Dziennik, 14 marca
To już drugi dzień mojej podróży pociągiem. Ludzie w przedziale zdążyli się poznać, wymieniliśmy się niejedną filiżanką herbaty, rozwiązaliśmy ze dwadzieścia krzyżówek. Rozmowy zeszły na sprawy życia i śmierci, jak to często bywa między przypadkowymi podróżnymi. Tylko w pociągu można czasem usłyszeć opowieści, jakich nigdzie indziej nie opowiada się głośno.
Siedziałam na bocznym miejscu, a za ścianą przedziału trzy starsze panie Halina, Genowefa i Bronisława wymieniały się przepisami na drożdżowe ciasto i sposobami dziergania skarpet na drutach. Pociąg wtoczył się na most, z którego roztaczał się cudowny widok. Niebo było czyste, dzień słoneczny, Wisła szeroka, z delikatnymi falami. Na wzgórzu, wśród jedwabistej trawy, stał biały kościół z pozłacanymi kopułami, lśniącymi w słońcu.
Rozmowy ucichły. Jedna z pań się przeżegnała.
Opowiem wam zaraz coś powiedziała cicho Genowefa. Wierzyć nie musicie, ale wysłuchać warto.
Zdarzyło się to kilka lat temu, wiosną. Mieszkam sama, nie mam dzieci, męża pochowałam dawno temu. Wieś nasza nie duża, ale leży po obu stronach rzeki. Żeby dostać się do sklepu albo na pocztę, trzeba przejść mostkiem na drugi brzeg. Tamtego dnia zadzwonił do mnie brat, zapowiedział, iż będzie przejeżdżał służbowo przez naszą okolicę i zajrzy do mnie. Pięć lat się nie widzieliśmy, mieszka daleko. euforia mnie rozpierała! Pomyślałam pobiegnę gwałtownie do sklepu, kupię trochę drożdży, mąki, cukru, napiekę placków, ugościmy się po polsku.
Wrzuciłam na siebie kożuszek, nie zapięłam ani guzika, tylko owinęłam się szczelniej, wciągnęłam walonki i wybiegłam. Dobiegłam do brzegu Wisły i zastanawiałam się czy iść do mostu naokoło, czy przebiec na skróty po lodzie? Dni już było ciepłe, ale noce jeszcze mroźne, a kawałek dalej, tam gdzie był most, siedzieli wędkarze. Pomyślałam skoro tacy chłopi, z całym ekwipunkiem, nie zapadają się, to ja tym bardziej. Jestem przecież lekka i szybka, może się uda.
Ostrożnie zeszłam na lód. Krok po kroku nie trzeszczy! Może dobiegnę… Rzeka w tym miejscu się zwęża, byłam pewna siebie.
I uwierzycie albo nie, choćby nie zauważyłam, iż wpadłam pod lód mówiła dalej Genowefa. Nagle zimno jak ogień, krzyk sam się wydarł, a potem już nic. gwałtownie zaczęłam walczyć o życie, ale kożuszek ciągnął mnie w dół. Dobrze, iż nie zapięłam! Opuściłam go, łatwiej wypłynęłam. Strach nie do opisania, kiedy chwytasz się krawędzi lodu, a on z hukiem pęka i znowu lecisz pod wodę. Głosu już nie miałam, nie mogłam krzyczeć.
Zerknęłam w górę, na brzegu stała sąsiadka Pani Zofia. Patrzyła na mnie poważnie. Pomyślałam, iż zawoła wędkarzy. Machałam ręką, a ona… wycofała się powoli tyłem i zniknęła! To już koniec pomyślałam brat przyjedzie i nie znajdzie mnie żywej.
Jeszcze raz ostatkiem sił łapię się lodu znowu pęka. I nagle widzę biegnie do mnie mężczyzna. Skąd się wziął? Przedtem nikogo tam nie było. Kładzie się na brzuchu, woła do mnie:
Dawaj, dasz radę! Idź do mnie!
Nie wiem, skąd miałam siłę. Lód pod nim już też trzeszczał. Pobiegł po brzeg, jednym szarpnięciem wyrwał młodą brzózkę, wrócił i popychał ją w moją stronę.
