Mr. Intercontinental

filmweb.pl 2 tygodni temu
Zdjęcie: plakat


Nostalgia bywa zdradliwa. Zwłaszcza za miejscami, w których się nie było, i czasami, które zna się wyłącznie z opowieści. Potwierdza to Gastón Solnicki swoim duchologicznym projektem, rozpoczętym "Wprowadzeniem do ciemności" (2018), rozwijanym "Paczuszką pełną miłości" (2022) i domkniętym teraz "Ostatnim konsjerżem".

Argentyński reżyser z żydowskimi korzeniami wzdycha w swej ostatniej twórczości do wyobrażonego Wiednia, przyglądając się zapomnianym elementom tożsamości miasta. W pierwszym segmencie trylogii składał hołd Hansowi Hurchowi – austriackiemu krytykowi filmowemu i dyrektorowi Viennale; w drugim pomstował na niedawno wprowadzony zakaz palenia papierosów w publicznych lokalach. Najnowszy utwór skupia się na Hotelu InterContinental – nieco już dziś podupadającej chlubie turystyki drugiej połowy XX wieku.

Willem Dafoe
  • Filmy Wiktora
  • Little Magnet Films
  • Primo

Jeden z pierwszych wiedeńskich wieżowców oglądamy tu przez pryzmat nadchodzącej zmiany właściciela. Zarządzający przybytkiem menedżer z trzydziestoletnim stażem, Lucius Glantz (w tej roli Willem Dafoe), orientuje się o planach nowych inwestorów: wyburzeniu i zupełnie nowej bryle. Zaangażowany w swoje miejsce pracy i życia hotelarz rozpoczyna cichy bój z deweloperem oraz własnym przeznaczeniem. Choć Lucius nie jest sam, bo wspiera go córka, kochanka i oddana ekipa, to jednak doskwiera mu poczucie zagubienia, a choćby porzucenia. Po raz ostatni przemierza więc najróżniejsze korytarze oraz wnęki budynku i za wszelką cenę stara się zatrzymać w czasie wspomnienia, a także uczucia z nim związane. Nieskutecznie jednak – rozkład postępuje, a rozpędzony pociąg zmian trudno przestawić na inny tor.

Skupiając się na relacji tej specyficznej pary głównych bohaterów, Solnicki mimowolnie pokazuje też szerszy kontekst zmieniającej się tkanki miasta. Równolegle do fabularnej miniaturki Argentyńczyk szkicuje tu iście dokumentalny portret przemian. Jak zresztą wspomniał w jednym z wywiadów, hotele w pewnym sensie podobne są do kin – mogą przenosić do innego świata, służyć za drzwi do nowych rzeczywistości. Podupadająca luksusowa noclegownia stanowi jasny symbol zmiany statusu austriackiej metropolii. Niegdyś zawieszony między wschodem a zachodem, witający turystów z całego globu, dziś Wiedeń, przynajmniej w obrazku, stanowi wyłącznie powidok swej poprzedniej wielkości. Nie bez powodu zresztą w fabułę "Ostatniego konsjerża" wplecione zostały materiały archiwalne, również z prywatnego albumu twórcy.

Willem Dafoe
  • Filmy Wiktora
  • Little Magnet Films
  • Primo

Dosyć szczątkowo zarysowany scenariusz poskutkował oparciem narracji w głównej mierze na zdjęciach. Winiety, statyczne kompozycje, zachowawcze pociągnięcia kamerą czy zbliżenia, z jednej strony dyktują tempo akcji, z drugiej pomagają podbić komediowy charakter niektórych scen, a innym nadać mroku. Naszą uwagą manipuluje tu Rui Poças, wybitny portugalski operator znany z wcześniejszych filmów Solnickiego, ale też arcydzieł João Pedra Rodriguesa ("O Fantasma") czy Miguela Gomesa ("Grand Tour"). Z wyczuciem i precyzją powoli odsłania przed widzami odchodzące od ścian tapety, zardzewiałe rury, wysłużone dywany, wszystkie dowody na to, iż gmach InterContinentalu dobre lata ma już za sobą. Uwagę zwraca dbałość o szczegóły kompozycji – światła i cienie wchodzą na ekranie w kolizję z teksturami, pulsując zarówno we wnętrzach, jak i w krajobrazach.

