Mroczny rycerz upada

filmweb.pl 1 miesiąc temu
Zdjęcie: plakat


„Citizen Vigilante” to film, którego komunikat należałoby skwitować słowami „tylko pamiętajcie, dzieciaki, nie róbcie tego w domu”. Znamienne jednak, iż wieńczy go skrajnie odmienne przesłanie. I nie chodzi tu o oddolną inicjatywę obywatelską mającą na celu, dajmy na to, komunalne sadzenie róż na betonowym osiedlu, ale o chwycenie za broń i „zrobienie porządku”. O przywrócenie niemalże mitycznego status quo poprzez krwawą rewolucję, poprzez chaos. A jest to znamienne, bo niemiecki reżyser Uwe Boll nigdy nie słynął z operowania subtelnościami, niezależnie od podejmowanej tematyki. Trudno więc było spodziewać się po nim czegoś odmiennego akurat teraz. Równocześnie Boll to twardy orzech do zgryzienia, bo, choć otacza go nimb tandeciarza i geszefciarza, chyba faktycznie wierzy w sztukę kina do tego stopnia, iż próbuje nadać jej moc sprawczą.

Armie Hammer
  • Event Film Distribution

Recenzowanie „Citizen Vigilante” to choćby nie tyle próba przebiegnięcia slalomem przez pole minowe, ile rzucenie się na minę przeciwpiechotną. Traci bowiem na znaczeniu, czy jest to dzieło dobre (nie jest), przeciętne (też nie), czy złe (niestety), liczy się jego ideologiczny wydźwięk i obranie odpowiedniej według dyskutanta strony światopoglądowego sporu. Boll całkiem świadomie nie tyle zapisał, co wyrył dłutem swoje nazwisko w prawej kolumnie politycznego Excela, zdobywając poparcie możnych tamtego świata i przypinając sobie łatkę twórcy wyklętego. Powiedzmy sobie szczerze: „Citizen Vigilante” to przecież nic innego jak fantazja o powrocie do krainy mlekiem i miodem płynącej, jaką rzekomo miała być niegdyś Europa (tam toczy się akcja i umyślnie nie napisałem „tutaj”, bo mamy do czynienia z symbolem, nie z faktycznym miejscem). Chociaż taka fantazja ma punkty styczne ze znakomitymi przecież klasykami kina zemsty, „Życzeniem śmierci” czy „Brudnym Harrym”, to jest też czysto demagogiczna.

Armie Hammer
  • Event Film Distribution

Nie sposób jednak, przy całej realizatorskiej mizerii, nie docenić „Citizen Vigilante” jako wyrazu społecznego gniewu, do tego uargumentowanego tutaj poprzez może nieznośne i miałkie, ale jednak populistycznie efektywne i efektowne monologi. Kwestie niewydolności systemu, polityki migracyjnej, korupcji w wysokich strukturach władzy, egoizmu i egotyzmu rządzących to przecież tematy ważne i poważne. Ale Boll niemiłosiernie je spłyca, oskarżycielski paluch kierując na bliżej niesprecyzowane „lewactwo”, a jako rozwiązanie proponując mitomański sen o przemocy. To choćby nie proste, ale prostackie. Bo obojętne, po której stronie tej nieszczęsnej barykady stoimy, nie może być żadnego przyzwolenia na zabijanie i samosądy. Aż mi głupio, iż podobne truizmy piszę zupełnie na serio w 2026 roku.

Bohater Bolla, bezduszny, wyrzeźbiony z marmuru, grany przez Armiego Hammera, kolejnego wykluczonego z hollywoodzkiego obiegu, to bardziej emblemat niż postać. Nie kieruje się żadnymi zasadami, to nie Callahan, Kersey, ani choćby Punisher, to człowiek-zjawa, który prowadzi lud na front wojny nie tylko ideologicznej, ale i faktycznej. Front, który biegnie i wzdłuż granic kontynentu, i przecina go na wskroś. Nie ma tu ani jednego głosu sprzeciwu przeciwko jego metodzie – po trupach do celu, nie inaczej – wszystkie komentarze są entuzjastyczne: to „bohater, na jakiego czekaliśmy”. Tyle iż nie. Tytułowy Obywatel Mściciel to socjopata, który morduje gliniarzy (kopia nieudanej akcji z Magdalenki) z takim samym zacięciem jak wszystkich innych i choćby na moment idzie uwierzyć, iż klucz rasowy czy kulturowy jest tu nieistotny. Ale gdyby ktoś nie zrozumiał, iż za całe zło odpowiadają wyłącznie „oni” – spokojnie, zostanie to powiedziane.

Armie Hammer
  • Event Film Distribution

I choćby wszystko to, co napisałem wyżej, nie skreśliłoby omawianego filmu, gdyby został on nakręcony zgodnie z prawidłami sztuki. Niestety: sam erystyczny żar nie roznieci płomienia. A „Citizen Vigilante” na płaszczyźnie scenariuszowej czy reżyserskiej to kino prawie iż amatorskie. Skrajnie nieudolne, pełne pustych, męczących ujęć, nietrzymające tempa, niepotrzebnie i bez wyraźnego powodu opowiedziane nielinearnie. Wbrew pozorom żywię do Bolla sympatię za jego wytrwałość, za niepokorność, za niezłe „Rampage” i za to ciągłe podnoszenie się po klęskach. Ale w tym przypadku nie ma co zaklinać rzeczywistości. Zrobił zły film i nie zmieni tego ani o jotę argumentacja o jego publicystycznej aktualności. Gdyby chociaż wywołał merytoryczną i konstruktywną dyskusję – choćby pod tą recenzją. Ale trzeba by ją wtedy doczytać do końca.
Idź do oryginalnego materiału