Na tydzień przed Dniem Kobiet słyszałam szept płynący przez otwarte okna dawnego Sądu Grodzkiego w Poznaniu. Mój płaszcz był za cienki na wiatr, który roznosił mokre ślady łez na policzkach i zasłaniał mi oczy. Każda ściana, drzwi obrotowe i olbrzymie portrety nad salą powtarzały jedno zniekształcone zdanie: nie jesteście już mężem i żoną. Dlaczego on to zrobił właśnie mnie? Jakie winy wywróciły mój świat na lewą stronę w takim labiryncie kar?
Wychodziłam za mąż młodziutka, jako osiemnastoletnia Zuzanna Chruścińska, gdy życie było jak taniec po śliskim bruku podwórek Jeżyc. Miłość była wtedy jak gorączka nocami nie spałam, tylko słyszałam bicie własnego serca, unoszącego mnie ponad tramwaje i dachy miasta. Przez pięć lat gotowałam mu ulubione kluski śląskie, śniadania zanosiłam prosto pod pierzynę, podłogi błyszczały, a lampy nigdy nie przygasały od szarości codzienności.
Ale rodzice mojego męża, Andrzeja Tarczyńskiego, patrzyli na mnie jak na cień, powtarzali podszeptami, iż mogą znaleźć dla syna lepszą, „prawdziwą” żonę, i chyba te słowa sączyły się przez stare tynki, zmieniając go powoli z czułego w obcego. Coraz mniej dla mnie ciepłych słów, coraz bardziej zimny jak listopadowa Wisła i ciągle krytyczny.
Naszemu synkowi, pięcioletniemu Stasiowi, tata dawał kiedyś cukierki i podrzucał aż pod sufit, a potem zaczął go traktować jak obce dziecko. Wiem, iż to przez teściową i teścia, którzy szeptali, iż Staś nie jest do niego podobny, choć chłopiec ma oczy Andrzeja, jak skrawki sierpniowego nieba nad Toruniem. Mój mąż prawie wprowadził się z powrotem do mieszkania rodziców na Wildzie; wracał tylko po kolejne awantury i chłód. Chociaż ciągle dbałam o dom i o siebie, stąpając po cichu jak duch.
Aż pewnego popołudnia, gdy cisza napęczniała do granicy pęknięcia, Andrzej uderzył mnie w przypływie szału. Oczy bolały mnie, bo trudno było uwierzyć, czy wszystko to się dzieje, czy tylko śnię. Jednak wciąż wierzyłam, iż odnajdziemy wspólny język. ale nie któregoś ranka, przy rozlanej kawie, powiedział, iż to koniec. Odszedł, zostawił mnie i Stasia samych. Błagałam o szansę, żebyśmy nie stali się tylko wspomnieniem w albumach, ale on odwrócił się bez słowa.
Pozostała tylko miłość jak przeszywający dzwon echem w pustym mieszkaniu po rozwodzie. Alimenty, które płaci, to ledwo kilka złotych na miesiąc, a i tak muszę mu wysyłać zdjęcia paragonów choćby za chleb żytni. Za każdym razem muszę czekać, aż łaskawie prześle mi te pieniądze przez przelewy, jak byłam żebrzącą o swój własny los.
Odwiedza Stasia rzadko czasem zabierze go do parku Szelągowskiego, choć dziecko nie ufa już temu spojrzeniu. Oskarża mnie, iż syn przestał go kochać przez moje słowa, choć ja tylko milczę i próbuję ocalić, co jeszcze możliwe. Każdy dzień to krzyk i łzy, serce rozrywa mi dźwięk stukających drzwi. Schudłam, śniadanie smakuje jak popiół, nocami nie śpię z tęsknoty. choćby na Stasia czasem nakrzyczę i to boli najbardziej.
Jak żyć, kiedy wszystko się rozpadło, a serce krwawi pod cienką bluzką? Zaglądam codziennie na profil byłego męża i widzę, iż zaręczył się z inną to jak szklany deszcz padający do zimnego pokoju.
Wiem, czuję w kościach, iż już nie wróci i nie będzie kochał nas więcej. Rozum powtarza, iż to już finał, ale serce nie znajduje wyjścia z tej przedziwnej, schowanej głęboko baśni o utraconej rodzinie. Jak znów się obudzić, skoro ciągle śnię ten sam sen?













