Na wakacje na wsi zabraliśmy ze sobą z miasta kota Tadeusza. Na wsi Tadeusz miał rodzonego brata kota Zdzisława. Zdzisław miał wielkie, wytrzeszczone oczy, stąd właśnie pochodziło jego przezwisko. Na wsi nikt nie owija tu w bawełnę.
Początkowo kot Tadeusz nie miał łatwego życia. Choć sam nie był olbrzymem, Zdzisław od razu wprowadził wojskową dyscyplinę przepędzał Tadeusza od piwnicznych zapasów i syczał groźniej niż prowadząca słynnego programu Kawa czy herbata podczas castingu.
Pewnej nocy Zdzisław popełnił klasyczny błąd osiedlowego cwaniaka uwierzył własnej legendzie i rzucił się na Tadeusza z otwartym atakiem.
Tadeusz, czarującym gestem niczym arystokrata, odganiał go łapą jak wachlarzem, gdy nagle wymierzył mu przypadkowo sierpowego z prawej: Zdzisława potem długo wydłubywaliśmy z wiadra z ziemniakami.
Takim zgoła absurdalnym i niedorzecznym przypadkiem, jak wszystko w jego losie, Tadeusz został nieformalnym królem podwórka.
Na wsi do kotów podchodzi się racjonalnie z dala od ozdobników. Wiejskiej pracy w polu uratowała Tadeusza jedynie zima.
Karmienie kotów to tutaj istna improwizacja jeden dzień pyzy, innego sucha kromka; o określonych godzinach nie ma co marzyć. Tadeusz przyzwyczajał się do tego długo w mieście jadał punktualnie, często z porcelanowych misek, a na kolację zapraszał go niemalże lokaj.
Pod wpływem stresu do Tadeusza gwałtownie wróciły pradawne instynkty często przyłapywałem go w środku nocy, gdy siedział z głową w garnku na starej kuchni kaflowej.
Zdzisław, pozostawiony na taborecie, syczał rozpaczliwie, ostrzegając brata o moim nadejściu. Tadeusz, od niechcenia odwracając się w moją stronę, mruczał do brata: Tego się nie obawiaj, on nasz, widziałbyś, jak nocą zagląda do lodówki.
Pewnej zimy uznaliśmy, iż Tadeusz jest już gotów, więc wynieśliśmy go na dwór i posadziliśmy na śniegu. Gdy się odwrócił, cała jego mordka była śnieżnobiała, a w oczach miał dziwną melancholię, taką jak Al Pacino w Człowieku z blizną. Więcej nie ryzykowaliśmy wyjścia w pole.
Pewnego wieczoru do syna Stasia przyszli miejscowi koledzy. Rozgościliśmy się przy piecu, a ja zacząłem czytać dzieciom Ślub Gombrowicza na głos. Właśnie docierałem do fragmentu o macosze, zamieniającej się w czarnego kota, drapiącego pazurami po starych deskach, gdy drzwi do izby zaskrzypiały jak brama cmentarza i nagle, dostojnym krokiem, wkroczył kot Zdzisław.
Niestety, Tadeusz nauczył brata swojego sekretniego triku otwierania najtrudniejszych drzwi łapą jakby to był prozaiczny ruch.
Pokój był maleńki, ale nam z dzieciakami udało się rozbiec po kątach. Jednego chłopca wyciągaliśmy później z uchylonego okna nie spadł tylko dzięki babci, która dokarmiała go pierogami.
Ach, tak, chyba nie wspomniałem, iż Zdzisław był absolutnie, całkowicie czarny jak bezgwiezdna noc.
Zgadnijcie sami nieczęsto klasyka literatury tak skutecznie dociera do wyobraźni współczesnych dzieciOd tego wieczoru koty zostały postaciami niemal mitycznymi każdy nowy gość słyszał już opowieść o tych dwóch braciach, którzy nieustraszenie łamią zasady, władając wsią jak duet filuternych monarchów. Kiedy tylko zapadał zmrok i z komina sączył się zapach drewna, dzieciaki wyczekiwały w napięciu, czy zza pieca nie wyłoni się powoli sylwetka czarnego kota z wytrzeszczonymi oczami, a tuż za nim, z dystyngowaną miną, nie podąży śnieżny Tadeusz.
Czasami wydawało mi się nawet, iż sam słyszę ciche narady pod stołem planowanie nocnych wypraw do spiżarki, wymianę uwag o wiejskiej codzienności, żartobliwe groźby i przechwałki. Po jakimś czasie wszyscy przywykliśmy: na wsi królów jest dwóch, a w starej chacie, pomiędzy śmiechem, pierogami i książkami, choćby najbardziej nieujarzmiony kot znajdzie swoje miejsce.
A gdy wieczorem wygaszaliśmy światła i uciszały się wszystkie rozmowy, czasem widziałem w świetle księżyca dwa ogony przecinające próg. Jeden czarny jak północ, drugi prószony bielą obaj panowie z wioski, prowadząc własny bal pod gwiazdami, jakby nigdy nie znali innych trosk niż to, kto pierwszy zdąży do wiadra z ziemniakami.






