Nie chcę

twojacena.pl 2 dni temu

Nie chcę
Wszystko jest na mojej głowie! Ile jeszcze? byłam oburzona.

Piotr jak zwykle nic nie odpowiedział. Zamiast tego udawał, iż problem go nie dotyczy, wmawiając sobie i światu, iż jakoś się samo rozwiąże. Nigdy się nie rozwiązywało. To ja, Alicja, wszystko ogarniałam. Pracowałam zdalnie, miałam wolne godziny, komputer zawsze otwarty na kuchennym stole. Na początku zarabiałam skromnie. Z czasem ukończyłam dodatkowe kursy, zaczęło mi się zdecydowanie lepiej powodzić dochód miałam wyższy niż Piotr. Z mojej pensji płaciliśmy ratę za samochód, wyjazdy, sprzęt domowy, ubrania. Potem ciąża. Przeszłam przez to niemal bez zatrzymania zawodowego bardzo nie chciałam tracić dobrego zarobku.

Gdy syn poszedł do żłobka, poczułam ulgę. Nawet, jeżeli teraz dochodziły kolejne wydatki wybrałam przecież najlepsze miejsce, jakie udało mi się znaleźć. Chciałam, by Adaś miał wszystko, co najlepsze. Piotr, jak zawsze, ufał moim decyzjom w każdej niemal sprawie.

Mieszkaliśmy w osobnym mieszkaniu, które zostawiła mi babcia. Piotr nie miał nigdy własnego kąta po ślubie wyprowadził się wreszcie z domu, gdzie mieszkał z mamą i siostrzenicą Majką, córką jego starszej siostry. Siostra Magda zmarła trzy lata temu. Piotr to przeżył ciężko, a jego matka, pani Irena, jeszcze gorzej. Po tamtym okresie jej zdrowie się załamało, ciśnienie niemal nie schodziło z bardzo wysokiego poziomu.

Kiedy Piotr się żenił i wyprowadzał, Majka była już studentką, miała swoje życie. Rzadko bywała w domu, szalała z przyjaciółkami, wyjeżdżała, poznawała chłopaków, korzystała z życia.

Z pytaniami, problemami i wszystkimi trudnościami pani Irena zgłaszała się do nas. To znaczy do mnie. Bo po reszcie pomocy i zrozumienia nie było czego oczekiwać. Dla ukochanej wnuczki zawsze miała pieniądze Majka była przecież sierotą, córka pani Ireny miała trudną historię, o której nikt nie lubił rozmawiać.

Toczyło się to nasze życie w miarę spokojnie. Aż do czasu, gdy pani Irena po raz kolejny trafiła do szpitala po ciężkim skoku ciśnienia. Byłam zmuszona zająć się nią, bo lekarze nie dawali żadnych prognoz. Piotr jak zawsze wycofał się:

Kobiety lepiej się znają na takich sprawach rozłożył ręce.

Jakich sprawach!? prychnęłam.

No opieka nad chorymi, rehabilitacja mruknął nieskładnie.

Jestem projektantką, nie pielęgniarką. Nie mam o tym pojęcia, tak samo jak Ty westchnęłam. Jadę, porozmawiam z lekarzem.

Nie darzyłam pani Ireny specjalną sympatią. Układ pomiędzy nami był chłodny, utrzymany na granicy poprawności, gwarantowanej przez to, iż mieszkałyśmy osobno. Owszem, różniłyśmy się w wielu rzeczach, ale trzymałyśmy język za zębami. Ja tolerowałam ją z grzeczności, ona mnie, bo byłam dobrą żoną jej syna zresztą dobrze wiedziała, iż Piotr jako żywiciel rodziny był powiedzmy, bardzo przeciętny. adekwatnie to ja sama utrzymywałam nasz dom.

Wnuka widywała rzadko. Często bolała ją głowa albo ciśnienie szalało nigdy nie można było liczyć na jej opiekę, gdy naprawdę było trzeba.

