Od czasu Super Mario Bros. z 1993 roku, pierwszej zachodniej ekranizacji gry wideo, gamerzy domagają się od Hollywoodu tylko jednego – wiernego przenoszenia swoich ukochanych postaci i ich przygód na duży ekran. Druga strona długo pozostawała na te prośby głucha i forsowała realizowanie koszmarków daleko odbiegających od pierwowzorów, ale obecne pokolenie czterdziestoparolatków wie, co to znaczy zarwać nockę z padem w dłoni i rzadziej popełnia podobne błędy. Drugi Mortal Kombat Simona McQuoida jest tego doskonałym przykładem.
Języka gry nie da się dokładnie przetłumaczyć na język filmu. W Final Fantasy VII można zbagatelizować zbliżający się do planety meteor
i udać na farmę chocobosów, by krzyżować kolejne osobniki albo wpisać „TGM” w Falloucie, żeby udaremnić ataki wrogów w trakcie budowania osady, ale film na podobne zabiegi nie może sobie pozwolić. Bijatyki są jednak pod tym względem dość wdzięcznym materiałem źródłowym. Chodzi tutaj przecież wyłącznie o akcję. W Mortal Kombat wyjątkowo w dodatku brutalną i krwawą.
Kadr z filmu „Mortal Kombat II” / Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o. o.Tego najbardziej domagali się fani. Nie ma Mortal Kombat bez Sub-Zero wyrywającego głowę razem z kręgosłupem, Scorpiona spopielającego przeciwnika ognistym oddechem albo Kung Lao przeciągającego wroga przez przemieniony w piłę tarczową kapelusz. McQuoid nie musiał iść choćby tak daleko w odwzorowywaniu oryginału, jak sięganie raz po raz po boczne kadrowanie naśladujące rozgrywkę. W zupełności wystarczyłoby samo odzwierciedlenie ducha jednej z pierwszych gier wideo w historii, które z dużą dozą realizmu ukazywały przemoc w jej nierealnie drastycznym wydaniu (ku licznym sprzeciwom rodziców i polityków). To się bez dwóch zdań udało. choćby zresztą lepiej niż przy pierwszej części. Pozostała natomiast inna bolączka.
Przez wszystkie części gry przewinęło się około osiemdziesięciu grywalnych postaci. Niektóre nieznaczące, o szczątkowym rysie fabularnym (jak chociażby mój imiennik Jarek), inne o rozbudowanych, wielowątkowych historiach ciągnących się od lat. Upchnięcie tego wszystkiego w jednym filmie nie jest możliwe, więc twórcy musieli zmierzyć się z trudnym dylematem: skoncentrować się na kilku kluczowych bohaterach czy przedstawić większą, ale pozbawioną wyrazistości masę? Zdecydowali się na szukanie kompromisu. Z nierównym rezultatem.
Początek poprzedniej części pozostaje najbardziej angażującym momentem całego nowego Mortal Kombat. Konflikt pomiędzy Scorpionem (Hiroyuki Sanada) a Sub-Zero (Joe Taslim), osadzony w dalekowschodniej otoczce, bez wysiłku udźwignąłby całe brzemię fabularne, ale po świetnym wprowadzeniu, nagle do centrum wydarzeń przesunięta została nowa postać, Cole Young (Lewis Tan). Spychająca tym samym na drugi plan nie tylko popularnych wojowników ninja ognia i lodu, ale także, często uznawanego za głównego bohatera serii, Liu Kanga (Ludi Lin). Twórcy na szczęście nie zignorowali krytycznych głosów i akurat ten wątek przy kolejnej okazji gwałtownie ukrócili, niemniej wciąż nie potrafią znaleźć złotego środka.
Kadr z filmu „Mortal Kombat II” / Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o. o.U podstaw „dwójki” również leży interesujący pomysł, który przez nadmiar innych nie został należycie rozwinięty. Fascynujące jest ukazanie Johnny’ego Cage’a (Karl Urban) nie u szczytu popularności, tylko jako rozżaloną koniecznością sprzedawania autografów na konwentach i śmiercią kina akcji z końca XX wieku (za co obwinia Johna Wicka) przebrzmiałą gwiazdę w typie Gary’ego Danielsa albo Dona „The Dragona” Wilsona. Z początku jest tak bardzo sfrustrowany, zmęczony i zrezygnowany, iż równie dobrze mógłby się nazywać Adaś Miauczyński. Później przemienia się z kolei w komedianta wychodzącego cało z tarapatów, dzięki niezwykłemu refleksowi, przypominającego bohaterów Jackiego Chana. Kradnie każdą scenę, ma ich wyraźnie najwięcej, a i tak ginie w całym tym natłoku.
Być może lepiej sprawdziłaby się metoda znana z kina superbohaterskiego – kilka solowych filmów z wielkim finałem podczas turnieju o przyszłość świata. Trudno jednak obwiniać odliczające dni do zmiany właściciela Warner Bros., iż nie zamierzało angażować się w tworzenie rozbudowanego uniwersum. Tym bardziej, iż moda na tak szeroko zakrojone przedsięwzięcia wyraźnie przemija, a choćby u szczytu popularności nikomu nie udało się powtórzyć sukcesu Marvela.
