NA ŻYWO…
W tej rodzinie każdy żył swoim życiem.
Ojciec Piotr, oprócz żony, miał ukochaną kobietę, a czasem choćby kilka na raz. Matka Halina, podejrzewając zdrady męża, sama też nie była wzorem wierności. Lubiła spędzać czas poza domem z żonatym kolegą z pracy. Dwaj synowie, Paweł i Artur, byli pozostawieni sami sobie. Mało kto zajmował się ich wychowaniem, więc często wałęsali się bez celu po podwórku. Halina uważała, iż za dzieci odpowiada całkowicie szkoła.
Cała rodzina spotykała się przy stole w kuchni tylko w niedziele, po to by szybko, w milczeniu zjeść rosół z ziemniakami i jak najszybciej rozejść się do własnych spraw.
Tak żyli w swoim pokręconym, grzesznym, ale słodkim świecie, dopóki nie wydarzyło się coś nieodwracalnego.
…Gdy młodszy syn Artur miał dwanaście lat, ojciec Piotr po raz pierwszy zabrał go ze sobą do garażu jako pomocnika. Artur z ciekawością oglądał narzędzia, a ojciec na chwilę podszedł do znajomych mechaników, którzy dłubali przy swoich autach w pobliżu.
Nagle z garażu Piotra buchnął czarny dym, a zaraz potem płomienie. Nikt nic nie rozumiał. (Później wyszło na jaw, iż Artur przypadkiem strącił włączoną lampę lutowniczą na kanister z benzyną.) Ludzie stanęli jak wryci. Wszyscy się pogubili. Ogień szalał. Piotr bez wahania, po oblaniu się wiadrem wody, wbiegł do płonącego garażu. Wszyscy wstrzymali oddech. Po paru sekundach Piotr wyniósł z płomieni bezwładnego syna. Artur był cały poparzony, tylko twarz, najwyraźniej zasłonięta dłońmi, została nietknięta. Całe ubranie chłopca spłonęło.
Już ktoś dzwonił po straż pożarną i karetkę. Artura zabrano do szpitala. Chłopiec żył!
Natychmiast znalazł się na stole operacyjnym. Po kilku godzinach niepewności, lekarz wyszedł do rodziców Artura i sucho oświadczył:
Robimy wszystko, co można i nie można. Teraz państwa syn jest w śpiączce. Szansa na przeżycie to jeden na milion. Medycyna oficjalna jest tu bezsilna. Ale jeżeli Artur bardzo będzie chciał żyć, może wydarzy się cud. Proszę być dzielnym.
Piotr i Halina bez chwili wahania ruszyli do pobliskiego kościoła. Zaczęła lać ulewa, jakby niebo płakało razem z nimi. Przemoczeni i zrozpaczeni, nie widzieli świata poza sobą trzeba było ratować syna!
Po raz pierwszy w życiu weszli do świątyni. Było pusto i cicho. Na widok księdza Halina nieśmiało podeszła:
Proszę księdza, nasz syn umiera! Co robić? wyszeptała przez łzy.
Dzieci moje, jestem ksiądz Stanisław. No tak, na biedę, to do Boga… Tak? Jesteście grzeszni? od razu przeszedł do rzeczy ksiądz.
Chyba nie… Nikogo nie zabiliśmy… bąknął Piotr i spuścił wzrok pod przenikliwym spojrzeniem duchownego.
A miłość własną po co zabiliście? Leży martwa między wami. Między kochającymi mężem i żoną powinna być nierozerwalna więź, a u was połóż gruby pień dębu i nikt nie zauważy różnicy! Ech, ludzie…
Módlcie się, dzieci, o zdrowie syna do św. Antoniego! Gorąco się módlcie! Ale pamiętajcie wszystko w rękach Boga. Nie miejcie pretensji! Czasem Bóg tak próbuje nauczyć rozumu. Inaczej nie dotrze! Zatracicie duszę, nie zauważycie nawet. Poprawcie się! Miłością wszystko uratować można!
Piotr i Halina stali przed księdzem Stanisławem, przemoczeni od deszczu i zalani łzami, posłusznie słuchając gorzkiej prawdy. Wyglądali jak dwa zbłąkane kaczęta.
Ksiądz wskazał na ikonę św. Antoniego.
