28 czerwca 2025 r. Dziennik
W bibliotece przy ulicy Floriańskiej w Krakowie zawsze panuje cisza, choćby gdy wchodzą czytelnicy. Nie zwracam na nich uwagi, bo gdy tylko przekraczam próg wielkiego, marmurowego czytelni, ludzie zatrzymują się, rozejrzą, a potem spokojnie podchodzą do mnie.
Dzień dobry zawsze uprzejmie mówią, a potem pytają po tytule.
Dzień dobry odpisuję z uśmiechem, wsłuchując się w ich prośby.
Jestem Grażyna Kowalska, z natury życzliwa i grzeczna, a praca w bibliotece to mój żywioł. Czasem myślę:
Cóż za szczęście, iż los poprowadził mnie tą drogą. Nie wyobrażam sobie miejsca, w którym mogłabym tak spokojnie i z pasją oddać się pracy. Najczęściej goście są uprzejmi.
Zdarza się jednak, iż ktoś pośpieszny wchodzi, nerwowo patrzy, gdy szukam książki, wypełniam kartę, ale nie mogę stracić cierpliwości. Czytanie towarzyszyło mi od dzieciństwa, więc wybór zawodu nie był dla mnie dylematem książki to mój świat, w którym czuję się pewnie i komfortowo.
Kiedy przyjaciółki biegają na randki, rozwiązują problemy w pracy, zakładają rodziny i przeprowadzają się, ja po prostu żyję spokojnie, w swoim rytmie. Mam cichy, spokojny głos, nawyk poprawiania okularów, gdy coś nie gra, szare oczy i jasne włosy zawsze związane w kok. Ubieram się schludnie i elegancko.
Miałam dwadzieścia siedem lat, a dwa dni po urodzinach do biblioteki wszedł przystojny młody mężczyzna w okularach. Spojrzałam na niego i pomyślałam:
Miły pan, ma lat trzydzieści, nie mniej.
Złapałam się na tym, iż wcześniej nie przywiązywałam wagi do mężczyzn przychodzących do czytelni, a teraz nagle zwróciłam na niego uwagę.
Dzień dobry przywitał się nieśmiało.
Dzień dobry odparłam.
Potrzebuję jednej książki zawahał się, jakby szukał tytułu, po czym pewnym głosem nazwał ją. Czy macie ją? spojrzał na wysokie regały i poprawił okulary.
Proszę chwilę poczekać, znajdę ją w górnym rzędzie powiedziałam i ruszyłam w stronę półek.
To był Wojciech Zieliński, nieśmiały inżynier w dziale architektury, który przeglądał stare plany i projektował nowe. Gdy wróciłam z książką, uśmiechnął się ciepło. Usiadł przy stoliku i wypełnił kartę. Nazwał się Wojciech, podpisał się, ale stał niepewnie, jakby nie wiedział, co zrobić.
Dziękuję wyznał nagle.
Proszę odpowiedziałam.
W tej chwili w ciszy czytelni coś się zmieniło. Patrzyliśmy na siebie bez słów, on nie chciał odejść, ja nie mogłam nic powiedzieć. Czas płynął, a my nie wiedzieliśmy, ile już minęło. W końcu przełamałam milczenie.
Wojciechu, potrzebuje Pan jeszcze jakiejś książki?
Tak a raczej nie odpowiedział niezdecydowanie, po czym dodał: Znam Pani imię, a Pani? jeżeli nie jest to tajemnica.
Grażyna odparłam nieśmiało.
Grażyna piękne imię, bardzo polskie. Myślałem tak od razu zamyślił się, a ja zauważyłam jego niepewność, bo i ja byłam podobna.
Dziękuję powtórzył obiecuję zwrócić książkę w nienaruszonym stanie. Do widzenia.
Do widzenia odpowiedziałam uprzejmie.
Wiedziałam, iż zwróci książkę był starannie ubrany: wyprasowane spodnie, czysta koszula, krawat, dobrze dopasowany garnitur, buty wypolerowane do połysku. Gdy odszedł, nie mogłam przestać o nim myśleć.
Jesteśmy jak dwie bratnie dusze pomyślałam, czując, iż go rozumiem
Potem zorientowałam się, iż nigdy nie zwracałam takiej uwagi na czytelników.
W drodze do domu myślałam, iż Wojciech to po prostu przystojny bibliotekarz, a nie inżynier, ale mój umysł nie dawał mi spokoju. Rozmyślałam: Dlaczego jestem tak nieśmiała? Moja skromność tylko mi przeszkadza. Nie mogłem już skupić się na rysunkach, bo wyobrażenie Grażyny nie schodziło mi z oczu.
Następnego dnia, w przerwie na obiad, znów pojechałem do biblioteki, pod pretekstem wziąć kolejną książkę.
Dzień dobry, Grażyno podniosła wzrok, a ja byłem zdumiony ilością tej samej troski w jej spojrzeniu.