Złap za konar! woła.
Chciałam się chwycić, ale ręce mi się ślizgają, mróz oblepił gałęzie lodem. On przesuwał mi tą brzozę bliżej i krzyczał jeszcze mocniej.
Złapałam się mocno za pień, a on pociągnął mnie jak rzepę z ziemi. Leżałam na lodzie, łzy marzły mi na twarzy. Nachylił się nade mną mężczyzna.
Żywa, pani? pyta cicho.
Kiwam głową, mówić nie mogę.
No i chwała Bogu. Idź do domu, nie bój się, nic ci nie będzie.
Starłam łzy, zadrżałam, ale wstałam. Obejrzałam się, a jego już nie było. Gdzie mógł zniknąć, przecież rzeka szeroka, nikt się nie ukryje… Oglądam się jeszcze, a wędkarze właśnie podbiegają do mnie od mostu.
Jeden z nich odprowadził mnie do domu. Przebrałam się, napiłam gorącej herbaty i myślę nie wykręcę się, trzeba iść do sklepu.
Po moście, już jak człowiek, przeszłam na drugi brzeg, pod sklepem stała Zofia, sąsiadka. Patrzyła na mnie jak na zjawy, przeżegnała się.
Toś ty nie utonęła jednak?
A czemu nie wołałaś pomocy? odparłam pytaniem na pytanie.
Bałam się, iż obie przepadniemy, a do wędkarzy nie dobiegnę. Jakbyś miała utonąć taki los. Ale patrz, nie utonęłaś. Dobrze się skończyło.
Brat wpadł tylko na jeden dzień. Nie opowiedziałam mu nic. Kiedy wyjechał, poszłam pytać po wsi, może ktoś widział tego mężczyznę. Wiem, iż nie tutejszy, bo ubranie miał dziwne jakby płaszcz z kapturem, nie tak jak nasze chłopy. U nas mało domów, choćby jak ktoś do kogoś przyjeżdża to od razu wiadomo. Ale nikt nic nie widział, obcy się nie pokazywał.
Pojechałam do sąsiedniej wsi, do kościoła, postawić świeczkę za ocalenie. Weszłam… i aż mnie przeszył dreszcz. Na ikonie św. Mikołaja popatrzył na mnie mój wybawiciel taki sam, jak ten mężczyzna na lodzie. Padłam przed obrazem. Potem długo rozmawiałam z proboszczem.
Takie cuda. Odkąd mnie wyciągnął nic mi nie dolegało, choćby nie kichnęłam od tej pory zakończyła Genowefa swoją opowieść. Czy wierzyć, to już wasza sprawaZapadła cisza taka, jaka w pociągu zdarza się tylko raz na długą trasę. Każdy z nas siedział przez chwilę zamyślony, zasłuchany, jakby szukał w pamięci własnych niesamowitych zdarzeń, które nigdy nie doczekały się wyszeptania w głos. Po chwili Halina odchrząknęła i powiedziała miękko:
No, i niech mi ktoś powie, iż świat jest zwyczajny.
Bronisława uśmiechnęła się pod nosem, poprawiła rękaw swetra, a przez okno pociągu padł na nasze twarze złoty promień słońca. Ktoś w kącie dopił chłodną już herbatę, przez wagon przeszedł delikatny zapach drożdżowego ciasta z czyjejś torby.
Pociąg wtoczył się na kolejny most, stukot kół ucichł na moment, a za oknem mignął błękit i woda, jakby sama Wisła chciała nas pożegnać. Uświadomiłam sobie, iż każda podróż, choćby ta najzwyklejsza, może być początkiem czyjegoś cudu tylko trzeba słuchać i wierzyć w niezwykłe opowieści ukryte między słowami.
Gdy kilka stacji dalej wysiadłam wśród zgiełku i śniegu topniejącego pod butami, czułam, iż niosę w sobie coś cennego nie talizman, nie modlitwę, choćby nie opowieść tylko obietnicę, iż choćby jeżeli lód pod nogami zatrzeszczy, zawsze znajdzie się ktoś, kto poda nam rękę.




