Muminka

filmweb.pl 3 tygodni temu
Zdjęcie: plakat


Jest taka przygoda Muminków, podczas której Muminek za pośrednictwem magicznego kapelusza zmienia się w zupełnie niepodobnego do siebie stwora. Niezły klops, bo nagle nikt nie wierzy mu, iż jest Muminkiem. A jednak Mama Muminka dostrzega swoje dziecko pod antypatyczną aparycją tego nie-Muminka – oczywiście dzięki przenikliwej mocy matczynej miłości. "Mumia: Film Lee Cronina" w sumie opowiada podobną historię. Oto porwana przed ośmiu laty dziewczynka nagle zostaje odnaleziona i trafia z powrotem na łono rodziny. Nie przypomina jednak samej siebie, bo tak zwany międzyczas spędziła zabalsamowana w sarkofagu gdzieś w Egipcie. Niczym Muminek mała Katie zmienia się w potwora. W jej wypadku: w złośliwą mumię. Czy rodzicie przywrócą córkę do pierwotnej postaci, zanim ta zrobi z nich siekane kotlety? Oto jest pytanie.

Natalie Grace
  • Warner Bros. Entertainment Inc.
  • Patrick Redmond

Jeśli nowa "Mumia" miałaby być metaforą czegoś, byłaby metaforą opieki nad dzieckiem z niepełnosprawnością. Metaforą rodzicielskiego poświęcenia. Lee Cronin już po raz trzeci wyciska przecież horror z konwencji rodzinnego dramatu. W "Impostorze" matka podejrzewała, iż jej syna zastąpił demoniczny sobowtór. W "Martwym złu: Przebudzeniu" dzieci musiały odeprzeć atak opętanej przez złą siłę matki. W "Mumii…" nieco poważniej: Charlie (Jack Reynor) i Larissa (Laia Costa) stają przed wyzwaniem pielęgnacji latorośli niezdolnej do samodzielnego życia. Katie wymaga bowiem nieustannego monitorowania, jest niekontaktowa, bywa zagrożeniem dla siebie i innych, a dla rodziców – wyzwaniem. Może nawet, brzydkie słowo, ciężarem. To dziecko, jakie w niektórych katolickich kręgach (a więc kręgach podatnych na horrorową ikonografię) określono by właśnie "muminkiem".

  • Warner Bros. Entertainment Inc.

Tym samym wracamy do wyjściowej anegdoty. Użyty w takim kontekście termin "muminek" jest oczywiście kontrowersyjny, bo jedni uważają go za emancypacyjny, inni zaś za infantylizujący. U Cronina zamiast muminka jest jednak mumi(nk)a. Metafory metaforami, ale przede wszystkim chodzi tu o fotogeniczną krwawą jatkę.

Co ciekawe, filmowa seria o mumii, mimo długiej ekranowej tradycji, dotychczas bardzo ostrożnie eksplorowała potencjał gore, jakim kipi motyw zabalsamowanych zwłok wracających do życia. To dlatego film Lee Cronina uwzględnia w tytule nazwisko reżysera: żeby manifestacyjnie odróżnić się od klasycznych inkarnacji mumii. Słynny cykl stanowi dla niego nie tyle tło, ile kontrapunkt.

Oryginalna "Mumia" (1932) z Borisem Karloffem była utrzymaną w romantyczno-gotyckim tonie powtórką z "Draculi" (1931). "Mumia" (1959) z Christopherem Lee szła za ciosem oryginału, chociaż mumia zyskała tam na monstrualności – kosztem inteligencji. W "Abbott i Costello spotykają Mumię" (1955) wybrzmiał komediowy aspekt tytułowego potwora, a w "Mumii" (1999) z Brendanem Fraserem dostaliśmy kino przygodowe w duchu "Indiany Jonesa". "Mumia" (2017) z Tomem Cruise’em była zaś ofiarą swoich czasów. Trupa klasycznego horroru próbowano tam bowiem wcisnąć na siłę do dwóch modnych sarkofagów naraz: z jednej strony "Mission: Impossible", z drugiej – uniwersum Marvela.

Jack Reynor, Natalie Grace
  • Warner Bros. Entertainment Inc.

Cronin tymczasem idzie w – parafrazując Irzykowskiego – widzialność obcowania człowieka z materią żywego trupa. Kto widział "Martwe zło: Przebudzenie", ten będzie miał jako takie pojęcie, z czym się to je (a raczej z czym się tego nie je). Wypadające szczęki, bandaże odklejane od gnijącego mięcha, połykane skorpiony, odwrotna tracheotomia… Docenią to ci widzowie, którzy lubią rękę, nogę i mózg na ekranie. Zwłaszcza ze szczyptą może nie humoru, ale groteski na pewno. Żeby było jeszcze śmieszniej, sam przyznałbym palmę okropieństwa scenie… obcinania paznokci. Ale co kto lubi (a raczej czego nie lubi).

