Na urodziny teściowa podarowała mi książkę kucharską z kąśliwym przesłaniem – oddałam jej prezent – Sama kroiłaś ten sałatkę, czy znowu te kupne plastikowe pojemniki, którymi trujesz mojego syna? – Gospodyni podtuliła usta i z pogardą dźgała widelcem tartaletkę z serkiem i łososiem. Irena westchnęła głęboko, poprawiając fałdę na eleganckiej sukience. Skończyła właśnie trzydzieści pięć lat. Okrągłe urodziny. Dzień, w którym pragnie się czuć jak królowa, przyjmować życzenia i po prostu cieszyć się życiem. Zamiast tego stała w salonie, nakrywając do stołu, i czuła się jak uczennica, która nie odrobiła zadania… (pełna historia)

polregion.pl 7 godzin temu

A sałatkę sama kroiłaś, czy znowu z tych gotowców z marketu, których używasz, by mojego syna karmić byle czym? wykrzywiła usta Rozalia, szturchając widelcem tartaletkę z serkiem śmietankowym i łososiem.

Aldona głęboko westchnęła, wygładzając fałdę na eleganckiej sukience. Kończyła trzydzieści pięć lat. Taki jubileusz! Dzień, w którym chciała poczuć się królowa, przyjmować życzenia i cieszyć otaczającym ciepłem rodziny. Zamiast tego stała pośrodku własnego salonu, ustawiając talerze, i czuła się jak uczennica, która znów nie odrobiła lekcji.

Pani Rozalio, to zamówienie z restauracji prowadzonej przez włoskiego szefa kuchni odpowiedziała, próbując się uśmiechnąć. Produkty najwyższej jakości. Przecież wie pani, wracam z pracy po dwudziestej, nie mam fizycznie czasu stać przy garnkach całymi dniami, kiedy gości piętnaścioro.

No tak, praca, praca Rozalia przewróciła oczami i zerknęła na zdjęcie syna Zbyszka w ramce na ścianie, jakby szukając u niego wsparcia. Za naszych czasów też się harowało. I w fabryce, i w polu, i dzieci się wychowywało. Ale żeby na święto mąż jadł gotowce… To, kochanieńka, kpina. Zbyszek, biedne dziecko, cały mizerny się zrobił. Popatrz tylko, sińce ma pod oczami!

Zbyszek, to biedne dziecko trzydziestoośmioletni mężczyzna, postawny i dość rumiany wszedł akurat do salonu, pocierając ręce z entuzjazmem.

Mamusiu, Alu! Ale ty stół zastawiłaś! I jak pachnie! Alu, to te roladki z bakłażana? Uwielbiam je!

Rozalia rzuciła mu spojrzenie pełne matczynego bólu, ale tym razem zamilkła. Goście mieli nadejść lada moment. Aldona poszła do kuchni po gorące dania; wewnątrz już czuła, iż zaraz puści. To trwało od początku małżeństwa. Pięć lat, odkąd teściowa prowadziła podjazdową wojnę o żołądek swojego syna. Co tydzień donosiła słoiki z kotletami, galaretą, makowcem, nie szczędząc przy tym komentarzy: Chociaż pożyjesz normalnym jedzeniem, Aldonce brak czasu, bo przecież bizneswoman z niej. Aldona cierpliwie to znosiła. Dużo pracowała kierowała działem logistyki w dużej firmie, zarabiała lepiej od męża i uznała, iż płacenie za sprzątanie czy jedzenie na dowóz jest słuszne to cena za wolne chwile, które można przeznaczyć na sport, książkę, czy rozmowę z ukochanym.

Rozalia miała jednak inne poglądy. Dla niej kobieta, która nie potrafi, albo nie chce lepić pierogów, była kobietą z defektem.

Dzwonek do drzwi ogłosił początek uroczystości. Mieszkanie wypełniło się śmiechem, zapachem kwiatów i wód perfumowanych. Przybyli przyjaciele, współpracownicy, rodzice Aldony. Wszyscy wznosili toasty, wręczali koperty z gotówką złotówki i bony do spa. Atmosfera zrobiła się serdeczna, Aldona choćby się rozluźniła, postanowiła nie zwracać uwagi na strapione miny teściowej.

Przy deserze Rozalia, która cały wieczór siedziała z urażoną miną, wstała, postukała widelcem w kieliszek i zawołała o ciszę.

