Najważniejsze pozostaje to, co ukryto w środku: książki, rękopisy i ludzie, którzy od dwóch stuleci czuwają nad ich losem. Rozmawiamy o wystawie „Otoczone troską”, idei Tytusa Działyńskiego, konserwacji, digitalizacji i odpowiedzialności za dziedzictwo.
Mateusz Kiszka: Biblioteka Kórnicka kończy w tym roku dwieście lat. Czy wystawa „Otoczone troską” jest przede wszystkim jubileuszem, czy raczej opowieścią o tym, czym Biblioteka jest dzisiaj?
dr Aleksandra Losik: Ta wystawa adekwatnie zaczyna się dwieście lat temu. Rok 1826 jest dla nas datą symboliczną. Właśnie wtedy Tytus Działyński przeniósł swoje zbiory do Kórnika i stworzył miejsce, które z czasem stało się Biblioteką Kórnicką. Co ciekawe, z tym samym rokiem wiążą się również początki Arboretum i szkółek kórnickich. Rzadko zdarza się, by jedna decyzja przyniosła tak wiele trwałych owoców.
Tytus Działyński nie był kolekcjonerem w potocznym znaczeniu tego słowa. Czasem żartobliwie mówię, iż nie miał mentalności graciarza. Nie gromadził książek i rękopisów po to, żeby je posiadać. Od początku myślał o nich jak o dziedzictwie, które trzeba ocalić, otoczyć opieką i przekazać następnym pokoleniom. W czasach, gdy Polski nie było na mapie, wierzył, iż kiedyś te zbiory pomogą odbudować pamięć o naszej historii.

fot. Mateusz Kiszka
Lubię mówić, iż w tym roku świętujemy spełnienie jego marzenia. Po dwóch stuleciach Biblioteka przez cały czas robi dokładnie to, co zaplanował jej założyciel – chroni, bada i udostępnia swoje zbiory. Właśnie dlatego nie chcieliśmy przygotować kolejnej jubileuszowej wystawy. Chcieliśmy opowiedzieć o idei, która od dwustu lat pozostaje niezmienna.
Pierwsze rozmowy o obchodach rozpoczęły się już na przełomie 2024 i 2025 roku. To wtedy prof. Magdalena Biniaś-Szkopek zaproponowała, żeby nie powielać wcześniejszych jubileuszy, ale poszukać nowego języka opowieści o Bibliotece.
Równolegle Katarzyna Woźniak rozpoczęła kwerendę archiwalną, analizując, jak wyglądały wcześniejsze wystawy rocznicowe. Z tych rozmów stopniowo rodziła się koncepcja ekspozycji, która miała opowiadać nie tylko o wyjątkowych obiektach, ale przede wszystkim o ludziach i odpowiedzialności za dziedzictwo.
MK: Powiedziała Pani, iż najważniejsza jest idea. Tymczasem większość odwiedzających przyjeżdża do Kórnika przede wszystkim zobaczyć zamek.
AL: I bardzo się z tego cieszymy. Zamek od pokoleń jest obecny w wyobraźni kolejnych odwiedzających. Myślę, iż nie ma wielkopolskiego dziecka, które choć raz nie było tutaj na szkolnej wycieczce. Przez lata był też obowiązkowym punktem wizyty dla gości Międzynarodowych Targów Poznańskich. To miejsce naprawdę mocno zapisało się w naszej zbiorowej pamięci.

fot. Mateusz Kiszka
Ale z naszej perspektywy zamek jest przede wszystkim szkatułką. Piękną, historyczną i niezwykle ważną. Jednak najcenniejsze jest to, co znajduje się w środku.
To właśnie książki były pierwszą wielką pasją Tytusa Działyńskiego. Wszystko zaczęło się od jego fascynacji źródłami, rękopisami i dawnymi drukami. Dzisiejsze zbiory muzealne są w pewnym sensie konsekwencją tej pasji. Dlatego zależało nam, żeby odwrócić perspektywę i przypomnieć, iż Biblioteka Kórnicka jest jedną z najważniejszych bibliotek historycznych w Polsce.
