(NIE!) na marginesie. Wykluczone słowniki

kulturaupodstaw.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: fot. James Zevad, Unsplash


Kolory liczb, tekstura słów

Dziś już bywa inaczej, ale w czasach, gdy u Daniela Tammeta zdiagnozowano autyzm, adekwatnie oznaczało to wrzucenie w szufladkę: problemy językowe i komunikacyjne. Rzeczywiście, Tammet – dziś pisarz i poliglota – w dzieciństwie miał specyficzny stosunek do języka, którym posługiwali się wszyscy dookoła.

Postrzegał świat głównie za pośrednictwem liczb: na przykład 89 kojarzyła mu się ze śniegiem, 979 z blaskiem i pięknem, a 362 wiązała się z jedzeniem.

Początkowo słowa nie docierały do niego jako dźwięki i nie służyły do porozumiewania się z innymi, ale fascynowały go swoim kształtem i teksturą, jakie w jego wyobraźni posiadały (jedne wyrazy, tak samo jak liczby, były dla niego krągłe, inne kanciaste czy migotliwe).

Susan Holt Simpson, Unsplash

Dużo czytał i bawił się układaniem ciągów zdań ze słów, co jednak dalekie było od normalnego używania języka, nie pomagało w nawiązywaniu przyjaźni i prowadzeniu rozmów z rówieśnikami. Szczególnego upokorzenia przysporzyła mu próba zastosowania w komunikacji gotowych sformułowań z dialogów zaczerpniętych z czytanych powieści – wydawało mu się, iż skoro tak konstruuje się wymiany zdań między ludźmi w książkach, będzie to pomocne w żywych rozmowach.

Możemy się domyślać, jaki wywarło to efekt na słuchaczach…

Angielskie (i nie tylko) rozmówki

Tammet przez cały czas jednak czytał i, jak sam pisze, każda kolejna książka pomagała mu rozwijać empatię. To, iż stopniowo zaczął używać języka w znanym nam wszystkim komunikacyjnym celu, oraz to, iż został pisarzem, zawdzięcza głównie pedagogom – nauczycielce, która odkryła, iż Daniel pisze; dyrektorowi szkoły, który nie tylko docenił jego uczniowskie próby, ale też odczytał jego opowieść na szkolnym apelu (co zmieniło nieco stosunek rówieśników do Daniela); wreszcie pani Corkhill, która z życzliwości zaproponowała mu konwersacje u siebie w domu.

Olena Bohovyk, Unsplash

Te rozmowy przy herbacie – które prowadzili trochę po angielsku, trochę po niemiecku – uważał za jedno z najważniejszych wydarzeń każdego tygodnia. Po wielu innych budujących doświadczeniach (między innymi dzięki wspólnemu czytaniu po francusku ze swoim przyszłym partnerem Jérôme’em) w 2016 roku, w wieku 37 lat, Tammet otrzymuje dyplom z wyróżnieniem magistra nauk humanistycznych i wydaje we Francji swoją pierwszą powieść, mimo panującego przekonania, iż „pisarz autystyczny” to termin „wewnętrznie sprzeczny”.

Dla Daniela Tammeta było to jednak „odnalezienie swojego głosu”.

Sekretarka pszczół. Na dywaniku u dyrekcji

Czego możemy się nauczyć od niezwykłego poligloty (dzisiaj włada przynajmniej 11 językami), który dzięki „pracy ze słowami” zarabiał niejednokrotnie na chleb? Praca nauczyciela angielskiego w ramach wolontariatu na Litwie (rok 1998) pozwoliła mu zamienić nudę tradycyjnych podręczników na pełną wyobraźni, fascynującą zabawę językiem, dającą o wiele lepsze efekty niż nauka według programu.

Ucząc, zupełnie intuicyjnie, ufał tym sposobom zapamiętywania, które dla niego były w dzieciństwie czymś naturalnym – komponował wraz z uczennicami zdania ze słów, nie interesując się ich realistycznym opisywaniem.

Luke Jones, Unsplash

Chodziło o tworzenie obrazów, które stanowiły wsparcie dla wyobraźni i pamięci. Dlatego na przykład słowa sleep, slide, slope i slump tworzyły według niego „poliptyk, ciąg powiązanych obrazów”, a ich fonetyczny początek (zbitka głosek „sl”) miał wiele wspólnego z ich wizualną reprezentacją. Z powodu swoich oryginalnych metod – które dzisiaj byłyby interesującą propozycją wzbogacania skutecznych sposobów uczenia – został wezwany przez dyrektorkę szkoły „na dywanik”.

