Nie chcę być tobą

filmweb.pl 3 dni temu
Zdjęcie: plakat


"To ty tu rządzisz. Potem będzie napisane – reżyseria: Billie Eilish i – małym druczkiem – James Cameron", zwraca się ze śmiechem 71-letni reżyser do 24-letniej piosenkarki, która właśnie przedstawiła mu swoją wizję filmowanej trasy koncertowej. Ostatecznie wyszło nieco inaczej: na plakatach widnieje "Billie Eilish + James Cameron", oba nazwiska równej wielkości, a w bazach filmowych pod hasłem "reżyseria" artystka wymieniana jest po przecinku, jako druga. To już jednak marketingowe detale, a to, co widzimy na ekranie, to pełna artystyczna, międzypokoleniowa współpraca.

Eilish wie, czego chce i czego nie chce. Faktycznie rozstawia kamery po kątach: wskazuje punkty widzenia, dopytuje się, czy jedną można umieścić we wnętrzu skrzyni, w której jest transportowana na scenę, upewnia się co do możliwości technicznych. Reżyser "Titanica" i jego operatorzy stoją i kiwają głowami. "Świetny pomysł, bardzo dobry kadr". Nagrodzony trzema Oscarami reżyser na ekranie wydaje się po prostu jednym z techników.

Widać, iż Eilish chce kształtować film o swojej trasie koncertowej tak, jak kształtuje samą trasę, jej oprawę wizualną i inscenizację. Widzimy, jak przeglądając propozycje wizualizacji przed trasą, robi notatki na iPhonie, wybiera paletę kolorów dla każdej z piosenek, chodzi, ocenia. Reżyseria poszczególnych utworów płynnie przechodzi w reżyserię koncertu, a ta w reżyserię filmu z trasy koncertowej.

Sam Cameron w czasie zdjęć usuwa się w cień, jakby czuł, iż rocznikowo nie pasuje do tego pokoleniowego obrazka: oddaje głos Billie i jej fanom. Ogranicza swoją obecność do minimum; przyjmuje rolę pośrednika w fanowskim doświadczeniu, a publiczności kinowej pozwala wejść w to doświadczenie jako fanom i uczestnikom koncertu – i robi to przy pomocy wszystkich możliwości formy kinowej.

Opowiadając o swojej koncepcji trasy, Billie mówi: "Nie chcę więcej ludzi na scenie. Lubię to uczucie, iż jestem tylko ja i oni" (publiczność). Cameron zachowuje te proporcje, właśnie relację Billie z fanami czyniąc osią i sercem filmu. Stara się uchwycić koncertową magię i chemię między dwiema stronami sceny, zalane łzami twarze, wzrok wyrażający bezgraniczne oddanie, wyśpiewywane słowa piosenek. Ale kiedy pyta fanów, za co kochają Billie, odpowiedzi zaskakują – równie dobrze mogłyby opisywać figurę dobrego opiekuna, mentora, starszej siostry, a nie idolki.

Billie nie jest w nich chwalona za swój unikalny styl, głos, talent czy muzyczny eklektyzm; w ogóle nie przyjmuje adekwatnej idolom formy czegoś dalekiego i nieosiągalnego, nie wpędza w kompleksy. Przeciwnie: zamiast tego padają słowa, które opisują po prostu bezpieczną relację. Młodzi fani mówią o tym, iż to, co Billie sobą reprezentuje, pomogło im zaakceptować siebie takimi, jacy są. Że jej muzyka przeprowadziła ich przez najtrudniejsze okresy w życiu – było tak, jakby Billie była przy nich i śpiewała im do ucha. Sprawiła, iż poczuli się mniej samotni. Na koncertach emocje szaleją, ale po nich ciała są spokojne, spojrzenia pełne czułości – jak po dobrym spotkaniu, po którym w brzuchu nie świdruje niedosyt.

Ze słów fanów nie wyłania się przy tym obraz osoby, która "ma to już wszystko rozpykane"; z wieloma kwestiami walczy na ich oczach. Kiedy mówi o kwestiach płci i seksapilu, iż nie rozumie, czemu jej luźne i wygodne stroje na scenie mają odbierać jej kobiecość, dlaczego konieczne jest odsłonięcie ciała, unika patrzenia w kamerę – czuć, iż to świeże, iż trwa.