O rękopisie trzeciej części Dziadów słyszała większość osób. Chcieliśmy jednak pokazać także mniej oczywiste skarby – choćby prywatne listy Adama Mickiewicza, unikatowe rękopisy czy starodruki, które bardzo rzadko opuszczają magazyny. Każdy z nich opowiada inną historię i każdy pokazuje, jak niezwykle różnorodna jest nasza kolekcja.
Z tej samej potrzeby narodził się pomysł jubileuszowego albumu. Znajdzie się w nim dwieście wybranych obiektów, sfotografowanych specjalnie na tę okazję i opisanych przez pracowników Biblioteki oraz zaproszonych autorów. Chcieliśmy, żeby również ta publikacja stała się opowieścią o ludziach i historiach ukrytych za poszczególnymi zbiorami.
MK: Wystawa nie jest jednak stałą ekspozycją. Co pięć tygodni całkowicie się zmienia.
AL: Paradoksalnie właśnie ogrom naszych zbiorów sprawił, iż nie mogliśmy przygotować klasycznej wystawy. Bardzo gwałtownie zrozumieliśmy, iż pokazanie kilkudziesięciu obiektów byłoby po prostu niewystarczające.
Dlatego wspólnie z kustoszkami wystawy zdecydowaliśmy, iż ekspozycja będzie żyła. Co pięć tygodni wymieniamy prezentowane obiekty, dzięki czemu przez cały rok możemy opowiedzieć znacznie więcej historii i pokazać znacznie większą część naszych zbiorów.
Ma to również bardzo praktyczny wymiar. Rękopisy i starodruki są niezwykle wrażliwe na światło. Mogą być eksponowane tylko przez określony czas, dlatego rotacja jest jednym z elementów ich ochrony. W pewnym sensie właśnie tutaj najlepiej widać ideę całej wystawy. Nie pokazujemy wyłącznie dziedzictwa. Pokazujemy również odpowiedzialność za jego zachowanie.
MK: Pierwsze, co zwraca uwagę po wejściu na wystawę, to charakterystyczne tkaniny „otulające” przestrzeń zamku. Skąd wziął się ten pomysł?
AL: To był chyba najdłużej dojrzewający element całego projektu.
Od początku wiedzieliśmy, iż nie chcemy przygotować wystawy wyłącznie dla historyków, bibliotekarzy czy muzealników. Specjalista patrzy na rękopis albo starodruk i od razu rozumie jego wartość. Większość odwiedzających takiego przygotowania nie ma i trudno tego od nich oczekiwać. Dlatego szukaliśmy języka, który pozwoli opowiedzieć o tych zbiorach również poprzez emocje.
To była jedna z najważniejszych idei, o których od początku mówiła prof. Magdalena Biniaś-Szkopek. Szukaliśmy formy, która nie będzie jedynie efektowną scenografią, ale stanie się częścią opowieści.

fot. Mateusz Kiszka
Przełom przyniosła kooperacja z architektką wystawy Anną Pilawską-Sitą. Pamiętam, jak pokazała pierwsze wizualizacje. Muszę przyznać, iż wzbudziły w nas sporo niepokoju. Zasłonięte tkaninami wnętrza zamku wyglądały niemal tak, jakby przygotowywano je do ewakuacji. A dla nas to bardzo mocne skojarzenie, bo w archiwach zachowały się opisy pakowania zbiorów przed wybuchem II wojny światowej.
Dopiero kolejne rozmowy sprawiły, iż zaczęliśmy patrzeć na tę koncepcję zupełnie inaczej. Zrozumieliśmy, iż nie chodzi o zasłanianie zbiorów, ale o ich otulenie. I pamiętam moment, kiedy pomyślałam: „To jest właśnie o tym”. O odpowiedzialności, o ochronie, o czułości wobec dziedzictwa. Wtedy poczuliśmy, iż znaleźliśmy adekwatny język dla całej wystawy.
