Zabójstwa w odizolowanej scenerii i przy ograniczonym kręgu podejrzanych przyciągają właśnie tym, iż sprawca może kryć się wśród potencjalnych ofiar. Specyfika miejsca akcji nadaje takiej historii dodatkowego smaczku, bowiem trudniej stamtąd uciec i skontaktować się ze światem zewnętrznym. A jako iż uwielbiam ów motyw w popkulturze, nie potrafiłam przejść obojętnie obok mangi „Morderstwa w Decagon House”. Ochoczo zatem sięgnęłam po jej pierwszy tom.
Cykl ten stanowi mangową adaptację powieści, której autorem jest Yukito Ayatsuji, odpowiedzialny również za scenariusz komiksowej wersji. Przedstawiona tu historia przybliża czytelnikom perypetie kilkorga studentów i zarazem członków koła miłośników kryminałów. Bohaterowie przypływają na wyspę Tsunojima, gdzie nie działają telefony ani Wi-Fi. Gwoli ścisłości, zamierzają spędzić tydzień pod dachem tytułowego Decagon House, czyli dziesięciokątnego domu, acz szczególnie interesuje ich ulokowana w sąsiedztwie Błękitna Rezydencja. Wprawdzie to w tej chwili ruiny, ale grupę fascynuje tragiczny los posiadłości, będącej pół roku wcześniej areną poczwórnego zabójstwa. Sęk w tym, iż swoista detektywistyczna zabawa nabiera niebawem śmiertelnie groźnego charakteru, gdyż protagoniści najwyraźniej sami lądują na czyimś celowniku.

Udane zapoznanie z realiami i bohaterami
Debiutancki tom z powodzeniem zarysowuje kontekst i rozkłada najważniejsze pionki na fabularnej planszy. Nasi żacy, którzy, tak na marginesie, posługują się w swoim kręgu pseudonimami nawiązującymi do konkretnych pisarzy, to zróżnicowane grono. Przykładowo, studiujący prawo Ellery emanuje poczuciem wyższości i snobistycznym podejściem, podczas gdy Carr, też uczęszczający na ten kierunek, wykazuje dużą skłonność do wybuchów, zwłaszcza podpuszczany przez pierwszego z wyżej wymienionych mężczyzn. Początkowa scena spięcia pomiędzy ową dwójką zgrabnie zresztą stawia fundament pod późniejsze konflikty w grupie. A kogo jeszcze mamy w tej ekipie? M.in. Orczy z literaturoznawstwa – cichą, spokojną intelektualistkę czy Poego z medycyny, zapowiadającego się na głos rozsądku wśród studentów.
Nie tylko wyspa
Co istotne, pierwsza odsłona serii zawiera także wątek równoległy, za pomocą którego poznajemy kolejne postacie. Obejmuje on obszerne fragmenty rozgrywające się poza opustoszałymi terenami wyspy. Przed lekturą myślałam, iż cała akcja zostanie osadzona na Tsunojimie. I mimo iż wpierw zdziwił mnie taki obrót spraw, a choćby przez chwilę poczułam leciutkie ukłucie żalu z tego powodu, gwałtownie odnalazłam się w owej konwencji. Bo partie przenoszące czytelników gdzie indziej nie okazały się pójściem na łatwiznę w celu sztucznego wydłużenia opowieści. Wręcz przeciwnie, elegancko dorzucają kolejne klocki fabularne, czyniąc tę angażującą historię jeszcze bardziej zagadkową. A dotyczą one prywatnego śledztwa prowadzonego przez trzy inne osoby, które urządzają własną burzę mózgów zarówno na temat masakry w Błękitnej Rezydencji, jak też bieżących wydarzeń.

Pierwiastki gatunkowej zabawy
Tymczasem swoista wiadomość, jaką ktoś zostawia studentom na wyspie w formie enigmatycznych tabliczek, pozwoli odbiorcom być świadkami wystąpienia nerwówek pomiędzy młodymi ludźmi. Pojawią się więc wzajemne oskarżenia, ale nie zabraknie również przypuszczenia, czy to aby niezbyt smaczny dowcip. A jeszcze nim członkowie kółka poczują oddech zagrożenia na karku, nie omieszkują pożartować, iż wyspa jak ulał nadaje się na scenerię dla kryminału. Mało tego, w pewnym momencie padnie w wiadomym gronie uwaga, iż postacie o danym nastawieniu często giną pierwsze. Mile skojarzyło mi się to z cyklem filmowych slasherów „Krzyk”, który lubi przywoływać rozmaite niepisane zasady, tyle iż dla reprezentowanego przez siebie podgatunku grozy.
Oprawa ze stosownym klimatem
Jeśli chodzi o warstwę wizualną, ilustracje wyszły spod ręki Hiro Kiyohary, który wykonał kawał solidnej roboty. Ładnie i starannie narysowane postacie odznaczają się satysfakcjonującym odmalowaniem mimiki oraz osobowości na obliczach. Bardzo dobrze jest także w przypadku otoczenia. W tym miejscu pozwolę się zatrzymać przy samej Tsunojimie, od której bije niezbyt przyjazna surowość. Zgliszcza Błękitnej rezydencji wzbudzają słusznie nieprzyjemne wrażenie, natomiast Decagon House, choć z zewnątrz nie wygląda szczególnie groźnie, potrafi swym wnętrzem sprawić, iż człowiek może poczuć się trochę nieswojo. A to przez osobliwą, dziesięciokątną konstrukcję. Ba, choćby filiżanki mają tutaj taki kształt. Dodam przy okazji, iż Hiro Kiyohara pokusił się też o narysowanie pojedynczego kadru z uproszczonym planem tej nietuzinkowej posesji i symbolicznym przyporządkowaniem postaci do różnych pomieszczeń. Przyznam, iż na widok owej grafiki wyobraziłam sobie kołowrotek lub planszówkę z udziałem żywych, ale stopniowo eliminowanych pionków.

Słowem podsumowania
Pierwsza część „Morderstw w Decagon House” zwiastuje nader zacną kryminalną mangę. Mroczną detektywistyczną historię, której fabuła zbudowana jest wokół popularnego motywu rozpropagowanego przez Agathę Christie, a mianowicie przez jej powieść pt. „I nie było już nikogo”. Równocześnie Yukito Ayatsuji bynajmniej nie dopuścił się niewolniczego kopiowania pomysłów brytyjskiej królowej gatunku, w zamian pomysłowo je przetwarzając. jeżeli wobec tego zaliczacie się do grona miłośników historii o morderstwach w odciętych od świata miejscach i z niewielką liczbą osób na takich obszarach, ponure sekrety wyspy Tsunojima powinny być dla Was pozycją zdecydowanie wartą sprawdzenia. A wydawnictwu Studio JG gratuluję włączenia do swojego katalogu tak obiecującej serii.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.
Autorką tekstu jest Julita Plucińska, która prowadzi również swojego bloga crouschynca.blogspot.com.