Kochani zaczęła tonem, jakiego używa się podczas przemówień na zebraniach związkowych albo żałobach Ja też chcę coś powiedzieć. Trzydzieści pięć lat to czas, by kobieta nabrała mądrości, cierpliwości i oczywiście umiejętności pielęgnowania domowego ogniska.

Zrobiła krótką pauzę i sięgnęła po okazałą, połyskującą paczkę.

Pieniądze są jak woda kontynuowała, wyciągając z torby spory pakunek dziś są, jutro ich nie ma. Uroda przemija. Ale umiejętność i troska o męża… to podstawa każdej rodziny. Długo myślałam, co ci, Aldonko, podarować. W końcu wybrałam to, czego ci najbardziej brakuje wiedzę.

Z hukiem postawiła prezent przed synową. Cisza zapadła w pokoju. Wszyscy zerknęli po sobie. Zbyszek odchrząknął.

Aldona powoli rozwinęła papier. To była książka. Wielka, ciężka, twarda oprawa. Wielka encyklopedia gospodyni i kucharki. Złota kolekcja. Na okładce szeroko uśmiechnięta kobieta w fartuchu i z garnkiem w ręku.

To nie jest zwykła książka wyjaśniła Rozalia z jadowitą słodyczą To, można rzec, nasza rodzinna relikwia. Kupiłam ją specjalnie dla ciebie, ale i udoskonaliłam. Zaznaczyłam zakładkami i swoimi przemyśleniami. Czego Zbyszek lubi, jak barszcz powinno się gotować, by miał odpowiedni kolor, a nie rozgotowany jak u niektórych. Jak prasować koszule, żeby mąż nie wyglądał na obdartusa. Korzystaj, ucz się. Nigdy nie jest za późno na bycie dobrą żoną.

Ktoś stłumił śmiech. Mama Aldony aż się zarumieniła i chciała już odwarknąć, ale Aldona ścisnęła jej dłoń pod stołem. Nie teraz. Nie przy wszystkich. Skandalu u siebie na urodzinach robić nie będzie.

Dziękuję, pani Rozalio powiedziała, zachowując równy ton głosu. To… bardzo znaczący prezent. Przeczytam na pewno.

Odsunęła książkę na bok, zaproponowała gościom tort i już się rozluźniła, już przestała zwracać uwagę na teściową. Reszta wieczoru minęła jak we mgle. Uśmiechała się, żartowała, serwowała kawę, a w środku buzował wstyd. To nie był prezent. To był policzek wymierzony publicznie, owinięty w błyszczący papier.

Gdy ostatni goście wyszli, zmywarka już brzęczała rytmicznie w kuchni, Aldona usiadła na kanapie z książką w dłoniach. Zbyszek, który dotąd omijał temat prezentu mamy, przysunął się i objął żonę.

Ala, nie obrażaj się, mama nie chciała źle. Ona to z tych dawnych. Może trochę przesadziła, z kim to się nie zdarza?

Przesadziła? Aldona otworzyła książkę. Popatrz, Zbyszek.

Wszędzie wklejone żółte karteczki. Na pierwszej stronie odręczna dedykacja: *Dla ukochanej synowej z nadzieją, iż mój syn wreszcie poczuje smak domowego jedzenia*.

Kartkowała dalej. Na przepisie na kotlety czerwoną długopisem dopisane: *Mięso mielić tylko samodzielnie! Sklepowe dla leniwych i niezgrabnych!*

W rozdziale o sprzątaniu: *Kurz pod łóżkiem to wizytówka gospodyni. U was można by sadzić ziemniaki*.

Przy prasowaniu: *Kanty w spodniach muszą kroić papier. Bo te Zbyszka, co nosi, wstyd ludziom pokazać.*

To była nie książka kucharska, to był pamiętnik frustracji. Skrupulatnie zebrane pretensje i toksyczne uwagi pod przykrywką troski matczynej. Rozalia musiała poświęcić temu niejedną godzinę. Szykowała się do tej chwili.

Mama chyba… naprawdę się przejmuje Zbyszek cicho mruknął, czerwieniąc się po uszy. Ala, wyrzucę to na pawlacz, zapomnimy.

Nie Aldona zatrzasnęła książkę. Zatrzęsła się głucho, niczym wystrzał Nie. Prezentów się nie chowa. Prezenty trzeba potraktować, jak na to zasługują.

