Odwaga nie jest sloganem wyjętym z książki motywacyjnej, tylko decyzją podejmowaną wtedy, gdy naprawdę robi się trudno. To ona uruchamia działanie, które choćby jeżeli na początku kończą się porażką, buduje coś znacznie ważniejszego niż szybki sukces. To jest sprawczość, bo satysfakcja nie bierze się z marzeń, tylko z efektów. A te są zawsze po drugiej stronie determinacji.
Historia Marcina Łaptosa jest tego podręcznikowym przykładem – od walki z własnym ciałem i przekonaniami, przez zawodowe zakręty, aż po zbudowanie wydawnictwa HOTbook i dzielenie się doświadczeniem z innymi.
Twoja droga do własnego wydawnictwa to efekt wcześniejszej pracy i doświadczeń handlowych w tej branży?
Raczej ugruntowanych przez lata marzeń. To efekt mojej miłość do książek, która zrodziła się już w dzieciństwie. Nie była to żadna strategia ani plan na życie, tylko naturalny odruch. Od najmłodszych lat uwielbiałem czytać książki. Ta trwająca do dziś przygoda z książkami, rozpoczęła się od trylogii Winnetou, napisanej przez Karola Maya. Dostałem ją od znajomego moich rodziców, kiedy chorowałem. Mimo tego, iż nie była to łatwa książka dla około dziesięcioletniego dziecka, wciągnęła mnie tak bardzo, iż przeczytałem ją przynajmniej dwa razy. Następnie na mojej czytelniczej drodze pojawiła się pierwsza książka z cudownej serii Alfreda Szklarskiego „Tomek w krainie kangurów”. To ona spowodowała, iż z tą serią zaprzyjaźniłem się na dłużej. Potem sięgnąłem po książki Juliusza Verne’a i setki innych, które w ciągu mojego życia przeczytałem. Czytałem dużo i to sprawiło, iż książka stała się dla mnie wspaniałym towarzyszem, bez którego już nie wyobrażałem sobie dnia. I chyba wtedy, choć jeszcze nieświadomie, zaczęło się rodzić marzenie, żeby kiedyś być bliżej tego świata książek.
Od marzenia do własnego wydawnictwa droga raczej nie jest prosta. Jak udało Ci się ją przebrnąć?
Droga nie jest prosta i u mnie też taka nie była. Szukałem swojego miejsca zawodowo, zmieniałem firmy, aż trafiłem na ogłoszenie z branży książkowej. Pomyślałem: „To jest to – połączę pasję z pracą”. W 2009 roku zacząłem jako przedstawiciel handlowy i krok po kroku przeszedłem całą ścieżkę, aż do stanowisk dyrektorskich. Z zewnątrz wyglądało to jak sukces. W środku już mniej.
Co masz na myśli?
Nerwy, brak równowagi, zdrowie w rozsypce. Żyłem w biegu, a efektem były problemy fizyczne i psychiczne. I to jest moment, który wielu ludzi dobrze zna. Niby wszystko „idzie dobrze”, ale coś jest fundamentalnie nie tak.
Kiedy to zrozumiałeś?
Kiedy otrzymałem wyniki badań. Cukier na poziomie 330 przy normie do 90. Waga prawie 120 kg. Organizm powiedział „sprawdzam”. Wróciłem do domu i po raz pierwszy naprawdę się zatrzymałem. To był punkt zwrotny. Pamiętam ten moment bardzo dokładnie. Siedząc analizowałem te wyniki i nagle mówię na głos: „Nie zgadzam się na to”. To nie było motywacyjne hasło, tylko decyzja. Dojrzałem do zmiany.
Długo na to czekałeś?