Teraz jednak wszyscy oczekiwali pomocy ode mnie. Oczywiście to ja odebrałam panią Irenę ze szpitala (przecież mogę wyjść z domu w każdej chwili, przecież pracuję zdalnie, Piotra z pracy tak łatwo nie puszczą) i zaniosłam ją do jej mieszkania. Zdecydowaliśmy, iż na jakiś czas zamieszkamy tam razem, by jej pomóc.

Trzy tygodnie później wyglądałam jak wieszak. Łączyłam swoją pracę z całodobową opieką: gotowałam buliony, ucierałam owoce, karmiłam panią Irenę łyżeczką, myłam ją, zmieniałam pozycje w łóżku.

Majka, ukochana wnuczka, zawsze miała coś do zrobienia natychmiast znikała w swoim pokoju i nie wychodziła do nocy. Rano uczelnia, potem spotkania, życie się toczy, babcia jest babcią, ale co ona ma do tego?

Piotr oczywiście pomagał tylko symbolicznie. Kiedy próbowałam rozmawiać z nim poważnie:

To przecież twoja mama! Pomóż mi, ciężko mi samej!

Ja nie umiem to kobiece sprawy bełkotał Piotr. Kupiłem zakupy, no, co jeszcze mogę?

Te kobiece sprawy były wyjątkowo ciężkie. Stan pani Ireny się nie poprawiał, była coraz bardziej rozdrażniona, wyżywała się na mnie i wszystkich dookoła, czasem wypowiadała słowa, których przed chorobą pewnie by sobie nie pozwoliła. Dowiedziałam się, jak to wielkie szczęście mnie spotkało, iż mam wykształcenie i mogę pracować z domu. Ot siedzisz, pijesz kawę, klikasz po komputerze, a pieniądze lecą. A Piotruś biedny chłopak, życie go nie rozpieszczało. Pani Irena wzięła kiedyś choćby kredyt, by sfinansować mu studia, choć ledwo się uczył, przepłynął przez uczelnię cudem. To wszystko wina złych nauczycieli powtarzała. „Za to Majka nasza najlepsza, sama dostała się na studia, dumna jestem”.

Po raz setny słuchałam tej przemowy, coraz bardziej zmęczona. Wszyscy są świetni. Wszyscy, tylko nie ja. Bo mnie się po prostu udało.

No rzeczywiście, udało się Zwłaszcza z mężem myślałam z goryczą. Co ja w nim zobaczyłam? Gdzie ja miałam rozum i oczy? Te myśli wracały coraz częściej. Kiedyś zaproponowałam Piotrowi, iż może by zatrudnić opiekunkę, a sami wrócilibyśmy do siebie.

Opiekunkę?! Piotr aż się zdziwił. Przecież to drogie Nie dam rady Sama zobacz, jeżeli Ci zależy, to sama zapłać.

Od lat mieliśmy jasny podział: on płacił za media i najpotrzebniejsze zakupy, wszystko inne było na mojej głowie. Opiekunka oczywiście też miała być z moich pieniędzy. Każdy głupi zrozumie, złościłam się ale W JAKI SPOSÓB to zostało powiedziane! Znów ja za wszystko muszę płacić, wszyscy przyzwyczajeni. Ani im do głowy nie przyjdzie, iż ja jeszcze chcę pożyć Stałam się własnym cieniem i nikomu choćby to nie przeszkadza

W końcu poczułam, iż dłużej nie wytrzymam. Nie mogłam i NIE CHCIAŁAM dalej tak żyć. Pewnego dnia rzuciłam cicho, iż wychodzę do sklepu, zabrałam Adasia z przedszkola i wróciłam do mieszkania, które tak długo czekało, puste i moje.

Jak dobrze myślałam, leżąc na wielkim łóżku i wpatrując się w sufit. Jestem w domu. Niczego nie chcę. Chcę tylko leżeć. Jak ja się zmęczyłam

Zawołałam Adasia na kolację. Jedliśmy, a moje myśli wracały do tamtego domu, gdzie pewnie już mnie szukali. Nie zostawiłam pani Ireny na pastwę losu, przed wyjściem nakarmiłam ją, przebrałam, a za godzinę, dwie, Piotr jak zwykle miał wrócić z pracy. Zostawiłam mu kartkę, iż nie będę już dłużej w ten sposób ciągnąć wszystkiego na swoich barkach i iż odchodzę. Życzyłam szybkiego powrotu do zdrowia pani Irenie i poprosiłam, żeby nie miała do mnie żalu.