Dzień dobry uśmiechnęła się, jak przy starej znajomej potrzebuje Pan jeszcze jednego egzemplarza?
Z drżeniem głosu odpowiedziałem:
Nie, adekwatnie przyszedłem po coś innego. Chciałem przyznać się: bardzo mi się Pani podoba proszę wybaczyć
Jej oczy rozbłysły, a rumieńce pojawiły się na jej policzkach.
Po co przepraszać? I wczoraj mi się podobałeś, przyznam szczerze, spałam kiepsko z tego powodu.
Usłyszałem, iż i on czuł podobnie: Nie mogłem zamknąć oczu. Nastąpiła niezręczna cisza, a ja w końcu zebrałem się na odwagę.
Grażyno, mogę odprowadzić Panią do domu po pracy?
Mogę odpowiedziała nieśmiało, lekko się uśmiechając.
Od tego dnia nasze spotkania płynnie zamieniły się w spacery po Plantach, gdzie opowiadałem o swojej pracy z zapałem, a ona snuła opowieści o książkach. Powiedziałem kiedyś:
Wojciechu, książki są jak ludzie, każdy ma duszę, a ona rozumieła moje porównanie i wiedziała, jak bardzo kocha to zajęcie, spędzając dni wśród tomów.
Jesień przyniosła chłód, a my spędzaliśmy długie godziny przy herbacie w jej kuchni, często milcząc, patrząc na siebie i zgadzając się w myślach:
Dobrze nam choćby w ciszy
Marzyliśmy o Wenecji, o której czytała w przewodnikach, a on wyobrażał sobie, iż płyniemy w wąskiej gondoli wśród wąskich kanałów, otoczeni wodą.
Pewnego sobotniego poranka przyniósł mu bukiet czerwonych róż.
To dla Ciebie, Grażynko, wyjdźmy za mąż, od dawna mam taki plan Czy się zgodzisz?
Zgadzam się odpowiedziałam prosto z serca, nie udając.
Ślub był skromny, nie z powodu braku hałasu, ale dlatego iż nie mieliśmy pośpiechu. Nasze życie płynęło powoli, szczęśliwie, choć po latach nie udało nam się mieć dziecka. Nie żałowaliśmy, nie obwinialiśmy losu adoptowaliśmy czarnego kota, nazwaliśmy go Borsuk, kupiliśmy małą działkę pod leśnym domkiem. Tam spędzaliśmy wieczory przy książkach, przy herbacie, słuchając mruczenia Borsuka.
W ogrodzie Wojciech budował budki dla ptaków, ja szydziłam skarpety, pielęgnowałam kwiaty w rabatach. Sąsiedzi rzadko przychodzili, szeptając, iż żyją nudno, codziennie to samo. My jednak nie byliśmy znudzeni. Wojciech codziennie parzył kawę w starej zaparzaczu, nalewał ją do pięknych filiżanek, a ja podawałam chleb ptakom na oknie. Latem spędzaliśmy czas na działce, wiosną sadziliśmy kwiaty, zimą słuchaliśmy trzasku drewna w kominku. Mówiliśmy kilka po co słowa, kiedy wszystko już rozumiemy.
Lata mijały, a my starzeliśmy się razem, ciesząc się ciszą domu przy lesie, ptasim śpiewem, grzybami w lesie. Sąsiedzi podziwiali naszą spokojną egzystencję.
Pewnego dnia Wojciech wrócił z targu z piękną butelką wina i owocami nie piliśmy alkoholu, więc wyciągnął dwa kieliszki z szafki i przetarł je ręcznikiem, którym zawsze wycierał naczynia, kiedy ja je myłam. Usiadł przy stole i nalał wino.
Podniosłam kieliszek i uśmiechnęłam się:
Za nas?
Nie odparł, wyciągając z kieszeni dwa bilety lotnicze za Wenecję.
Zamarłam. Marzyliśmy o tym całe życie, odkładając: praca, działka, choroba kota.
Ale my już starzy rzeczełam.
Nie starzy, a starsi, więc jedziemy
Wspólnie poleciliśmy do Italii. Cieszyliśmy się wąskimi kanałami, płynąc w gondoli pod mostami, śmialiśmy się jak nastolatkowie. Spacerowaliśmy, ona w słomkowym kapeluszu, on z aparatem w dłoni. Wieczorem, gdy słońce zachodziło nad laguną, on wyznał:
Jak szczęśliwy jestem z Tobą, Grażynko, kocham Cię
Dziękuję, iż mnie oświadczyłeś, wiem, jak ciężko Ci było Dziękuję za spełnienie marzenia. Nic więcej nie potrzebuję, tylko byśmy zawsze byli razem.
Śmialiśmy się radośnie, bo to było nasze wspólne pragnienie. I tak żyliśmy dalej, nie spiesząc się, ciesząc się każdą chwilą.
Dziękuję, iż przeczytałaś moje zapiski. Życzę wszystkim spokoju i dobroci.