Zbyt długo, ale wszystko ma swój czas. Przez większość życia zmagałem się z otyłością. I to nie było tak, iż nic nie robiłem. Próbowałem – bieganie, siłownia, różne podejścia. Zawsze jednak wracałem do punktu wyjścia. Dziś widzę, iż ogromny wpływ miał na to dom rodzinny i przekonania, które wyniosłem z dzieciństwa. Słyszałem: „facet musi dużo jeść, żeby mieć siłę”. Do tego zasada – z talerza ma zniknąć wszystko. Nie zostawiasz, bo to brak szacunku. Niby niewinne, a w praktyce buduje nawyki na całe życie. To pokazuje, jak bardzo nasze życie kształtują nie tylko decyzje, ale też środowisko, w którym dorastamy.
Edukacja szkolna też miała na to wpływ?
Częściowo, choć nie do końca. W szkole podstawowej i średniej miałem szczęście trafiać na bardzo wymagających nauczycieli języka polskiego. To oni w pewnym sensie widzieli we mnie więcej niż ja sam w tamtym czasie. Jedna z nauczycielek wręcz celowo zaniżała mi oceny, żeby mnie zmotywować, bo jak później przyznała, widziała potencjał, po który warto było „sięgnąć”. Język polski zawsze przychodził mi bez większego wysiłku. A jednak, mimo tych wyraźnych sygnałów, iż ciągnie mnie w stronę humanistyki, moje dalsze wybory edukacyjne poszły w zupełnie innym kierunku.
Dlaczego?
Bo wtedy nie byłem jeszcze osobą, która potrafi jasno podejmować własne decyzje. Byłem pod wpływem otoczenia, rodziny, doradców, ludzi, którzy chcieli dobrze, ale patrzyli bardziej „rozsądkowo” niż intuicyjnie. Skoro byłem w szkole średniej o profilu technicznym, naturalnym wyborem wydawała się kontynuacja tej drogi. I tak trafiłem na Politechnikę Częstochowską, na wydział o profilu elektryczno-technicznym. Pięć lat kształcenia, ale z czasem się okazało, iż to nie była droga zgodna z moimi ambicjami ani z moją miłością do książek.
Żałowałeś dokonanego wyboru?
Przez pewien czas tego żałowałem. Ale z perspektywy lat widzę to inaczej. Traktuję to jako bardzo istotny poligon doświadczeń. Dzięki temu zrozumiałem jedną kluczową rzecz: jeżeli nie idziesz swoją drogą, prędzej czy później i tak do niej wrócisz, tylko zapłacisz za to czasem. Po studiach ukończyłem dodatkowo przygotowanie pedagogiczne i przez rok pracowałem jako nauczyciel przedmiotów technicznych w szkole średniej. To było ogromne wyzwanie, zwłaszcza na początku. Pamiętam swój pierwszy dzień pracy w tej szkole. Wchodzę do klasy, a uczniowie grają w karty i kompletnie ignorują moją obecność. Zero reakcji.
Jak zareagowałeś?
Wyjątkowo spokojnie, ale musiałem bardzo gwałtownie znaleźć sposób, żeby zbudować autorytet. I znalazłem go trochę intuicyjnie, trochę metodą prób i błędów. To doświadczenie nauczyło mnie jednej rzeczy: z ludźmi trzeba umieć pracować, a nie tylko „przekazywać wiedzę”. Po roku odszedłem z tej szkoły, bo był to czas reformy edukacji i łączenia placówek oświatowych. Zostawiano starszych nauczycieli, młodsi, tacy jak ja, którzy byli kilka starsi od swoich uczniów, po prostu tracili pracę.
Jak to przyjąłeś?
Spokojnie, bo to był moment przełomowy i jeden z ważniejszych w moim życiu. Wtedy po raz pierwszy wszedłem w świat handlu. Najpierw przypadkiem – opakowania, potem meble, kolejne branże. Bez wielkiej wizji, raczej krok po kroku. Ale to właśnie tam nauczyłem się rzeczy, które później okazały się bezcenne: rozmowy z ludźmi, sprzedaży, budowania relacji. I kiedy w końcu kiedy pojawiła się oferta pracy w branży książkowej, nie wahałem się ani chwili. Zacząłem jako handlowiec w branży książkowej, a potem przeszedłem wszystkie szczeble aż do stanowisk dyrektorskich.