Lilly Senn, Camille Clair
  • Filmy Wiktora
  • Little Magnet Films
  • Primo

Pocztówkowy charakter "Ostatniego konsjerża" wzmacnia warstwa audialna, będąca kolejnym w dorobku Solnickiego przykładem doskonałego wyczucia przestrzeni miejskiej. Poza obecnością na zdjęciach Wiedeń jest tu przede wszystkim słyszalny. Zaczynając od panoram, gdy kakofoniczny miks stukotu torowisk, warczenia silników i gwaru przechodniów, składa się na spójny rytm metropolii, aż po zbliżenia, którymi reżyser zapewnia doznania ASMR chodzenia po wykładzinach, polerowania sztućców i kieliszków czy wypiekania sufletu. Przestrzeń dźwiękowa zyskuje tu dodatkowy wymiar, stanowiący pomost między lirycznym sznytem opowieści a reporterską z ducha formą. W tle przygrywa zaś klasyczny repertuar od Bacha przez Bartóka po cumbię w napisach końcowych. Prawdziwe zderzenie wiedeńskiego patosu i argentyńskiego nadęcia.

Rozplątywanie więzów tożsamości towarzyszy całemu filmowi, bo jakkolwiek by spojrzeć, nikt nie jest tu "stąd", nikt nie przystaje do konwencji, ani miejsca, w jakim się znalazł. Gubią się więc w architekturze, wyobraźni i czasie, wpadają w wir codziennych ucieczek, tak jak fabuła co chwilę zbacza, powtarza się i meandruje. To być może stąd bierze się silna zażyłość Luciana z hotelem, Solnickiego z Wiedniem, a Willema Dafoe z kinem niezależnym – znaleźli sobie w nich azyl, w którym mogą porzucić dotychczasowe etykiety i spróbować czegoś na nowo. Poszukiwanie tożsamości poprzez wykorzenienie wydaje się zresztą kluczowym leitmotivem całej trylogii reżysera.

Stéphanie Argerich, Willem Dafoe
  • Filmy Wiktora
  • Little Magnet Films
  • Primo

Jednocześnie trudno nie wyczuć w tym spektaklu gestów, spojrzeń i pejzaży pewnego dystansu, sporej dozy autorskiego wycofania wymieszanego z prostym cynizmem. Argentyński reżyser nie zabiega o emocjonalne przywiązanie widza, ale nie zaprasza przy tym do medytacji albo wielozmysłowego odbierania zdarzeń. W krótko zarysowanych scenkach rodzajowych i stylizowanych choreografiach obcujemy bardziej z czymś w rodzaju pokazu slajdów, prezentacji odczuć, stanów i wspomnień, a nie fabularnej impresji. Tak oszczędny materiał domagałby się większej konsekwencji formalnej albo wyrazistszego komentarza. Brakuje tu większej determinacji w krytyce i samym przedstawianiu zjawisk: relacji między ludźmi a przestrzenią, nieprzystawalności przeszłości do dzisiejszych czasów czy logiki pamięci.

Willem Dafoe
  • Filmy Wiktora
  • Little Magnet Films
  • Primo

Tegoroczny mundial przypomniał światu o problemie z argentyńskością – to, co było w niej od zawsze pociągające i odpychające, czyli zawieszenie gdzieś pomiędzy porządkami. Najbardziej europejski z narodów Ameryki Południowej, genetyczny miszmasz z niełatwą przeszłością i równie trudną współczesnością, także i w tej krótkiej austriackiej symfonii miejskiej, został ujęty właśnie przez pryzmat melancholijnej tęsknoty za światem, który chyba nigdy naprawdę do nich nie należał. W "Ostatnim konsjerżu" Solnicki ogląda Wiedeń z adekwatnymi dla swojego pochodzenia tragizmem i tęsknotą – niczym romantyczny mit albo starą fotografię, rozpadające się od razu po wyjęciu z szuflady. A to jednak soczewka specyficzna i dosyć wymagająca. Patrząc po ocenach i opiniach, całkowicie rozumiem, dlaczego ludziom ten opadnięty suflet nie smakuje. Choć ja bym go nie wyrzucał – wystarczy trochę przypraw i lepsze wykorzystanie czasu w piekarniku.
Idź do oryginalnego materiału