jak całe jej życie.
Gdy usłyszała kroki, pomyślała, iż to mama przychodzi przeprosić. To jednak ojciec. Stał w progu, jakby bał się, iż Jagoda go wypędzi.
Nie gniewaj się na mamę. Chciała, co najlepsze.
Co najlepsze? A co, jakbyś chciał zostać pogrzebany w ten sposób?
Pisała do niego, iż chcesz się spotkać. On nie odpowiedział. Mama pomyślała, iż tak będzie lepiej, powtórzył.
Jagoda przygryzła wargę. Nie odpowiedział. A teraz, kiedy umiera, w końcu się odezwał.
Ojciec zająknął się w drzwiach, nie czekając na odpowiedź Jagody, i zniknął w kuchni.
Do mamy poszła dopiero po godzinie. W rzeczywistości wszystko już postanowiła, ale dała wszystkim chwilę na ochłonięcie.
W mieszkaniu pachniał waniliowy zapach perfum, który zawsze przyćmiewał inne wonie, a Jagoda wciąż wyczuwała: sypkie pudry, którymi mama posypuje swoją twarz, krem do dłoni o zapachu truskawek, stęchłe książki biblioteczne. Mama kochała wypożyczać książki, uznając to za wyrafinowany przywilej. Lampa była wyłączona, a jej sylwetka stapiała się z fotelem, długi szlafrok okrywał białe stopy. Nie lubiła sztucznego opalenizny i zimą cierpiała, czekając na letnie słońce.
Dobrze powiedziała Jagoda. Niech zrobi badania.
O tym, iż ojciec jest odpowiedni, dowiedziała się w szpitalu. Złe samopoczucie nasiliło się, choć lekarz zapewniał, iż ma jeszcze trochę czasu. Czasu już nie było. Jak i ona, prawie przestała istnieć.
Leżała odwrócona do ściany, drapiąc przyklejoną łuszczącą się farbę paznokciem. Patrzyła na pęknięcia i czuła się nienaturalna. Wszystko, co się działo, wydawało się snem. Wcisnęła kawałek farby pod paznokieć, aż zakrwawiła się, jakby to mogło dodać jej życia. Przemocowana siatka łóżka, głosy pielęgniarek w korytarzu, szpitalny zapach wszystko wydawało się iluzją.
Zanim otworzyła oczy, poczuła znajomy zapach i wiedziała, iż go rozpoznaje. Wciągnęła noskiem dym papierosowy wymieszany z olejem silnikowym, wydała gwałtowny wydech i otworzyła oczy.
Mężczyzna w białym kitlu stał przy łóżku. Miał opaloną, pomarszczoną twarz, gęste brwi i szerokie, brązowe oczy, tak samo proste jak u Jagody.
Cześć, córko.
Głos był niski i znajomy.
Cześć zachrypiała Jagoda, kaszląc, powtórzyła cześć.
Ojciec nie był taki, jak go wyobrażała. Miał żonę i troje synów, pracował jako ślusarz w zakładzie naprawiającym trolejbusy zawód, o którym Jagoda nie miała pojęcia. Powiedziała mu, iż chce zostać kynologiem, ale mama jest przeciw, więc pójdzie na weterynarię, a potem i tak zostanie trenerem psów.
Psy są lepsze od ludzi odezwał się ojciec.
Operacja poszła gładko. Jagoda czekała, iż ojciec przyjdzie lub zadzwoni, ale nie pojawił się. Mama i ojczym przychodzili na zmianę co drugi dzień: mama zostawiała po sobie waniliowy zapach i nowe książki, nie zauważając, iż stare Jagoda nie otworzyła. Ojczym po prostu siedział obok i opowiadał różne bzdury, choćby gdy Jagoda odwracała się od ściany.
W dniu wypisu Jagoda wciąż liczyła na ojca. Wierzyła, iż przyjedzie. Czekając na lekarza, wstała, spojrzała na lekko uchylone okno z rozmytymi odciskami małych dłoni, podeszła do niego, wciągnęła chłodne, wilgotne powietrze, poczuła, jak pod stopami drży podłoga, niczym łódź na rwącym nurcie. W pokoju nie było już nikogo, więc otworzyła okno szeroko. Wiatr uderzył w twarz, niosąc ze sobą zapach rozkwitających łąk, wilgotnej ziemi i pyłu z asfaltu. Samochody mijały, przeganiając stada piskliwych wróbli. Błękit wiosennego nieba prawie oślepiał.
Myślała o ojcu: o jego grubych rękach pokrytych smarem, siwających włosach przyciętych na bok, by ukryć żółtą łysinę; o tym, jak codziennie naprawia trolejbusy, te metalowe bestie z rogami niczym wąsy konika. O zmarszczkach na jego nosie, o brwiach, które zawsze były podniesione w pytaniu, o słowach, których nigdy nie wypowie.
Na dole czekali ojczym i mama. Trzymając się za ręce, niczym w trakcie burzy, ich nogi nie podtrzymywały ich tak, jak nie podtrzymywały już Jagodę po długiej chorobie. Właśnie mieli już odejść, gdy drzwi otworzyły się szeroko, a z ulicy wpadło słońce i zapach wilgoci. Ojciec w roboczej kurtce stał przy drzwiach, trzymając bukiet tulipanów. Jagoda wytrzeć łzą ręką, uśmiechnęła się i ruszyła naprzód.