MK: Ta subtelna forma kryje jednak ogrom pracy, której zwiedzający adekwatnie nie dostrzegają.
AL: I bardzo dobrze. To znaczy, iż udało nam się osiągnąć zamierzony efekt.
Przygotowanie tej wystawy było przede wszystkim ogromnym przedsięwzięciem konserwatorskim. Zamek jest przepiękną przestrzenią, ale z punktu widzenia papieru ma jedną wadę – bardzo dużo naturalnego światła. A ono jest jednym z największych zagrożeń dla rękopisów i starodruków.
Pamiętam reakcję naszego zespołu konserwatorskiego, kiedy usłyszał, iż chcemy pokazać rękopis Dziadów. Pierwsze słowo brzmiało po prostu: „nie”. I trudno było się temu dziwić.

fot. Mateusz Kiszka
Zaczęliśmy więc szukać rozwiązań. Przez wiele miesięcy badaliśmy poziom nasłonecznienia, testowaliśmy osłony okien, projektowaliśmy nowe zabezpieczenia gablot. Każdy element wymagał konsultacji.
Ogromną rolę odegrała tutaj Aleksandra Wysokińska-Ciosek, która odpowiadała za kwestie związane z zabezpieczeniem obrazów. Współpracowaliśmy również z konserwatorami z Muzeum Narodowego w Poznaniu, wspólnie sprawdzając, jak bezpiecznie zastosować materiały „otulające” eksponaty.
Nawet pozornie drobne rzeczy okazywały się ważne. Pierwsze wydruki elementów wystawy miały zbyt intensywny zapach. To oznaczało konieczność wymiany wszystkich tuszów przez wykonawcę. Zwiedzający nigdy tego nie zauważą, ale właśnie z takich decyzji składa się troska o ludzi i o zbiory.
MK: Wystawa zmienia się co pięć tygodni. Domyślam się, iż sama wymiana eksponatów również przypomina precyzyjnie zaplanowaną operację.
AL: Dokładnie tak.
Nigdy nie robimy tego przy publiczności. Wymiany realizowane są w poniedziałki, kiedy zamek jest zamknięty. Wynika to nie tylko z troski o bezpieczeństwo zbiorów, ale również z procedur obowiązujących przy dostępie do skarbca.

fot. Mateusz Kiszka
Każda gablota ma swojego kustosza. Najpierw eksponaty są dokładnie sprawdzane, odpowiednio pakowane i odprowadzane do skarbca. Dopiero później pobierane są kolejne obiekty. Towarzyszy temu komplet dokumentacji, kontrola konserwatorska i pomiary światła.
W tym procesie uczestniczy wiele osób. Nad bezpieczeństwem zbiorów czuwa między innymi dr Aleksandra Kwiatkowska, kierująca pracownią konserwacji papieru i skóry, a cały proces koordynowany jest również z Działem Zbiorów Specjalnych, którym kieruje Magdalena Marcinkowska. Każdy obiekt jest sprawdzany, oceniany i układany tak, aby warunki ekspozycji były dla niego jak najbezpieczniejsze.
Podmiana jednej odsłony wystawy potrafi zająć kilka godzin. To praca wymagająca ogromnej precyzji i skupienia. Myślę, iż właśnie wtedy najlepiej widać, ile osób stoi za przygotowaniem jednej wystawowej gabloty, którą zwiedzający oglądają przez kilka minut.
MK: Słuchając Pani, mam wrażenie, iż tytuł wystawy odnosi się nie tylko do samych zbiorów, ale również do ludzi, którzy się nimi opiekują.
AL: Bardzo się cieszę, iż to wybrzmiewa, bo rzeczywiście od początku bardzo nam na tym zależało.
