Netflix wciąż Hart-uje widza

filmweb.pl 1 tydzień temu
Zdjęcie: plakat


Umówmy się: kariera Kevina Harta, zwłaszcza w ostatnich latach, to nie jest pasmo sukcesów. Gdy z początkiem 2021 roku jego firma producencka HartBeat rozpoczęła lukratywną współpracę z Netfliksem, obejmującą cztery filmy pełnometrażowe, można było oczekiwać, iż taki deal wzmocni status Harta jako jednego z czołowych aktorów komediowych Hollywood. Pierwszy owoc tej współpracy był zresztą zaskakująco udany, bo "Ojcostwo" to wzruszająca historia wdowca samotnie wychowującego nowo narodzoną córkę. Potem było znacznie gorzej – podobnie jak w przypadku innej głośnej współpracy Netfliksa ze znanym aktorem komediowym, Adamem Sandlerem, jakość produkcji powstających w ramach umowy z Hartem ("Człowiek z Toronto", "Czas dla siebie", "Skok w przestworzach"), mówiąc eufemistycznie, pozostawiała wiele do życzenia. Czy "72 godziny" zmieniają ten trend? Chyba dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, iż niestety nie.

Marcello Hernández, Mason Gooding, Kam Patterson, Kevin Hart, Ben Marshall
  • Netflix
  • Alan Markfield

Nie sposób zakwestionować charyzmy Kevina Harta – to urodzony showman, facet stworzony do tego, by bawić ludzi i nieustannie zwracać ich uwagę. To jednak też ten rodzaj charyzmy, który sprawia, iż Harta można jedynie kochać lub nienawidzić. Często jest zabawny, nierzadko bywa "krindżowy", ale zawsze jest GŁOŚNY, w czym przypomina innych obdarzonych wysokimi głosami afroamerykańskich komików, dwóch Chrisów: Rocka i Tuckera. jeżeli więc choćby nie można być przekonanym co do jakości najnowszego filmu z udziałem Harta, można być pewnym jednego: wszędzie będzie go pełno. Tak jest też i tym razem, kiedy wciela się w Joe, pracownika agencji marketingowej, który desperacko walczy o awans, a w zasadzie o zawodowe przetrwanie. Brak promocji będzie bowiem jednoznacznym dowodem na to, iż poczciwy Joe nie umie już bezbłędnie trafiać w gusta klientów, a zwłaszcza tych z pokolenia Z. Gdy więc zupełnie przypadkiem zostaje dodany do czatu grupowego, na którym kilku dwudziestolatków umawia się na wieczór kawalerski, Joe dostrzega w tym okazję, by lepiej zrozumieć mentalność i potrzeby zetek.

Kam Patterson, Mason Gooding, Ben Marshall, Marcello Hernández
  • Netflix
  • Alan Markfield

Czy pomysł, by głównego bohatera wysłać na wieczór kawalerski w Miami z grupą zupełnie nieznajomych młodych mężczyzn, jest dziwny? Bez wątpienia. Czy da się go obronić? Ani trochę. Już sam punkt wyjścia "72 godzin" jest całkowicie absurdalny i – zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy wrażliwość na próby oszustw internetowych jest coraz większa – skazany na porażkę. Żaden z pozornie rezolutnych dwudziestolatków (odtwarzanych m.in. przez znanego z serii "Krzyk" Masona Goodinga czy Marcello Hernándeza, pierwszego członka "Saturday Night Live" z pokolenia Z) nie próbuje powstrzymać tego dziwnego przedsięwzięcia, a do przymknięcia oka na całkowitą irracjonalność tego pomysłu wystarczą… pieniądze, za które Joe kupuje swoją "wiarygodność". Chciałbym, żeby wybrzmiało to wyraźnie: czterdziestoletni nieznajomy wbija się na wieczór kawalerski obcego dwudziestokilkulatka, obiecując opłacenie luksusowego noclegu i imprezowania w Miami. Wydaje mi się, iż na kogoś takiego potocznie mówi się "sponsor", ale czemu by nie zrobić o kimś takim filmu?

Wiele rzeczy tu zgrzyta i nie do końca mam na myśli humor, bo żartów o penisach, wymiotach, defekacji i innych równie apetycznych tematach można było się spodziewać. Widać, iż aktorzy choćby nieźle się bawili – i nie chodzi tylko o końcowe bloopersy w stylu Jackiego Chana czy Eddiego Murphy’ego – ale trzeba przyznać, iż "72 godziny" to dla wielu z nich poziom poniżej ostatnich projektów w ich dorobku. Jasne, Mason Gooding może jeszcze nie jest gwiazdorem z topu, ale uciekając przed Ghostface'em, zdążył już zaistnieć w świadomości widzów; za to konkretny zjazd – od nominacji do Oscara za "Jedną bitwę po drugiej" przez "Łup" Joe Carnahana do… tego. Fajnie było zobaczyć ponownie Michaela Mando, który stworzył pamiętną kreację Nacho Vargi w "Zadzwoń do Saula", a tu ponownie wciela się w latynoskiego gangstera. No tak, bo o tym nie wspomniałem: Joe i jego o pokolenie młodsi kumple wpadają w niezłe tarapaty. Zaskakujące, co?

Michael Mando
  • Netflix
  • Alan Markfield

Za "72 godzinami" stoi Tim Story, reżyser, którego filmy stają się ciekawą platformą wyrazu dla afroamerykańskich aktorów. Tak było w przypadku "Barbershopu" (2002), "Prawdziwej jazdy" (2014) czy "The Blackening" (2022) i bardzo chciałbym napisać, iż tak jest w przypadku jego najnowszego dzieła, ale nijak napisać tego nie mogę. "72 godziny" to mająca swoje rzadkie momenty, ale jednak siermiężna, naszpikowana nieudanymi żartami i "krindżowymi" sekwencjami komedia, w której Kevin Hart udowadnia, że… umie być głośny. Bo zabawny – mam wrażenie – nie jest już od pewnego czasu.
Idź do oryginalnego materiału