Kolejne dni Aldona chodziła zamyślona. Nie krzyczała, nie narzekała Zbyszkowi, choć się tego trochę obawiał. Pracowała, zamawiała obiady, wieczorami kartkowała encyklopedię i notowała coś w zeszyciku.

Przyszła sobota. Tradycyjny dzień na wizytę u teściowej. zwykle Aldona szukała wymówek. ale dziś od rana się szykowała.

Do mamy jedziemy? zdziwił się Zbyszek, obserwując żonę z prostującą grzywką.

Oczywiście. Nie wypada nie odwiedzić teściowej po takiej imprezie. Tym bardziej, mam dla niej prezent. Rewanż, iż się tak wyrażę.

Zbyszek się spięty.

Ala, błagam, nie wszczynaj wojny. Przecież to starsza osoba

Nie zaczynam wojny. Ja ją kończę.

Dotarli do bloku Rozalii na obiad. Mieszkanie, jak zawsze, pachniało smażoną cebulką i odświeżaczem. Wszystko lśniące, serwetki wykrochmalone, ani pyłku. Rozalia z triumfem przyjęła gości pewna, iż jej prezent zrobił porządek z synową i przyjechała po nauki.

Wchodźcie, wchodźcie! witała Rozalia. Właśnie wyjęłam pierogi z kapustą, jak Zbyszek lubi. Mam nadzieję, iż głodni? Bo ja znaaam wasze wygodne jedzenie…

Zasiedli do obiadu. Aldona była uprzejma; chwaliła pierogi, zachwycała się galaretką i pytała o zdrowie. Rozalia rozkwitła, czujność znikła.

Gdy wypili już herbatę, Aldona sięgnęła do torebki i wyciągnęła encyklopedię. Rozalia uśmiechnęła się zwycięsko.

Co, Aldonka, niejasności jakieś? Śmiało pytaj, rozdział o cieście drożdżowym wymaga wprawy…

Pani Rozalio zaczęła Aldona cicho, ale twardo Przeczytałam państwa prezent. Każdą uwagę i komentarz.

Rozalia przytaknęła, dumna.

I zrozumiałam jedno to skarb. Esencja pani życia, doświadczenia, podejścia do świata.

Widzisz! Mówiłam! ucieszyła się Rozalia.

I właśnie dlatego Aldona przesunęła książkę w stronę teściowej nie mam moralnego prawa zachować jej dla siebie.

Uśmiech zgasł na twarzy Rozalii.

Jak to? Oddajesz prezent? Kochana, to niegrzeczne!

Proszę posłuchać Aldona uniosła rękę. W tej książce opisano wzór kobiety idealnej: budzi się o piątej, żeby zagniatać ciasto, uważa kurz za dramat rodzinny, żyje, by służyć mężczyźnie. Tym kimś jest pani. I jest w tym pani naprawdę niezrównana.

Zawiesiła głos i spojrzała prosto w oczy teściowej.

Ale ja jestem inna. Ja zarabiam głową, nie rękami. Każda moja godzina pracy to tyle, ile kosztuje tygodniowe zakupy spożywcze dla całej naszej rodziny. jeżeli będę codziennie spędzać trzy godziny przy lepieniu pierogów, stracimy równowartość porządnych wakacji. Policzyliśmy z Zbyszkiem to się nie opłaca.

Zbyszek przełknął ślinę, ale był z niej dumny.

I co najważniejsze Aldona położyła dłoń na książce Te wszystkie uwagi o niezdarnej, leniwej, wstydzie są dla mnie jasnym sygnałem. Ta książka nie jest wyrazem miłości, a… powiedzmy, frustracji. Człowiek szczęśliwy nie wpisuje jadu w prezent.

Rozalia poczerwieniała.

Jak śmiesz! Ja całe życie poświęciłam…

Właśnie. Poświęciła je pani na prowadzenie domu. A ja chcę je przeżyć: z pani synem, kochać go, rozmawiać, spacerować, podróżować, nie stać plecami do niego przy kuchni.

Aldona sięgnęła po kopertę.

Oddaję pani prezent, bo go nie potrzebuję. Naszym domu króluje inna filozofia. Nie chcę jednak być dłużna. Pani podarowała mi instrukcję, jak zostać gospodynią domową. Ja chcę podarować pani możliwość przypomnienia sobie, iż jest pani kobietą.

Podała kopertę na książce.