W Bibliotece Kórnickiej zbiory nie są anonimowe. Każda kolekcja ma swoich opiekunów. Kiedy rozmawia się z dr Edytą Bątkiewicz-Szymanowską o konkretnym liście, natychmiast opowiada historię jego autora, drogę, jaką przebył do Kórnika, i wyjaśnia, dlaczego właśnie ten dokument znalazł się na wystawie. Podobnie jest z dr Anetą Falk, która z ogromną pasją opowiada o kolekcji Braci Czeskich – wpisanej na listę UNESCO. Tę wiedzę i zaangażowanie naprawdę czuć.
Bardzo chciałam, żeby wystawa pokazała również ten aspekt naszej pracy. Bibliotekarz nie jest osobą, która tylko podaje książki z magazynu. To badacz, opiekun zbiorów, często ktoś, kto przez wiele lat poznaje jedną kolekcję i potrafi opowiadać o niej z niezwykłą czułością.
Myślę, iż właśnie to jest największym bogactwem Biblioteki Kórnickiej. Oczywiście mamy wyjątkowe zbiory. Ale równie wyjątkowi są ludzie, którzy od lat poświęcają im swoją wiedzę, doświadczenie i uwagę. To oni każdego dnia sprawiają, iż ta dwustuletnia idea przez cały czas żyje.
MK: Do tej pory rozmawialiśmy o ochronie zbiorów w bardzo dosłownym znaczeniu. Dziś równie ważnym elementem tej troski staje się jednak digitalizacja.
AL: I chyba właśnie tak warto o niej myśleć. Bardzo często wyobrażamy sobie, iż digitalizacja zaczyna się w momencie, kiedy książka trafia na skaner. Tymczasem to adekwatnie ostatni etap całego procesu.
Najpierw trzeba zdecydować, które zbiory najbardziej potrzebują digitalizacji. Ocenić ich stan zachowania, przygotować metadane, sprawdzić, czy konserwatorzy dopuszczają je do pracy. Dopiero wtedy obiekt trafia do naszej pracowni digitalizacji, która nieprzypadkowo znajduje się tuż obok pracowni konserwacji.

fot. Mateusz Kiszka
Digitalizacja nie jest dla nas celem samym w sobie. Ma przede wszystkim chronić oryginały. o ile badacz może przez wiele dni pracować na wysokiej jakości skanach, oznacza to, iż znacznie rzadziej musi sięgać po bezcenny rękopis czy starodruk. Paradoksalnie więc wykonujemy cyfrowe kopie właśnie po to, żeby jak najrzadziej dotykać oryginałów.
To kolejna odsłona tej samej idei, o której rozmawiamy od początku. Zmieniają się narzędzia, ale odpowiedzialność za zbiory pozostaje dokładnie taka sama.
MK: Biblioteka Kórnicka od wielu lat należy do pionierów cyfryzacji. To chyba również oznacza konieczność ciągłego uczenia się nowych technologii.
AL: To prawda. Biblioteka Kórnicka od dawna stara się patrzeć na nowe technologie w perspektywie długiego trwania. Byliśmy jedną z pierwszych bibliotek w Polsce, które zaczęły tworzyć elektroniczne katalogi i bardzo szczegółowo opracowywać swoje zbiory specjalne. Dzisiaj korzystają z tego badacze z całego świata.
Paradoks polega na tym, iż pionierzy często jako pierwsi mierzą się również z ograniczeniami własnych rozwiązań. Technologie zmieniają się niezwykle szybko. To, co dwadzieścia lat temu było nowoczesne, dziś bywa trudne do rozwijania. Dlatego ogromną część naszej pracy stanowi w tej chwili nie tylko digitalizacja kolejnych obiektów, ale także porządkowanie i integrowanie danych tworzonych przez wiele lat.
To uczy pokory. W instytucjach takich jak nasza nie można myśleć wyłącznie kategoriami jednego projektu czy jednej kadencji. Każda decyzja będzie miała konsekwencje również za dziesięć, dwadzieścia albo pięćdziesiąt lat. W pewnym sensie przez cały czas uczymy się planować z taką samą odpowiedzialnością, z jaką robił to Tytus Działyński.
