Umówmy się: kariera Kevina Harta, zwłaszcza w ostatnich latach, to nie jest pasmo sukcesów. Gdy z początkiem 2021 roku jego firma producencka HartBeat rozpoczęła lukratywną współpracę z Netfliksem, obejmującą cztery filmy pełnometrażowe, można było oczekiwać, iż taki deal wzmocni status Harta jako jednego z czołowych aktorów komediowych Hollywood. Pierwszy owoc tej współpracy był zresztą zaskakująco udany, bo "Ojcostwo" to wzruszająca historia wdowca samotnie wychowującego nowo narodzoną córkę. Potem było znacznie gorzej – podobnie jak w przypadku innej głośnej współpracy Netfliksa ze znanym aktorem komediowym, Adamem Sandlerem, jakość produkcji powstających w ramach umowy z Hartem ("Człowiek z Toronto", "Czas dla siebie", "Skok w przestworzach"), mówiąc eufemistycznie, pozostawiała wiele do życzenia. Czy "72 godziny" zmieniają ten trend? Chyba dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, iż niestety nie.
Nie sposób zakwestionować charyzmy Kevina Harta – to urodzony showman, facet stworzony do tego, by bawić ludzi i nieustannie zwracać ich uwagę. To jednak też ten rodzaj charyzmy, który sprawia, iż Harta można jedynie kochać lub nienawidzić. Często jest zabawny, nierzadko bywa "krindżowy", ale zawsze jest GŁOŚNY, w czym przypomina innych obdarzonych wysokimi głosami afroamerykańskich komików, dwóch Chrisów: Rocka i Tuckera. jeżeli więc choćby nie można być przekonanym co do jakości najnowszego filmu z udziałem Harta, można być pewnym jednego: wszędzie będzie go pełno. Tak jest też i tym razem, kiedy wciela się w Joe, pracownika agencji marketingowej, który desperacko walczy o awans, a w zasadzie o zawodowe przetrwanie. Brak promocji będzie bowiem jednoznacznym dowodem na to, iż poczciwy Joe nie umie już bezbłędnie trafiać w gusta klientów, a zwłaszcza tych z pokolenia Z. Gdy więc zupełnie przypadkiem zostaje dodany do czatu grupowego, na którym kilku dwudziestolatków umawia się na wieczór kawalerski, Joe dostrzega w tym okazję, by lepiej zrozumieć mentalność i potrzeby zetek.
Czy pomysł, by głównego bohatera wysłać na wieczór kawalerski w Miami z grupą zupełnie nieznajomych młodych mężczyzn, jest dziwny? Bez wątpienia. Czy da się go obronić? Ani trochę. Już sam punkt wyjścia "72 godzin" jest całkowicie absurdalny i – zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy wrażliwość na próby oszustw internetowych jest coraz większa – skazany na porażkę. Żaden z pozornie rezolutnych dwudziestolatków (odtwarzanych m.in. przez znanego z serii "Krzyk" Masona Goodinga czy Marcello Hernándeza, pierwszego członka "Saturday Night Live" z pokolenia Z) nie próbuje powstrzymać tego dziwnego przedsięwzięcia, a do przymknięcia oka na całkowitą irracjonalność tego pomysłu wystarczą… pieniądze, za które Joe kupuje swoją "wiarygodność". Chciałbym, żeby wybrzmiało to wyraźnie: czterdziestoletni nieznajomy wbija się na wieczór kawalerski obcego dwudziestokilkulatka, obiecując opłacenie luksusowego noclegu i imprezowania w Miami. Wydaje mi się, iż na kogoś takiego potocznie mówi się "sponsor", ale czemu by nie zrobić o kimś takim filmu?
Wiele rzeczy tu zgrzyta i nie do końca mam na myśli humor, bo żartów o penisach, wymiotach, defekacji i innych równie apetycznych tematach można było się spodziewać. Widać, iż aktorzy choćby nieźle się bawili – i nie chodzi tylko o końcowe bloopersy w stylu Jackiego Chana czy Eddiego Murphy’ego – ale trzeba przyznać, iż "72 godziny" to dla wielu z nich poziom poniżej ostatnich projektów w ich dorobku. Jasne, Mason Gooding może jeszcze nie jest gwiazdorem z topu, ale uciekając przed Ghostface'em, zdążył już zaistnieć w świadomości widzów; za to konkretny zjazd – od nominacji do Oscara za "Jedną bitwę po drugiej" przez "Łup" Joe Carnahana do… tego. Fajnie było zobaczyć ponownie Michaela Mando, który stworzył pamiętną kreację Nacho Vargi w "Zadzwoń do Saula", a tu ponownie wciela się w latynoskiego gangstera. No tak, bo o tym nie wspomniałem: Joe i jego o pokolenie młodsi kumple wpadają w niezłe tarapaty. Zaskakujące, co?