Tu jest karnet do najlepszej w mieście szkoły tańca. Tango. I bon na dziesięć masaży. Wiem, iż plecy pani dokuczają od tego gotowania.

Zapadła cisza jak makiem zasiał. Tykał tylko stary zegar. Rozalia spojrzała raz na książkę, raz na kopertę, raz na synową. Zbiło ją z tropu. jeżeli zacznie krzyczeć wyjdzie na histeryczkę, jeżeli odmówi okaże się słaba.

Taniec? Ja? W tym wieku?

Najlepszy. Jest grupa pań w pani wieku, bardzo kulturalne towarzystwo. Może pani zobaczy, ilu jest ludzi z pasją, a nie tylko obsesją na punkcie kurzu pod łóżkiem.

Aldona wstała.

Dziękuję za pierogi, naprawdę pyszne. Zbyszek, ruszamy do kina?

Zbyszek, dotąd skulony, wyprostował się, spojrzał najpierw na matkę, potem na żonę, po czym podszedł do Aldony.

Mamo, obiad genialny! pokazał kciuk. Ale Ala ma rację. Nie musi gotować. Ja ją i tak kocham. Szczerze… choćby wolę, jak zamawiamy jedzenie na wynos. Codziennie coś nowego, czy to tajskie, czy gruzińskie. Coś się dzieje! Nie gniewaj się.

Cmoknął matkę w policzek, złapał Aldonę pod ramię i wyszli.

W mieszkaniu zaległa cisza. Rozalia siedziała przy stole z Złotą kolekcją i kopertą z karnetem na tango.

Gdy wsiedli do samochodu, Zbyszek westchnął, jakby całe powietrze trzymał do tej pory.

Szacun, Ala! Myślałem, iż będzie trzecia wojna światowa, a Ty ją… z klasą rozpracowałaś. Ekonomicznie się nie opłaca! No, to jest argument!

Czy nie mam racji? Aldona zapięła pas i spojrzała w lusterko Po prostu postawiłam granice. Twoja mama nie jest złą osobą, po prostu utknęła w stereotypach. Uważa, iż dzień bez harówki w kuchni jest dniem straconym i chce, żebym i ja cierpiała, bo wtedy jej wysiłek miałby sens. Ja cierpieć nie zamierzam.

Myślisz, iż pójdzie na te tańce? mrugnął Zbyszek, odpalając auto.

Nie wiem. Może wyrzuci karnet. Może pójdzie. Ale encyklopedii już nie wręczy. I uwagi o kurzu nie usłyszę, mam nadzieję.

Minął tydzień. Rozalia zadzwoniła raz, krótko zapytała, co słychać, gwałtownie się rozłączyła. Książki nie wspomniała.

A po miesiącu, w sobotę, kiedy Aldona i Zbyszek wyjątkowo spali do południa, zadzwonił telefon.

Cześć mamo? Nie przyjedziemy dziś? A, ty nie możesz? Czemu?

Zbyszek słuchał coraz bardziej zaskoczony. Włączył na głośnik.

…za dwa tygodnie mamy występ z grupą, próby są codziennie! Głos Rozalii brzmiał młodzieńczo i żywo. Mój partner, pan Piotr, były wojskowy, wymagający, ale prowadzi świetnie! Więc, dzieci, dziś pierogów nie będzie. Zamówcie te wasze… sushi. Buziaki, lecę, bo muszę buty rozchodzić!

Rozłączyła się. Zbyszek i Aldona spojrzeli na siebie i wybuchli śmiechem.

Zadziałało! Aldona wtuliła się w poduszkę. Piotr, były wojskowy! Oj, teraz to on będzie miał codzienną inspekcję kantów na spodniach.

Przynajmniej od nas się odczepiła uśmiechnął się Zbyszek błogo. Alu, zamawiamy sushi?

Jasne. Największy zestaw!

Aldona patrzyła w sufit, czując lekkość niespotykaną. Okazało się, iż by wygrać z teściową, nie trzeba odpowiadać jadem na jad czy spełniać cudzych oczekiwań. Wystarczył gest oddać to, co nie swoje, i podarować coś wartościowszego. Książka pełna żółci została w przeszłości, a w teraźniejszości była wolność, sobotni poranek i mąż, który kochał ją nie za barszcz, tylko za to, kim jest. Tego przepisu na szczęście nie znajdzie się w żadnej encyklopedii.

Idź do oryginalnego materiału