MK: W najnowszej pojawiaj się również modele językowe i sztuczna inteligencja. Wiele instytucji kultury wciąż podchodzi do nich z dużą ostrożnością.
AL: I myślę, iż ta ostrożność jest potrzebna. Sama zdecydowanie wolę mówić o modelach językowych niż o sztucznej inteligencji. To określenie jest po prostu bliższe temu, czym te narzędzia naprawdę są.
Nie interesuje nas wykorzystywanie AI dlatego, iż jest modne. Interesuje nas tylko to, czy rzeczywiście pomaga rozwiązywać konkretne problemy.
W naszym przypadku sprawdzamy między innymi, czy modele językowe mogą wspierać bibliotekarzy przy retrokonwersji katalogów czy opracowywaniu metadanych. Testujemy je, porównujemy efekty z pracą człowieka i dopiero wtedy wyciągamy wnioski.
Mam czasem wrażenie, iż w dyskusjach o nowych technologiach zbyt łatwo zachwycamy się samym narzędziem. Tymczasem w instytucjach kultury równie ważne są koszty, bezpieczeństwo, trwałość rozwiązań i odpowiedzialność za dane. Nie każde nowe rozwiązanie rzeczywiście okazuje się najlepszym.
Dlatego wolimy najpierw sprawdzić, co naprawdę działa. Dopiero później podejmujemy decyzję o wdrożeniu. Myślę, iż właśnie taka ostrożność jest dziś największym wyrazem odpowiedzialności za dziedzictwo.
MK: Czego życzyłaby Pani na kolejne dwieście lat działalności Biblioteki Kórnickiej?
AL: Na kolejne dwieście lat życzyłabym Bibliotece Kórnickiej przede wszystkim tego, aby pozostała miejscem żywym – wiernym swojej historii, ale jednocześnie otwartym na zmieniający się świat.

fot. Mateusz Kiszka
Chciałabym, aby przez cały czas skutecznie chroniła swoje bezcenne zbiory, a zarazem udostępniała je coraz szerszemu gronu odbiorców: badaczom, studentom, nauczycielom, pasjonatom historii i kolejnym pokoleniom czytelników. Nowoczesne technologie, digitalizacja i narzędzia oparte na sztucznej inteligencji powinny pomagać w odkrywaniu tych zasobów, ale nigdy nie zastępować wiedzy, doświadczenia i odpowiedzialności ludzi, którzy się nimi opiekują.
Życzyłabym Bibliotece także odwagi w podejmowaniu nowych wyzwań, stabilnych warunków rozwoju oraz zespołu, który będzie pracował z takim samym zaangażowaniem, jakie towarzyszyło jej twórcom i kolejnym pokoleniom bibliotekarzy.
Najważniejsze jest jednak, aby za dwieście lat Biblioteka Kórnicka przez cały czas była miejscem, w którym przeszłość nie jest jedynie przechowywana, ale pozostaje źródłem wiedzy, inspiracji i odpowiedzialności za przyszłość.
Rozmowa z Anną Pilawską-Sitą, autorką projektu i koncepcji aranżacji wystawy
Mateusz Kiszka: W jaki sposób doszło do współpracy między Tobą i Biblioteką Kórnicką?
Anna Pilawska-Sita: Połączyła nas kooperacja z Fundacją Tres. Agnieszka Juraszczyk i Wojciech Olejniczak od lat działają w obszarze kultury, realizując projekty artystyczne. Zarówno ja, jak i zespół Biblioteki Kórnickiej mieliśmy możliwość współpracy z nimi, aż w końcu nasze drogi również się skrzyżowały.
Pierwszym projektem, który realizowałam dla Zamku w Kórniku, nie była jednak sama wystawa, ale zasłona na głównym, kilkumetrowym, zabytkowym oknie holu. Jej zadaniem było ograniczenie intensywnego nasłonecznienia, co miało najważniejsze znaczenie dla ochrony wrażliwych eksponatów prezentowanych podczas wystaw.