W konsekwencji wątek Scorpiona i Sub-Zero tym razem wydaje się doczepiony na siłę, dla zadowolenia fanów; walce Liu Kanga o ocalenie Kung Lao (Max Huang) brakuje dramatyzmu (ostatnia scena z jego udziałem jest wręcz komiczna); konflikt Shao Khana (Martyn Ford) z Kitaną (Adeline Rudolph) i rozdartą pomiędzy nimi Jade (Tati Gabrielle) to powtórka z trójkąta Thanos-Gamora-Nebula; a Sonya (Jessica McNamee), Jax (Mehcad Brooks), Shang Tsung (Chin Han) czy Quan Chi (Damon Herriman) nie przejawiają żadnych cech charakterystycznych. Najbardziej charyzmatyczną postacią, poza Johnnym Cagem, jest zaginiony chłopak z baraków Kano (Josh Lawson). Jego wulgarne odzywki na granicy dobrego smaku nie tylko bawią, choćby o ile trudno się do tego przed samym sobą przyznać, ale też zaskakują, iż jeszcze tak można we współczesnym amerykańskim kinie blockbusterowym.
Kadr z filmu „Mortal Kombat II” / Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o. o.Płaskie postacie nie są jednak największym problemem scenariusza Jeremy’ego Slatera (znanego z rozczarowywania kolejnych fandomów takimi produkcjami, jak Fantastyczna Czwórka z 2015 roku, netfliksowy Notatnik śmierci czy Godzilla i Kong: Nowe imperium). Trudniej usprawiedliwić niektóre z decyzji fabularnych, nie służących w żaden sposób historii, a pochłaniających najcenniejszą walutę w tak przeładowanym treścią filmie – czas. Skrajnie niedorzeczny przykład to sekwencja z przeniknięciem do zamku Shao Khana. Czterej bohaterowie natychmiast po znalezieniu się na terytorium wroga podejmują decyzję o rozdzieleniu się, by szybciej znaleźć potężny artefakt, ale prawdziwy cel wydaje się jasny – każdy stoczy bój solo i ponownie się spotkają przed walką z bossem. Zamiast tego jednak, Liu Kang od razu natrafia na gospodarza, a kilka kopniaków później reszta ekipy stoi u jego boku. Wygląda to tak, jakby Scooby i Kudłaty już w kolejnej scenie po rozdzieleniu się z Velmą, Daphne i Fredem od razu na nich wpadli – a w dodatku właśnie ściągających maskę ze schwytanego przebierańca.
Przewrotnie uświetniona dzisiaj nostalgią, ale po premierze w 1995 roku ostro krytykowana, pierwsza ekranizacja Mortal Kombat, w reżyserii Paula W.S. Andersona, znacznie lepiej poradziła sobie ze zrównoważeniem nadmiaru postaci i ograniczonym metrażem. Kategoria wiekowa PG-13 w przypadku takiego tytułu to oczywiście niewybaczalny błąd, ale o ile chodzi o równomierne rozłożenie dramaturgii na większą liczbę postaci i zwartą treść, ma ogromną przewagę. To samo tyczy się scenografii i efektów specjalnych. Te sprzed ponad trzech dekad lepiej się zestarzały niż te sprzed kilku dni, ale to rezultat znacznie głębszego problemu trawiącego całe Hollywood.
Zostaje więc niewiele. Choreografiom scen walk daleko nie tylko do poziomu Johna Wicka, ale choćby do akcyjniaków klasy B Scotta Adkinsa. Nie odbiegają od współczesnego standardu, znanego chociażby z produkcji Marvela czy filmów Jasona Stathama. Pretekstowa fabuła potyka się o liczne wyboje, mięso armatnie tłucze się między sobą w sztampowym pojedynku dobra ze złem, waga emocjonalna poszczególnych starć jest niewielka, choćby o ile giną bohaterowie, których spodziewalibyśmy się ujrzeć w ewentualnej trzeciej części. Jakimś jednak cudem to wszystko nie ma znaczenia. Czego by temu filmowi nie zarzucić, perfekcyjne oddanie nastroju gier jest wystarczającym kontrargumentem. Być może zbyt słabym dla kogoś, kto nie spędził dziesiątek godzin na uczeniu się kombinacji klawiszy uruchamiających kolejne fatality, ale kto ten świat zna, poczuje się tutaj jak u siebie i wyjdzie z kina w pełni usatysfakcjonowany.
korekta: Daniel Łojko








![Patriotyczna oprawa kibiców. Upamiętnili Radomski Czerwiec 1976 [+FOTO/VIDEO]](https://kresy.pl/wp-content/uploads/2026/05/702569106_1393468075922921_2736717714713415639_n.jpg)



