Uczczenie 125. rocznicy urodzin piosenkarza trzeba uznać za inicjatywę ze wszech miar uzasadnioną. Fogg był legendą polskiej estrady, ale jednocześnie osobą wyjątkowo skromną. Wielokrotnie w wywiadach podkreślał: jestem rzemieślnikiem estrady i nie lubię, jak zwracają się do mnie „mistrzu”. Jednak Mistrzem był. W pełni więc zasłużył, by 2026 był czasem przypomnienia jego długiej, ponadsześćdziesięcioletniej drogi artystycznej.
Zapytałem znajomych, ludzi oczytanych w prasie, osłuchanych w telewizji i radiu, czy słyszeli o Roku Mieczysława Fogga. Dowiedzieli się ode mnie. Słyszeli, owszem, o Roku Andrzeja Wajdy, ale informacja o roku Fogga jakoś ich ominęła. Okazuje się, iż nie wystarczy w Sejmie podjąć uchwałę – przy niespotykanej większości głosujących posłów, co w parlamencie nie zdarza się często – należy jeszcze uchwale nadać odpowiedni rytm promocji. O tym najwyraźniej zapomnieli ci, którzy uchwały sejmowe „chwytają” i powinni wokół nich „robić szum”.
Żeby jednak sprawiedliwości stało się zadość, o Roku Fogga nie zapomniała TVP. W Niedzielę Wielkanocną w Programie Drugim zaproponowano widzom „Cafe Fogg” – koncert wspomnieniowy „łączący największe przeboje Mieczysława Fogga z niezapomnianymi skeczami i szmoncesami w wykonaniu wielkich gwiazd polskiej sceny”. Taki telewizyjny, rozrywkowy deserek na zakończenie niedzielnego dnia świąt Wielkiejnocy. Spodziewano się sporej widowni – szacunkowo widowiska w TVP2 w takim czasie ogląda od 1,5 do 2 mln widzów. Niestety, według mojej opinii – zwykłego, szarego telewidza – tym razem oczekiwania widzów rozminęły się z wizją twórców koncertu, scenarzysty Mariusza Cieślika i reżysera Wojciecha Iwańskiego. W obrazkach i filmikach przypomniano Mieczysława Fogga jako „wiecznie żywego”, dostojnego pana, zawsze we fraku, śpiewającego lirycznym barytonem, ale w wykonywanych piosenkach już Fogga było kilka albo zostały tylko znane słowa i zagubiona w parafrazie melodia.
Adam Sztaba, kierownik muzyczny i dyrygent, autor aranżacji, wyjaśniał, iż nowe wykonania utworów z repertuaru Mieczysława Fogga przybliża piosenkarza współczesnym, w domyśle młodym. Moim zdaniem nie przybliża. Młodzi, o ile słuchają Fogga, to z pewnością w oryginale, bo czasem aranżacja okazuje się parodią, jaką zaprezentował Janusz Radek w pięknej, nastrojowej „Piosence o mojej Warszawie”. Z narzuconą aranżacją w miarę poradzili sobie Ania Karwan i Czesław Mozil, reszta piosenkarzy odjechała nie z tego peronu.
Nawiązano też do kabaretu Dudek, w którym Fogg występował. Autorzy koncertu postanowili odświeżyć kilka skeczów i szmoncesów z lat nie tak bardzo odległych. Skecz „Sęk” to klasyka tego gatunku kabaretowego. Kto raz usłyszał tę telefoniczną rozmowę Edwarda Dziewońskiego z Wiesławem Michnikowskim, nie zapomni nigdy zabawnego żydłaczenia obu panów. Wykonawcy tego skeczu podczas koncertu na milę nie zbliżyli się do pierwowzoru. Gdy się nie ma na podorędziu aktorów takich jak Marian Opania, który w monologu „Brydż” wypadł jak zwykle znakomicie, to się nie sięga do klasyki kabaretu. Klasyka już była, a w TVP przydaliby się twórcy widowisk na miarę Olgi Lipińskiej czy Jerzego Gruzy.