Własne wydawnictwo było naturalnym krokiem w branżowej działalności?
Nie od razu. To dojrzewało. Ale decyzja zapadła w maju 2020 roku, w środku pandemii, kiedy wielu ludzi zamrażało działalność, ja podjąłem decyzję, żeby ruszyć z własnym biznesem. Odszedłem z etatu i zacząłem od zera. To była odważna, ale zarazem ryzykowna decyzja. Musiałem zadbać o autorów, grafika, drukarnię, ISBN, czyli o całą logistyka, którą trzeba było ogarnąć samemu. Na początku pomogły kontakty z branży, ale i tak większość rzeczy musiałem przejść na własnej skórze. Zaczynałem od garażu z produkcją pierwszych książek i sprzedażą bezpośrednią. Niestety, dość gwałtownie pojawiły się pewne problemy, bo miałem zbyt duże zaufanie do partnera biznesowego. Dystrybutor, który miał być dla mnie wsparciem, okazał się poważnym zagrożeniem. Wpędził mnie w długi na kilkaset tysięcy złotych. W pewnym momencie stanąłem przed wyborem: zamknąć firmę albo walczyć.
Co przeważyło?
Działanie i to, co zbudowałem wcześniej w mojej głowie. Gdyby to się wydarzyło kilka lat wcześniej na pewno bym się poddał. Ale po tej transformacji zdrowotnej wiedziałem już jedno: trudne momenty nie są sygnałem do ucieczki, tylko do działania. Zwyciężyła determinacja do kontynuowania działalności pomimo trudności finansowych. Czułem, iż uda mi się je pokonać i po jakimś czasie firma zaczęła się odbudowywać. Zatrudniłem pierwszych ludzi, znalazłem magazyn i odzyskałem też część towaru.
Porażka przerodziła się w sukces?
Tak, ale bez fajerwerków. To jest sukces zbudowany na konsekwencji. Ponad 600 tysięcy sprzedanych egzemplarzy kolorowanek, obecność w przedszkolach, własne marki wydawnicze, udział w targach. Do tego projekty specjalne, jak album czy książki motywacyjne. To wszystko powstało krok po kroku. W 2024 roku zrobiłem kurs trenera mentalnego i dziś łączę oba światy – biznes i rozwój osobisty. Ucząc się zarządzania emocjami i czerpiąc inspirację z filozofii slow life, odkryłem, iż tak naprawdę to nie liczba sfinalizowanych transakcji decyduje o sukcesie, ale jakość kontaktu z drugim człowiekiem. Teraz dzielę się tą wiedzą również z innymi. Dokładnie wiem, iż aby efektywnie sprzedawać, nie trzeba rezygnować z euforii życia ani spędzać każdej wolnej chwili na rozmyślaniach o wynikach. Wręcz przeciwnie, im bardziej doceniamy swój czas, zdrowie i pasje, tym większą wartość jesteśmy w stanie zaoferować ludziom wokół siebie. Można mieć karierę, pieniądze, stanowisko i przez cały czas być daleko od siebie. Ja doświadczałem tego przez lata, ale kiedy stanąłem w prawdzie i przestałem się oszukiwać, wszystko zaczęło się układać. Jestem teraz szczęśliwym człowiekiem
Jako trener mentalny, co mówisz ludziom, którzy stoją jeszcze w miejscu?
Najpierw przestań się oszukiwać. Potem zacznij od małych rzeczy. I najważniejsze – przestań czekać na idealny moment. On nie istnieje. Ja też przez lata na to czekałem. Aż w końcu zrozumiałem, iż jedyny moment, to ten w którym podejmujemy decyzję. I od tego wszystko się zaczyna. Bo zanim powiesz ludziom „możesz”, najpierw musisz powiedzieć to sobie. I naprawdę w to uwierzyć. To jest początek prawdziwej zmiany.
Rozmawiała Jolanta Czudak
Wywiad z cyklu „Nowe powołania do życia”
Informacje o wydawnictwie na stronie www.marcinlaptos.pl






