Moon Knight. Tom 3. – recenzja komiksu. Rozliczenie

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Moon Knight jak zwykle nie zawodzi. Komiks mimo objętości uparcie czyta się na raz, żałując potem, iż tak gwałtownie dobiegł końca. Pierwsze dwa tomy Moon Knighta trafiły do mojej osobistej komiksowej topki, a Moon Knight. Tom 3. dotrzymuje im tempa bez żadnego wysiłku.

Moon Knight. Tom 3. to zeszyt, w którym wreszcie spędzamy sporo czasu w przeszłości bohatera oraz jego pokiereszowanej psychice. Znikąd powraca Czarne Widmo – dawny wróg, a być może jego nowe wcielenie – który napuszcza na Pięść Khonshu kolejne zjawy z przeszłości. Marc Spector, Steven Grant i John Locke jak nigdy muszą współpracować, aby pokonać wrogów, pogodzić się z przeszłością i zdecydować, co dalej.

Zobacz również: Avengers. Zebrani. Tom 13 – recenzja komiksu. Multiwersalny finał

Fabularnie komiks stoi na wysokim poziomie, zgrabnie przeplatając kolejnych wrógów, zagwozdkę tożsamości nowego Czarnego Widma i przeszłości Marca jako najemnika. Pozornie oderwane od siebie wątki tworzą spójną narrację, która skutecznie buduje napięcie i zestawia ze sobą dwa poziomy walki: akcję wręcz z dylematem wewnętrznym bohatera. Pomysł stary jak świat wciąż świetnie się sprawdza, a do tego mamy podniesione stawki – osłabiony Khonshu nie przywróci swoich sług z martwych. Kto zginie, ten zginie. Jak tu się nie przejmować?

Fot. Wydawnictwo Egmont

Współpraca trzech osobowości to wątek, na który bardzo czekałam. Nie jest może długi, ale jego wizualne przedstawienie jest dopracowane, a całość pomysłowa. Marc, Steven i John spotykają się wewnątrz umysłu innego bohatera: są w stanie się zobaczyć i na krótką chwilę powstaje złudzenie, iż są to oddzielni bohaterowie. Bardzo satysfakcjonujące rozwiązanie, na które warto było czekać.

Zobacz również: Przyjdź Królestwo – recenzja komiksu. Zabawa w Boga

Ciekawym, choć budzącym mieszane uczucia, jest druga część komiksu Moon Knight. Tom 3., czyli wizyta w Mieście Umarłych. To tutaj mamy egipski Sąd Ostateczny, ale całość wypada dość chaotycznie. W komiksie ten epizod jest umieszczony po 30. numerze, ale akcja rozgrywa się po 25. zeszycie, co na starcie buduje pewne wątpliwości (chociaż to akurat może być wina mojej wciąż ograniczonej wiedzy komiksowej). Chaos wynika być może z samej specyfiki Miasta Umarłych, które stale się zmienia i pozwala Moon Knightowi wpadać na kolejne postacie z przeszłości. Tym razem jednak z nieuprzywilejowanej pozycji, bez siły i bez zimnej determinacji, która wcześniej determinowała tę postać. Interesujący twist, choć nie mój ulubiony.

Wizualnie Tom 3. nieco ustępuje poprzednikom. Znajdziemy tu piękne kadry, przemyślane ukazanie głównego bohatera i udane rozbicie na trzy osobowości. Natomiast całemu wydaniu brakuje pewnej spójności, a mnogość kompozycji momentami przytłacza. Niemniej wciąż jest na czym zawiesić oko na dłużej i choćby galeria alternatywnych okładek zatrzymuje w miejscu.

Moon Knight. Tom 3. to kolejny smakowity tom z serii, która trzyma wysoki poziom, iż aż miło. Podróż wgląb Pięści Khonshu jest naprawdę udana, trzyma w napięciu i pobudza fascynacje tak skonfliktowaną, ale spójną postacią.


Fot. Wydawnictwo Egmont

Scenariusz: Jed MacKay, David Pepose

Ilustracje: Alessandro Cappuccio, Marcelo Ferreira, Federico Sabbatini, Alessandro Vitti

Tłumaczenie: Jacek Żuławnik

Premiera: 17 czerwca 2026

Oprawa: miękka

Stron: 312

Cena katalogowa: 129,99 zł


Powyższa recenzja powstała w ramach współpracy z wydawnictwem Egmont. Dziękujemy!
Fot. główna: materiały promocyjne – kolaż (Egmont).

Idź do oryginalnego materiału