Najbardziej bolesna rzecz, która przydarzyła mi się w 2025 roku? Odkrycie, iż mój mąż mnie zdradzał a mój brat, kuzyn i ojciec doskonale o tym wiedzieli przez cały czas.
Byliśmy małżeństwem jedenaście lat. Kobieta, z którą mój mąż miał romans, była sekretarką w firmie, w której pracuje mój brat klasyczna polska korporacja w Warszawie, gdzie każdy każdego zna i nic nie pozostaje tajemnicą na długo.
Ich znajomość zaczęła się od tego, iż brat mnie przedstawił mojemu mężowi, niechcący wywołując małe trzęsienie ziemi w rodzinie. Spotykali się w pracy, na służbowych kolacjach, firmowych wigiliach i wszelkiego typu eventach, na których mój mąż pojawiał się z tym swoim zbolałym uśmiechem. Kuzyn, jak to kuzyn, również kręcił się po tych samych imprezach. Wszyscy się znali, wszyscy migali się po tych samych kantorkach.
I tak przez kilka miesięcy mój mąż prowadził życie podwójne a ja biegałam na rodzinne obiady, smażyłam kotlety na niedzielę, rozmawiałam z bratem, kuzynem i ojcem, nie mając pojęcia, iż cała trójka robi dobrą minę do złej gry. Nikt mnie nie ostrzegł. Zero, null, cisza jak makiem zasiał. Żaden choćby nie próbował rzucić mi koła ratunkowego czy choćby delikatnie napomknąć: Zosia, wiesz co….
Kiedy dowiedziałam się o zdradzie w październiku tradycyjnie, przez przypadek, bo w Polsce prawda zawsze wychodzi na jaw w najmniej odpowiednim momencie najpierw skonfrontowałam się z moim mężem. Potwierdził wszystko, zresztą bez większego zaskoczenia; mina jakby tylko czekał na moją reakcję.
Potem pogadałam z bratem Krzyśkiem. Zapytałam go wprost: Wiedziałeś? Odpowiedział: Tak. Pytam: Od kiedy? On na to: Od paru miesięcy. Więc pytam, dlaczego nic nie powiedział. Na to Krzysiek, typowo po polsku: To nie mój problem. Takie sprawy załatwiają się między parą, a między facetami się nie wtrącamy.
Potem przyszła kolej na kuzyna, Marcina. Dokładnie te same pytania, te same odpowiedzi. Widział gesty, spojrzenia, sms-y czy inne podejrzane zachowania. Gdy spytałam, czemu nie ostrzegł, stwierdził, iż nie chciał mieć problemów i iż nie wypada wchodzić komuś z butami w życie.
Na koniec pogadałam z tatą. Zapytana, czy wiedział, odpowiedział: Tak. Od kiedy? Od dawna. Czemu mi nie powiedział? Nie lubię konfliktów. Sami musicie sobie takie sprawy wyjaśniać. Nie będę się wtrącał. Więc generalnie wszyscy mówili jednym głosem: To nie nasza sprawa.
Wyprowadziłam się z mieszkania na Żoliborzu, a teraz kilkukrotnie je wynajmowałam, bo sprzedać nieruchomość w Warszawie to jak wygrać w totka. Nie było żadnych publicznych awantur ani bójek pod blokiem nie będę przecież robiła cyrku dla sąsiadek, które i tak mają dosyć na własnym podwórku. Kobieta czyli ta trzecia przez cały czas spokojnie pracuje w firmie mojego brata. A moja rodzinka Krzysiek, Marcin i tata żyją sobie jak gdyby nigdy nic, śmiejąc się z kawałów wujka na imieninach.
Na Boże Narodzenie i Sylwestra mama zaprosiła mnie do siebie wiadomo, polska tradycja, pierogi, barszcz, wszyscy przy jednym stole. Zapowiedziała, iż będzie brat, kuzyn i tata. Powiedziałam jej, iż nie przyjdę. Wytłumaczyłam, iż nie dałabym rady zjeść karpia z ludźmi, którzy znali prawdę i milczeli. Oni świętowali razem. Mnie nie było ani w Wigilię, ani w Nowy Rok.
Od października nie odezwałam się ani do brata, ani do kuzyna, ani do ojca. I szczerze mówiąc, nie sądzę, żebym kiedykolwiek umiała im wybaczyć. Ot, typowa polska rodzinna zagadka każdy swoje wie, ale nikt głośno nic nie powie…