Było to ogromne wyzwanie, ponieważ montaż musiał być bezinwazyjny (okno ma wysokość około 3 metrów i szerokość 4 metrów) i w dodatku zawsze musi wyglądać dobrze z zewnątrz i wewnątrz, a jak wiadomo, przesuwanie zasłon jest czynnością przypadkową, nie da się ich za każdym razem ułożyć idealnie symetrycznie, pracę z Zamkiem rozpoczęłam więc od architektonicznej interwencji w jego strukturę. To był dobry wstęp do pracy nad aranżacja wystawy, wejścia w głębszy dialog z wnętrzem Zamku.
MK: Skąd pomysł na częściowe zakrycie przestrzeni i eksponatów? Jak ta idea wpisuje się w koncepcję wystawy?
AP-S: Próbowałam zrozumieć, o czym ta wystawa naprawdę ma opowiadać. Rozmowy z dyrektorką Biblioteki Kórnickiej, prof. UAM dr hab. Magdaleną Biniaś-Szkopek, oraz dzień spędzony z opiekunkami zbiorów uświadomiły mi, iż najcenniejszymi bohaterami tej ekspozycji nie są wyłącznie rękopisy i starodruki.
Najważniejszy wydał się konflikt między potrzebą udostępniania zbiorów a koniecznością ich ochrony, tak aby mogły przetrwać dla kolejnych pokoleń. Pokazanie tego napięcia, które stanowi istotę całej wystawy, stało się dla nas jednym z podstawowych założeń.

fot. Mateusz Kiszka
Drugim istotnym wątkiem była sama przestrzeń. Sala przeznaczona na wystawę jest częścią ekspozycji stałej, dlatego nie mogliśmy usunąć znajdujących się w niej obiektów. Pozostające na swoich miejscach obrazy, meble i neogotycka architektura wnętrza tworzyły własny, bardzo silny kontekst.
Długo zastanawiałam się, jak opowiedzieć o dziedzictwie, które z jednej strony pozostaje niedostępne dla widza, a z drugiej wypełnia całą otaczającą go przestrzeń. Jak połączyć historię samego wnętrza z nową opowieścią o zbiorach Biblioteki?
Rozwiązanie okazało się proste. Obiekty muzealne chroni się przed kurzem, promieniowaniem UV, osłania się na czas transportu właśnie ten gest zakrywania najlepiej może opowiedzieć o sednie problemu, jakim są niemożliwe do pogodzenia cele Biblioteki Kórnickiej. pokaże sedno problemu. Paradoksalnie zakrycie części obiektów pozwala zwrócić większą uwagę na to, co pozostaje odsłonięte. Stąd pomysł wykorzystania pokrowców także jako nośników nadruków opowiadających o kontekście wystawy i przekazujących treści ważne dla zespołu Biblioteki.
MK: Ile etapów posiadał i jak długo trwał proces projektowy?
AP-S: Proces projektowy trwał ponad dziewięć miesięcy. Bardzo gwałtownie okazało się, iż jednym z największych wyzwań będzie nie sama forma wystawy, ale opracowanie technologii, która pozwoli zrealizować ją zgodnie z wymaganiami konserwatorskimi.
Pierwszym krokiem były konsultacje z Krzysztofem Kalitką, kierownikiem Pracowni Profilaktyki Muzealnej Muzeum Narodowego w Poznaniu. To właśnie wtedy pojawił się pomysł wykorzystania flizeliny – materiału powszechnie stosowanego do zabezpieczania muzealiów.
Później rozpoczęły się liczne próby. Sprawdzaliśmy różne gramatury, sposoby zadruku oraz zachowanie materiału w przestrzeni. Równolegle wykonywaliśmy bardzo dokładną inwentaryzację wszystkich obiektów, które miały zostać „opakowane”.