Padli na kolana i modlili się żarliwie, dawali obietnice…
Wszystkie kochanki i kochankowie odeszli w niepamięć. Życie przewinięto w głowie jak taśmę, od nowa.
Nazajutrz rano zadzwonił lekarz Artur wybudził się ze śpiączki.
Piotr i Halina już czuwali przy łóżku syna.
Artur otworzył oczy i próbował się uśmiechnąć na widok rodziców. Jednak uśmiech był pełen cierpienia.
Mamo, tato… nie rozwódźcie się… cicho szepnął.
Kochanie, co ci przyszło do głowy? Jesteśmy razem Halina pogłaskała syna po gorącej dłoni. Artur skrzywił się i jęknął. Matka cofnęła rękę.
Wiem, mamo. Widziałem to… A moje dzieci będą miały wasze imiona powiedział Artur.
Piotr i Halina wymienili spojrzenia. Myśleli, iż syn bredzi jakie dzieci, skoro nie może ruszyć palcem! Jak wyzdrowieje to będzie cud!
Jednak od tego momentu Artur zaczął zdrowieć. Wszystkie pieniądze i siły poświęcili na leczenie syna. Piotr i Halina sprzedali działkę.
Szkoda, iż garaż i samochód doszczętnie spłonęły tamtego feralnego dnia, bo można byłoby je też sprzedać na leczenie Artura. Ale najważniejsze syn przeżył! Babcie i dziadkowie pomagali ile mogli. Rodzina zjednoczyła się wspólnym nieszczęściem.
…Nawet najdłuższy dzień ma swój kres.
Minął rok.
Artur przebywał w ośrodku rehabilitacyjnym.
Już mógł samodzielnie chodzić i o siebie dbać.
Tam zaprzyjaźnił się z dziewczynką Jagodą. Byli rówieśnikami. Jagoda, podobnie jak Artur, ucierpiała w pożarze miała poparzoną twarz.
Dziewczyna po kilku zabiegach bardzo wstydziła się swoich blizn. Nie patrzyła w lustro, bała się.
Artur bardzo związał się z Jagodą. Coś w niej promieniowało. Przyciągała mądrością i bezbronnością. Chciało się ją chronić.
Cały wolny od zabiegów czas spędzali razem. Łączyło ich wiele. Przeszli przez niewyobrażalny ból, rozpacz, łykanie garściami gorzkich tabletek, strach przed zastrzykami i białymi fartuchami… Mieli swoje ulubione tematy do rozmów, które się nigdy nie kończyły.
Czas płynął…
…Artur i Jagoda wzięli skromny ślub.
Narodziła się im śliczna córka Róża, a trzy lata później syn Bartosz.
Gdy cała rodzina zyskała wreszcie spokój, Piotr i Halina podjęli decyzję o rozstaniu. Cała ta koszmarna historia z Arturem tak ich wyczerpała, iż nie potrafili być już razem. Byli wypruci i marzyli o spokoju oraz wolności.
Halina wyjechała do siostry na przedmieścia. Przed wyjazdem jeszcze raz odwiedziła kościół, by pożegnać się i wziąć błogosławieństwo od księdza Stanisława. W ostatnich latach często przychodziła do księdza, dziękować mu za uratowanie syna. Ksiądz zawsze prostował:
Dziękuj Bogu, Halino!
Nie pochwalił jej wyjazdu.
Ale skoro musisz, to odpocznij. Czasem samotność dobrze robi duszy. Ale wracaj. Mąż i żona to jedno! mówił ojcowsko ksiądz Stanisław.
Piotr został sam w pustym mieszkaniu. Synowie z rodzinami mieszkali osobno.
Byli małżonkowie na odwiedziny wnuków zjawiali się osobno, uważając, aby nie natknąć się na siebie.
Można powiedzieć, iż wszystkim było teraz wygodnie…
Długo żyłem w przekonaniu, iż szczęście leży w realizowaniu własnych zachcianek. Dopiero tragedia pokazała nam, czym jest prawdziwa rodzina. Dopiero wtedy, gdy byliśmy bliscy utraty wszystkiego, nauczyłem się dostrzegać wartość innych. Może i nie jesteśmy razem, ale wiem jedno miłości nie można odkładać na później, bo szczęście nie wybacza zwłoki.