Chciała wiedzieć, cóż to za „sekretarka pszczół” pojawia się na jego dziwnych lekcjach. Tammet wyjaśnił, iż cytat pochodzi z wiersza Sylvii Plath „Posiedzenie pszczół” i iż praca wyobraźni pozwala lepiej zrozumieć i więcej zapamiętać niż podręcznikowe zdania w rodzaju:

„Rano sekretarka Johna parzy dla niego kawę”.

Tammet, któremu w końcu dyrektorka ustąpiła, daje nam do myślenia, pisząc, iż zapamiętywanie jest związane z zabawą:

„słowami, obracanymi w palcach i na języku, z doświadczaniem różnych znaczeń słów, które w ten sposób się objawiają”.

Inteligencja werbalna. Test wykluczeń

Wydarzeniem, które wywołało rozgoryczenie młodego Daniela Tammeta, był test, jakiemu go poddali londyńscy lekarze (jako osobę autystyczną) w wieku 22 lat.

„Chuda, beznamiętna pani” – jak pisze o niej – kazała mu mówić wyraźnie, „ponieważ [jak powiedziała] będzie zapisywać moje błędy”.

Miał odczytać głośno 50 wyrazów z kartki, którą mu wręczono. Zbyt nieśmiały, by wówczas protestować przeciwko liście słów bez kontekstu, po latach napisze o tym doświadczeniu:

„Zastanawiałem się, jakie działanie, jakie zadanie społeczne może ode mnie wymagać, bym umiał wymówić słowo takie jak drachm [drachma] jako «dram»?”.

Czyż nie jest zawstydzające dla „zdrowych” i „inteligentnych” twórców tego rodzaju testów diagnostycznych, iż autystyczny chłopak odczuł, że:

„język – odczuwanie, myślenie i tworzenie w języku – nie ma nic wspólnego z takimi bezużytecznymi i głupimi procedurami”?

Aedrian Salazar, Unsplash

Czy coś podobnego nie dzieje się w przypadku szkolnych testów wiedzy, o czym alarmują również nauczyciele? Czyż nie jest to cenna lekcja, jakiej udzieliła nam osoba uznawana a priori za gorszą językowo?

Lekcja ta mogłaby się streszczać w stwierdzeniu: język to nie to samo co pojedyncze słowa, suche fakty nie są tym samym co wiedza kontekstowa, a słowom to my, ludzie, nadajemy sens. Sam pisarz wyraził to w trafny i poetycki sposób:

„Słowa są jak ptaki, które uczymy śpiewać”.

Słowniki wykluczeń

Francja szczyci się swoją Académie Franҫaise, której zadaniem jest między innymi dbanie o czystość języka francuskiego i uaktualnianie słowników. Pisząc o swoim znajomym, Angliku, sir Michaelu Edwardsie, przyjętym także do Akademii, Tammet przywołuje postać jego poprzednika, pisarza Jeana Dutourda, który w 1985 roku wieszczył zagładę języka francuskiego i wyznał podczas swojego wykładu, iż chciałby, by we Francji powstała „inkwizycja językowa”.

Chciał, by minister finansów ustanowił grzywnę dla tych, którzy w sposób nieuprawniony używają angielskich wyrazów zamiast ich francuskich odpowiedników.

Równie groteskowe wydają się cytowane przez Tammeta próby zamiany takich angielskich zapożyczeń na francuskie zwroty, które członkowie Akademii przygotowali do przewodnika językowego „Dire, ne pas dire” („Co mówić, czego nie mówić”). Zgrabne zdanie „Il est sur la shortlist” („Jest na shortliście”) zamienili na mające obowiązywać: „Il est parmi les derniers candidats susceptibles d’obtenir tel prix” („Znalazł się wśród finalistów mogących otrzymać taką nagrodę”). Tammet słusznie nie może pojąć, dlaczego akademicy akceptują istnienie we francuskim takich słów jak jazzman, blackout, fair play czy covergirl, a zakazuje używania shortlist.

Anthony Choren, Unsplash

Wspomina także, iż w swojej historii instytucja owa odrzuciła kandydatury takich pisarzy jak Victor Hugo (trzykrotnie, zanim go przyjęła), Charles Baudelaire, Molier, Blaise Pascal czy Emil Zola. Inni, jak nobliści Patrick Modiano czy J.M.G. Le Clézio, w ogóle do uczestnictwa w niej nie pretendowali. Czyż to wszystko nie świadczy źle o samej Akademii? Instytucji, która wkłada mnóstwo wysiłku w tworzenie „wykluczających języków”?