Zajęła się tym Justyna Lewandowska-Stosik wraz z zespołem Studia Tkanin w Poznaniu, odpowiadając również za projekt i uszycie wszystkich pokrowców. Tutaj liczył się dosłownie każdy centymetr. Na przykład: początkowo zakładaliśmy dwucentymetrowy zapas materiału, jednak próby pokazały, iż to zbyt wiele. Ostatecznie zmniejszyliśmy go do jednego centymetra, dzięki czemu pokrowce lepiej układały się na obiektach, a nadruki pozostały czytelne.
Dopiero wtedy mogliśmy przejść do projektowania samej aranżacji. gwałtownie okazało się, iż klasyczne wizualizacje 3D są niewystarczające. Znacznie lepiej sprawdziła się fizyczna makieta. Większość jej elementów wydrukowałam samodzielnie na drukarce 3D, której wcześniej nigdy nie używałam, więc ta wystawa była pełna wyzwań również dla mnie.
MK: Czy pracując nad koncepcją wystawy, miałaś bezpośredni dostęp do eksponatów, które będą na niej prezentowane?
AP-S: Tak, i bardzo mi na tym zależało. Poprosiłam o możliwość obejrzenia obiektów jeszcze przed rozpoczęciem projektowania i spędziłam cały dzień z opiekunkami zbiorów – Edytą Bątkiewicz-Szymanowską i Magdaleną Marcinkowską.
Przygotowały one obiekty zarówno chronologicznie, jak i tematycznie. Oglądałam rękopisy, starodruki, fotografie i listy. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie materiały wpisane na listę UNESCO, związane z działalnością Braci Czeskich w Lesznie, zwłaszcza księga Book of Martyrs z 1641 roku.
Biblioteka Kórnicka udostępnia swoje zbiory również cyfrowo, dlatego zachęcam, aby zajrzeć do tego obiektu – jego sygnatura to BK 4129. Motyw „statku szaleńców” był tam tak sugestywny, iż po powrocie do domu od razu sięgnęłam po Lorda Jima Josepha Conrada, kupiłam Historię szaleństwa w dobie klasycyzmu Michela Foucaulta oraz Statek szaleńców Katherine Anne Porter. Jedno spotkanie z obiektem prowadziło do kolejnych lektur, skojarzeń i odkryć, których wcale nie musiałam pokazywać na wystawie, były tylko moje.
MK: Czy musiałaś przejść jakieś dodatkowe szkolenia, które zabezpieczały Twoją pracę ze zbiorami?
AP-S: Od początku ustaliliśmy, iż wszystkie działania będą odbywały się pod nadzorem konserwatorek i opiekunów zbiorów. Każde rozwiązanie materiałowe i technologiczne było z nimi konsultowane.
Podczas zakładania pokrowców konserwatorki oraz kustosz byli obecni, nadzorując przebieg prac. To oni odpowiadali również za montaż obiektów w gablotach. Dzięki temu cały proces przebiegał zgodnie ze standardami ochrony zbiorów.
wystawa: „Otoczone troską. Kórnickie dziedzictwo w dziewięciu odsłonach. 600 lat Zamku, 200 lat Biblioteki”
lokalizacja: Zamek w Kórniku
zespół kuratorski: Magdalena Biniaś-Szkopek, Małgorzata Cieliczko, Magdalena Marcinkowska
współpraca: Małgorzata Potocka, Mikołaj Potocki, Edyta Bątkiewicz-Szymanowska, Monika Szczepaniak, Maria Hładyszewska, Aneta Falk, Milena Stępniak-Lis, Hubert Pawłowski
redakcja językowa: Małgorzata Cieliczko
projekt i koncepcja aranżacji wystawy: Anna Pilawska-Sita
grafika: Agnieszka Juraszczyk
opieka konserwatorska: Aleksandra Kwiatkowska, Aleksandra Wysokińska-Ciosek
konsultacje konserwatorskie: Krzysztof Kalitko
wykonawcy: Jakub Kaźmierczak, Justyna Lewandowska-Stosik, Łukasz Lisowski, Weronika Strzelec