Za "72 godzinami" stoi Tim Story, reżyser, którego filmy stają się ciekawą platformą wyrazu dla afroamerykańskich aktorów. Tak było w przypadku "Barbershopu" (2002), "Prawdziwej jazdy" (2014) czy "The Blackening" (2022) i bardzo chciałbym napisać, iż tak jest w przypadku jego najnowszego dzieła, ale nijak napisać tego nie mogę. "72 godziny" to mająca swoje rzadkie momenty, ale jednak siermiężna, naszpikowana nieudanymi żartami i "krindżowymi" sekwencjami komedia, w której Kevin Hart udowadnia, że… umie być głośny. Bo zabawny – mam wrażenie – nie jest już od pewnego czasu.
Nie sposób zakwestionować charyzmy Kevina Harta – to urodzony showman, facet stworzony do tego, by bawić ludzi i nieustannie zwracać ich uwagę. To jednak też ten rodzaj charyzmy, który sprawia, iż Harta można jedynie kochać lub nienawidzić. Często jest zabawny, nierzadko bywa "krindżowy", ale zawsze jest GŁOŚNY, w czym przypomina innych obdarzonych wysokimi głosami afroamerykańskich komików, dwóch Chrisów: Rocka i Tuckera. jeżeli więc choćby nie można być przekonanym co do jakości najnowszego filmu z udziałem Harta, można być pewnym jednego: wszędzie będzie go pełno. Tak jest też i tym razem, kiedy wciela się w Joe, pracownika agencji marketingowej, który desperacko walczy o awans, a w zasadzie o zawodowe przetrwanie. Brak promocji będzie bowiem jednoznacznym dowodem na to, iż poczciwy Joe nie umie już bezbłędnie trafiać w gusta klientów, a zwłaszcza tych z pokolenia Z. Gdy więc zupełnie przypadkiem zostaje dodany do czatu grupowego, na którym kilku dwudziestolatków umawia się na wieczór kawalerski, Joe dostrzega w tym okazję, by lepiej zrozumieć mentalność i potrzeby zetek.
Czy pomysł, by głównego bohatera wysłać na wieczór kawalerski w Miami z grupą zupełnie nieznajomych młodych mężczyzn, jest dziwny? Bez wątpienia. Czy da się go obronić? Ani trochę. Już sam punkt wyjścia "72 godzin" jest całkowicie absurdalny i – zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy wrażliwość na próby oszustw internetowych jest coraz większa – skazany na porażkę. Żaden z pozornie rezolutnych dwudziestolatków (odtwarzanych m.in. przez znanego z serii "Krzyk" Masona Goodinga czy Marcello Hernándeza, pierwszego członka "Saturday Night Live" z pokolenia Z) nie próbuje powstrzymać tego dziwnego przedsięwzięcia, a do przymknięcia oka na całkowitą irracjonalność tego pomysłu wystarczą… pieniądze, za które Joe kupuje swoją "wiarygodność". Chciałbym, żeby wybrzmiało to wyraźnie: czterdziestoletni nieznajomy wbija się na wieczór kawalerski obcego dwudziestokilkulatka, obiecując opłacenie luksusowego noclegu i imprezowania w Miami. Wydaje mi się, iż na kogoś takiego potocznie mówi się "sponsor", ale czemu by nie zrobić o kimś takim filmu?
Wiele rzeczy tu zgrzyta i nie do końca mam na myśli humor, bo żartów o penisach, wymiotach, defekacji i innych równie apetycznych tematach można było się spodziewać. Widać, iż aktorzy choćby nieźle się bawili – i nie chodzi tylko o końcowe bloopersy w stylu Jackiego Chana czy Eddiego Murphy’ego – ale trzeba przyznać, iż "72 godziny" to dla wielu z nich poziom poniżej ostatnich projektów w ich dorobku. Jasne, Mason Gooding może jeszcze nie jest gwiazdorem z topu, ale uciekając przed Ghostface'em, zdążył już zaistnieć w świadomości widzów; za to konkretny zjazd – od nominacji do Oscara za "Jedną bitwę po drugiej" przez "Łup" Joe Carnahana do… tego. Fajnie było zobaczyć ponownie Michaela Mando, który stworzył pamiętną kreację Nacho Vargi w "Zadzwoń do Saula", a tu ponownie wciela się w latynoskiego gangstera. No tak, bo o tym nie wspomniałem: Joe i jego o pokolenie młodsi kumple wpadają w niezłe tarapaty. Zaskakujące, co?
Za "72 godzinami" stoi Tim Story, reżyser, którego filmy stają się ciekawą platformą wyrazu dla afroamerykańskich aktorów. Tak było w przypadku "Barbershopu" (2002), "Prawdziwej jazdy" (2014) czy "The Blackening" (2022) i bardzo chciałbym napisać, iż tak jest w przypadku jego najnowszego dzieła, ale nijak napisać tego nie mogę. "72 godziny" to mająca swoje rzadkie momenty, ale jednak siermiężna, naszpikowana nieudanymi żartami i "krindżowymi" sekwencjami komedia, w której Kevin Hart udowadnia, że… umie być głośny. Bo zabawny – mam wrażenie – nie jest już od pewnego czasu.