Notabene podobny proces jak pomysłodawca „inkwizycji językowej” Dutourd zapoczątkował w okresie faszyzmu Mussolini, każąc językoznawcom „oczyścić” język włoski z obcych wpływów oraz dialektów, by wzmocnić jego „narodowy” charakter. Powstały w ten sposób groteskowe odpowiedniki zapożyczeń: zamiast film należało używać słowa pellicola (taśma filmowa), bar przemianowano na quisibeve (tu się pije), rugby miało się nazywać palla ovale (okrągła piłka), a picnic zamieniono na pranzo al sole (obiad w słońcu).

Po wojnie z tych językowych akrobacji pozostały tylko pojedyncze słowa (jak tramezzino zamiast sandwich), resztę dziwolągów, budzących śmiech, odrzucono.

Użytkownicy danego języka sami decydują – poprzez uzus językowy i z racji praktyczności zastosowań – co się w nim może zadomowić, a co jest nieprzydatne. Nie da się zaprowadzić „porządku” dyrektywnie, jakimś odgórnym zarządzeniem. A jeżeli tak się robi, i tak będzie istniało podziemie językowe, bo język ma być czymś użytecznym, a często także tożsamościowym w takim sensie, który wymyka się ideologiom nacjonalistycznym.

Ocalając ludzki wymiar języków

Omawiana książka Tammeta nie tylko zabiera czytelnika w fascynującą podróż po krainie języka i wielojęzyczności, ale także ukazuje nieoczywiste obszary wykluczeń i marginalizacji w tym obszarze. Znajdziemy tu rozdział o dwóch (kiedyś konkurencyjnych) językach dla osób głuchych – migowego ASL i metody czytania z ust, dowiadując się, iż na przykład dla Moniki Elaine, osoby od dzieciństwa posługującej się tą drugą metodą kontaktu ze światem, chodzenie profesora podczas wykładu na tle jaskrawej tapety było trudnym do zniesienia „wizualnym hałasem”.

Aitac, Unsplash

Przeczytamy, z jakim trudem i poświęceniem ratuje się ginący język manx z wyspy Man na Morzu Irlandzkim, który wypierany był całymi latami przez język angielski. Dzisiaj, z oczywistych powodów, wciąż konkuruje on z manxem, co podtrzymuje niepokój o przyszłość tradycyjnego języka.

Dowiemy się także, iż zwolennicy powrotów do źródeł mogą traktować język „politycznie” – skądinąd słusznie, gdy w grę wchodzi obrona tożsamości – ale nieświadomie wykluczają swoich rodaków, którzy używają języka dawnego kolonizatora, jak to się przydarzyło jednemu z przedstawicieli literatury kenijskiej, piszącemu w kikuju. Tymczasem normalnym procesem jest to, iż języki na całym świecie wchłaniają wiele z obcej kulturowo mowy pod wpływem kontaktów z Innym, niezależnie od tego, czy jest on przyjacielem, czy najeźdźcą.

Markus Spiske, Unsplash

W arcyciekawym rozdziale „Gramatyka telefonu” znajdziemy transkrypcje rozmów telefonicznych pacjentów onkologicznych z ich bliskimi i informację, iż na podstawie naukowych wniosków z analizy owych dialogów stworzono spektakl jako projekt uwrażliwiający dla medyków, pacjentów i ich rodzin.

I wreszcie – jak na to, iż autor jest osobą autystyczną, która według stereotypów powinna mieć problem nie tylko z językiem i twórczością, ale również ze społecznym aspektem komunikacji – zaskakujące wydaje mi się zakończenie książki.

Tammet, doceniając systemu bliskie dzisiejszej sztucznej inteligencji, nie traktuje ich bezkrytycznie. Podejmuje dialog z filozofem języka, Markiem Bickhardem, by pokazać, jak istotny w komunikacji jest kontekst sytuacyjny i dynamicznie zmieniające się znaczenia słów, czego owe systemu wciąż „nie łapią”.

Czy to się zmieni? Walka cyfrowego biznesu o stworzenie takiej formy AI, która używałaby języka tak samo jak ludzie, wciąż trwa. Oby się to nie udało, bo prawdopodobnie groziłoby to wykluczeniem nas, żywych, niedoskonałych istot, zdolnych jednak do odczuwania, modyfikowania znaczeń i zniuansowanych rozmów, a nie tylko emitowania słownych konstruktów. Na razie bowiem jedynie my, istoty biologiczne i społeczne, potrafimy:

„uczyć słowa, by śpiewały jak ptaki”.

Idź do oryginalnego materiału