Premierę nowej "Mumii" poprzedza zresztą pogłoska o filmie tak intensywnym – albo tak złym – iż pełniący rolę producenta James Wan podobno wyszedł z sali w trakcie pokazu. Spokojnie, jako reżyser "Piły", "Obecności" i "Naznaczonego" Wan ma ewidentnie mocne nerwy. Zawinił raczej pęcherz, bo twórca rzekomo wyskoczył tylko do toalety. Tymczasem ani jedno ("Mumia" jest nieoglądalna, bo obrzydliwa) ani drugie ("Mumia" jest nieoglądalna, bo zła) nie jest prawdą o "Mumii…". Nie jest – bo to film zaledwie DOŚĆ obrzydliwy (chociaż nie będę się upierał, każdy ma swoje triggery) i przede wszystkim NIE ZŁY. Nie mylić z "niezły".

Natalie Grace, Veronica Falcón
  • Warner Bros. Entertainment Inc.
  • Patrick Redmond

Przede wszystkim nie jest to film szczególnie intensywny. Powód jest prosty i zapowiada go już zaskakujący metraż. 133 minuty to dużo jak na dawkę ekranowego gore. Żeby chociaż! Niestety, Cronin spędza większość tego czasu, raczej przygotowując fundament pod kolejne triggery, niż de facto triggerując. Teoretycznie ma to sens: horror, podobnie jak puenta w kawale, często wymaga odpowiedniego przygotowania. Sęk w tym, iż Cronin nie robi nic treściwego z tymi ekranowymi minutami. Produkuje raczej puste kalorie i wyjaśnia zagadki, których wyjaśnienie znamy od pierwszych minut filmu (patrz: wątek śledztwa egipskiej policjantki Dalii Zaki granej przez May Calamawy). Raz za razem powraca tu też dziwaczna montażowa strategia, w której Cronin podprowadza jakąś wymyślną kulminację, po czym nagle urywa wątek, wrzucając najniższy dramaturgiczny bieg. Efekt jest taki, iż balonik napięcia momentalnie flaczeje i trzeba je potem budować całkiem od nowa.

Cronin lubi w ogóle poetykę jaskrawych kontrastów. Dość powiedzieć, iż pełno tu ujęć wykorzystujących bardzo dynamiczną perspektywę: w taki sposób, iż detal na pierwszym planie zostaje nagle groteskowo wyolbrzymiony względem reszty kadru. Nie powiem, jest to efekciarskie, ale miejscami też całkiem efektowne. Doceniam zwłaszcza pomysłowy sposób ukazania spadania ze schodów – poprzez zbliżenie podskakującej na stopniach twarzy.

Veronica Falcón
  • Warner Bros. Entertainment Inc.

Gorzej, iż te kontrasty symbolizują rozkrok, czy raczej szereg rozkroków, w których staje reżyser. Tak, Cronin słusznie próbuje pokazać "Mumię" z nowej strony. W rezultacie jednak "Mumia" przestaje być "Mumią", a staje się kolejną wariacją na temat "Egzorcysty" (1973). Wyciągnięta z sarkofagu Katie (Natalie Grace) koniec końców okazuje się sześćset sześćdziesiątą szóstą inkarnacją Regan z filmu Williama Friedkina. To schowana pod charakteryzacją dziewczynka, która bluzga i rzyga na lewo i prawo. Nieważne, ile kazaliby jej wymiotować, ilość nie przejdzie nagle w (nową) jakość.

Hojny metraż sugerowałby jednak, iż Cronina nie interesuje jedynie spektakl grozy. Że w grę wchodzą jeszcze ambicje. Powtórzę: "Mumia…" faktycznie opowiada o rodzicach stających przed wyzwaniem, które testuje granice ich rodzicielskiej miłości. Ale Cronin załatwia wątek jedną kłótnią i deleguje go do podtekstu. Metafora pozostaje zatem w mocy, ale film nie zgłębia tematu, a tylko go sygnalizuje. Podobnie jest z kulturowymi napięciami na linii Wschód-Zachód, Egipt-USA, czy szerzej: obrazem archeologii jako zbrodni kolonializmu, którym chcąc nie chcąc podszyta jest seria o mumii. Cronin sprytnie przenosi akcję z piaszczystego Kairu do równie piaszczystego Albuquerque, ale choćby nie eksploruje jakoś szczególnie tej scenerii – a co dopiero kontekstów.

Natalie Grace
  • Warner Bros. Entertainment Inc.

Nie żeby musiał eksplorować. Jasne, tacy bracia Philippou w "Oddaj ją" (2025) uwinęli się w pół godziny szybciej, zarazem popisowo strasząc i biorąc poważny temat absolutnie na poważnie. Ale wystarczyłoby, gdyby film o krwiożerczej mumii był przede wszystkim fajnym filmem o krwiożerczej mumii. A tu bandaż ciut za długi, mięcha jakby za mało – Cronin trochę straszy, a trochę zwyczajnie nudzi. Może trzeba było potraktować tę "Mumię" jak, nie przymierzając, mumię, i po prostu bardziej ją wybebeszyć. A po filmowemu: skrócić. Przytnij mumii paznokietki i będzie jak znalazł.
Idź do oryginalnego materiału