Cameron filmuje obydwie strony tej relacji. Po drugiej jest sama Eilish, odwzajemniająca oddanie publiczności. Reżyser pokazuje, jak piosenkarka dba o relację z fanami, kultywuje ją, jak "stara się być taką artystką, jakiej sama chciałaby być fanką". Bo nieliczne, rozsiane po filmie momenty rozmów reżysera z Eilish dotyczą przede wszystkim tego: jej szacunku do fanów i ich emocji. Wyłania się z nich obraz artystki traktującej swoją młodą – nieraz kilkanaście lat młodszą od siebie – widownię bardzo poważnie, pamiętającą własne zapatrzenie w ukochanych muzyków. Kiedy pokazuje zadrapania na rękach od uścisków dłoni fanów na koncertach, wzrusza ramionami: "Rozumiem to. Wiem, jak to jest. Gdybym kiedyś, lata temu miała okazję dotknąć artystów, których byłam największą fanką, nie wiem, co bym zrobiła".

Cameron nie robi jednak filmu dokumentalnego, gadające głowy pojawią się tu z rzadka. To koncert poprzetykany chwilami rozmowy. jeżeli ktoś chce się dowiedzieć więcej o samej Eilish, niech sięgnie po świetny skądinąd dokumentu R.., Cutlera "Billie Eilish: Świat lekko zamglony" z 2021 roku. Cameron nie wyciąga zwierzeń, po prostu towarzyszy. To drobne momenty, w swojej zwyczajności i "niefilmowości" pozbawione dokumentalnej pompy i konfesyjnej atmosfery. Jak ten, kiedy w drodze powrotnej z koncertu Billie wystawia głowę przez okno samochodu, zamyka oczy i głęboko oddycha. Widzimy adekwatnie tylko jej plecy i rozwiane wiatrem włosy, kiedy mówi, iż droga z hotelu na miejsce koncertu to jedyny moment, kiedy może zaczerpnąć świeżego powietrza. Jest w tych chwilach coś zwykłego i ujmującego.

Cameron skupia się jednak przede wszystkim na tej wymianie, która ma miejsce podczas koncertów i której językiem jest muzyka. Żeby oddać ją w pełnej krasie, wykorzystuje wszystkie możliwości techniczne kina 3D, aby widzom na sali zagwarantować jak najbardziej immersyjne doświadczenie. Nieskazitelny dźwięk pozwala cieszyć się muzyczną stroną widowiska, subtelnościami wokalu Eilish i poszczególnych linii instrumentalnych; mnogość kamer i planów, w tym zbliżeń, rozszerza tradycyjne doświadczenie koncertowe, zabierając nas na backstage i pod scenę, gdzie Billie przebiega i zbija piątki między kolejnymi numerami. Artystka momentami przejmuje środki wyrazu: kiedy jest na scenie, bierze do ręki małą, podręczną kamerę i biega z nią po scenie, podczas wykonywania utworu eksperymentując z różnymi kątami widzenia; kieruje ją to na siebie, to na publiczność, kładzie na ziemi, filmuje od dołu, od góry. Kręci swój własny teledysk, a jego tematem jest ta sama relacja, co filmu Camerona: ona i one/oni.

Ta wymiana schodzi z ekranu i przelewa się na kinową salę. Widzki i widzowie odszykowani jak na koncert, w T-shirtach z Billie, podczas seansu na nabitej sali biją brawo po każdym kawałku razem z fanami na koncercie. W drugiej połowie filmu spontanicznie zrywają się z miejsc i resztę seansu spędzają, tańcząc i wiwatując pod ekranem jak pod sceną. W pewnym momencie łapią się za ręce i wspólnie wirują w kole.

Dobrze jest patrzeć z kinowego fotela na ekran i ludzi bawiących się pod nim; patrzeć, jak miejsce autodestrukcyjnych, toksycznych idoli poprzednich epok zajmują ci, których obecność wspiera; o których nie chce się bić, tylko dzielić z innymi, złapać za ręce i być w tym razem. O byciu którymi się nie marzy, bo robią coś więcej – pomagają w byciu sobą. "I don’t wanna be you anymore", śpiewa Billie w jednej z piosenek. Brawo, Billie, dzięki, James.
Idź do oryginalnego materiału