– Większość przyszłych pisarzy pociąg do pióra objawiała już w szkole. A ty?
– Ja po prostu uwielbiałam książki. Na początku nie umiałam sama czytać, robiła to co wieczór moja mama. Poświęcała mi bardzo dużo czasu, a te książki były bramą do innego świata. To były oczywiście głównie propozycje dla dzieci, jakieś tam fantastyczne historie. „Opowieści z Narnii” – to była taka pierwsza książka, którą pamiętam. Dla mnie to było fascynujące, iż te słowa, które były w niej zawarte, mogły nas przenieść gdzieś w zupełnie inną rzeczywistość. I to mnie tak zafascynowało, iż od wczesnego dzieciństwa cały czas było we mnie. W szkole podstawowej miałam też bardzo fajną nauczycielkę od polskiego, która była mega zaangażowana w to, co robiła i cały czas budowała we mnie tę miłość do literatury.
– Czy już wtedy wyróżniałaś się w klasie, pisałaś lepiej od innych?
– Tego nie wiem. Ale dla mnie na przykład praca domowa to było coś fascynującego – iż ja mogę wymyślać i zmyślać różne rzeczy. Tym bardziej iż nauczycielka nas do tego zachęcała. Pisaliśmy opowiadania, jakieś tam różne sztuki. To, co mnie pociągało w książkach, to właśnie to wymyślanie, przenoszenie się w czasie i przestrzeni, jak w wehikule. To nie tylko fantastyka, bo jak czytasz książkę, jakąkolwiek, choćby reportaż, to i tak możesz się przenieść np. do Nowego Jorku. I jak czytasz o tym mieście, możesz podróżować bez podróżowania. Bo nie wszyscy mogą przecież tam pojechać. Wracając do wspomnień szkolnych, ten polski był dla mnie taką euforią i to po prostu nigdy nie wygasło. Miałam to marzenie cały czas, żeby to była moja praca, ale myślałam, iż to jest nierealne. Wydawało się mi, iż pisarze to coś takiego niezwykłego, iż to tacy… nadludzie. Może to jest brzydkie słowo, ale ktoś taki, kto jest zwykłym człowiekiem, sądzi zapewne, iż pisarze to są jakieś niesamowite osoby. Wydawało mi się zupełnie niemożliwe, żebym ja była pisarzem.