Telefon wyłączyłam.

Piotr zjawił się tego samego wieczoru. Nie wpuściłam go choćby do mieszkania. Rozmawialiśmy przez uchylone drzwi. On nie pytał, co czuję, ani dlaczego odeszłam. Nie mówił o miłości do mnie czy do syna. Martwił się tylko, jak sobie poradzi.

Radziłabym ci jednak zatrudnić opiekunkę. Profesjonalna pomoc nieraz potrafi zdziałać cuda powiedziałam. I jeszcze jedno: składam pozew o rozwód. Nie chcę być dalej koniem pociągowym, na którym wszyscy jeżdżą. Do widzenia.

Piotr wyszedł z niczym. Telefon później włączyłam musiałam być osiągalna dla pracy.

Zadzwoniła pani Irena. Prosiła, bym wróciła, bym nie zostawiała jej i Piotrusia, przepraszała za słowa, za swój stosunek do mnie. Ale choćby w tych przeprosinach czułam pogardę i nutę roszczenia przebacz nam i wracaj do swoich obowiązków.

Odpowiedziałam jej spokojnie, iż nie jestem nikomu nic winna. Ma przecież syna i wnuczkę Majkę teraz ich kolej zaangażować się w jej życie. Odłożyła słuchawkę.

Rozwód się odbył.

Tak nagle zostałam singielką. I, jak się okazało, nie zmieniło się nic. Dalej byłam zmuszona wszystko robić sama, ale teraz miałam mniej zmartwień. Ku mojemu zdziwieniu byłam wdzięczna losowi, iż otworzył mi oczy na relacje ludzi, których uważałam kiedyś za rodzinę.

Pani Irena odzyskała zdrowie. Duża w tym zasługa sprawdzonej opiekunki, która nie tylko ją pielęgnowała, ale też prowadziła ćwiczenia rehabilitacyjne. Piotr w końcu dorobił się jakiejś pracy na boku (aż się zaśmiałam, słysząc o tym przypadkiem od Majki „więc jednak się dało!”). Wcześniej, zanim zatrudnili opiekunkę, Majka zaczęła pomagać babci, gotowała i była przy niej. Potrafiła, okazało się. U nich wszystko się w końcu ułożyło.

No i dobrze myślałam, akceptując kolejne zlecenie przy komputerze. Dla wszystkich wyszło to na dobre. I dla mnie już nigdy nie pozwolę wejść sobie na głowę.W letni wieczór otworzyłam okno na oścież. Ciepły wiatr przyniósł zapach kwitnących lip, a Adaś zasnął obok z pluszowym pieskiem pod ramieniem. Przeglądałam zdjęcia z naszych ostatnich wypadów tylko my dwoje nad jeziorem, śmiech, pełne wiaderko malin w drobnych dłoniach.

Nagle poczułam spokój. Wolność miała w sobie coś niezwykle lekkiego, czego wcześniej nie znałam. W końcu mogłam zacząć czerpać z życia dla siebie, nie dla rodziny, która chciała tylko brać i brać Teraz to ja wybierałam, czym i komu poświęcam czas.

Wieczorami malowałam paznokcie w dziwacznych kolorach, gotowałam potrawy, które lubiłam, a niedzielne poranki spędzałam pod kocem, bez pośpiechu czy presji. Przestałam czuć się niewidzialna. Zamiast tego widziałam własną siłę i nawet, kiedy przychodziła samotność, nie budziła już lęku, tylko cichy uśmiech i wiarę, iż od tej chwili moje życie będzie moje.

W końcu powiedziałam: Nie chcę i okazało się, iż w tym nie zawiera się cały ogrom nowych możliwości.

Spojrzałam na śpiącego synka, potem na siebie w lustrze. W moich oczach odbijała się kobieta, która wróciła do siebie. Gdy zamknęłam okno, noc już zapraszała do nowego świata tego, w którym nikt nie będzie mnie już zmuszał, by żyć nie swoim życiem.

Idź do oryginalnego materiału