Netflix planuje rewolucję w dystrybucji filmów Warner Bros.

popkulturowcy.pl 2 miesięcy temu

Zapowiadane przejęcie Warner Bros. przez Netflixa rozpala emocje w całym Hollywood. Wszystko przez pomysł radykalnego skrócenia czasu, jaki wielkie premiery miałyby spędzać w kinach, zanim trafią do streamingu.

Według medialnych doniesień Netflix, po sfinalizowaniu jednej z największych transakcji w historii branży rozrywkowej, chce gruntownie zmienić zasady gry. Kluczowym elementem tej strategii ma być skrócenie tzw. okna kinowego choćby do 17 dni. Oznaczałoby to, iż wysokobudżetowe produkcje Warner Bros. znikałyby z dużego ekranu już po niespełna trzech tygodniach. Miałyby one niemal natychmiast zasilić ofertę platformy streamingowej.

Dla tradycyjnych kin to scenariusz niemal katastrofalny. Operatorzy sal kinowych od lat podkreślają, iż aby film miał szansę na sukces finansowy, potrzebuje co najmniej 45 dni wyłączności. Krótszy okres może podciąć wpływy z biletów i osłabić sens organizowania wielkich premier jako wydarzeń kulturowych.

Fot. REUTERS/Eric Gaillard/File Photo

Impulsem do obecnej dyskusji był nietypowy eksperyment Netflixa – finałowy odcinek piątego sezonu Stranger Things, który trafił równocześnie do kin i na platformę. Ta produkcja zarobiła w kinach znaczącą kwotę, dla wielu twórców był to dowód, iż streaming coraz śmielej wkracza na teren dotąd zarezerwowany dla kina.

Najwięcej obaw budzą losy nadchodzących hitów, takich jak nowy Batman, kolejne widowisko z uniwersum DC czy następna odsłona świata Władcy Pierścieni. Reżyserzy i producenci alarmują, iż filmy tworzone z myślą o wielkim ekranie stracą swoją rangę. Oczywiście w sytuacji, w której zostaną sprowadzone do roli „szybkiego dodatku” do biblioteki VOD.

Szef Netflixa Ted Sarandos uspokaja, iż firma nie zamierza rezygnować z dystrybucji kinowej, a zmiany mają być korzystne dla widzów. Jego zdaniem branża musi dostosować się do nowych nawyków odbiorców. Krytycy, w tym James Cameron, widzą w tym jednak zagrożenie dla samej idei kina. Spór pokazuje jedno: przyszłość wielkich premier stoi dziś pod znakiem zapytania.


Fot. wyróżniające: Getty Images/Anadolu

Idź do oryginalnego materiału