Monster Lab Simulator – recenzja gry (wczesny dostęp). Fabryka stworków w twojej piwnicy

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Jako fan gier typu Monster Capture nie mogłem przejść obojętnie obok Monster Lab Simulator. Uwielbiam tytuły, w których kolekcjonujemy różnego rodzaju stworki. Tym razem jednak nie wcielamy się w typowego trenera czy kolekcjonera, ale w ich twórcę. Naszym głównym źródłem zarobku jest produkcja, sprzedaż i dystrybucja stworzeń zwanych Fulu.

Do dyspozycji otrzymujemy pokaźne laboratorium, którego kolejne elementy odblokowują się wraz z postępami w grze. Na początku mamy jedynie kilka dziwnych maszyn oraz tablet służący do zakupu niezbędnego asortymentu. Jest on kluczowy, ponieważ stworzenie jednego Fulu wymaga przejścia przez kilka czasochłonnych etapów, z których każdy potrzebuje odpowiedniego sprzętu i komponentów.

Wszystkie stworki wykluwają się z jajek. Możemy je kupić, ale to dopiero początek. Jajo należy umieścić w urządzeniu, w którym napełniamy je odpowiednimi esencjami, również dostępnymi w sklepie. Następnie trafia ono do kolejnej maszyny symulującej wysiadywanie. Dopiero po zakończeniu całego procesu możemy wykluć jednego stworka. Całość jest dokładnie tak żmudna, jak sugeruje opis. Na początku nie wydaje się to dużym problemem, jednak z czasem monotonia zaczyna dawać się we znaki.

Zobacz również: Pokémon Legends Z-A – recenzja gry. Przeciętnie od A do Z

Fot. Kadr z gry

Same Fulu pod wieloma względami przypominają Pokemony. Posiadają typy nawiązujące do różnych aspektów natury, a każdy gatunek ma własne statystyki. Stwory mogą też zmieniać formę i w pewnym sensie ewoluować, choć system rozwoju znacznie różni się od tego znanego z kultowej serii Nintendo. Tutaj rozgrywka skupia się bardziej na kolekcjonowaniu niż na walce. Rzadkość i wartość rynkowa Fulu zależy od jakości użytych jaj oraz esencji. Lepsze składniki odblokowujemy wraz z postępem.

Kluczowym słowem w tej produkcji jest jednak czas. Zasiadając do Monster Lab Simulator, warto mieć go naprawdę sporo. Każdy proces w grze wymaga bowiem odczekania określonej ilości czasu rzeczywistego. Czekamy na dodawanie esencji, wysiadywanie jaj oraz pakowanie stworków do kapsuł. Do tego dochodzi ciągłe bieganie po rozrastającym się laboratorium. Na późniejszych etapach rozgrywki segmentów jest naprawdę dużo, a każdą trasę musimy pokonać pieszo. To zdecydowanie gra dla cierpliwych, choć choćby ich może znużyć powtarzalność.

Monotonia nie zawsze musi być wadą, co świetnie pokazał Animal Crossing: New Horizons. Tam kluczową rolę odgrywały postacie niezależne, które ożywiały świat gry. W Monster Lab Simulator jesteśmy jednak cały czas sami. Fulu są urocze i miło się patrzy, jak spacerują po naszej piwnicy, ale interakcje z nimi są bardzo ograniczone. Sprawiają wrażenie bardziej zasobu niż odrębnych istot. choćby zabawki takie jak Furby miały w sobie więcej życia.

Zobacz również: Super Mario Bros obchodzi 40 urodziny! Oto (nie)krótka historia serii

Fot. Kadr z gry

Również od strony technicznej tytuł pozostawia sporo do życzenia. Oczywiście mówimy o wczesnym dostępie, ale właśnie na tym etapie warto wskazać problemy. Sterowanie jest mylące i niepotrzebnie skomplikowane. Interakcje rozrzucono po całej klawiaturze, choć spokojnie dałoby się ograniczyć je do kilku klawiszy. Brakuje także obsługi padów, co mogłoby znacząco poprawić komfort rozgrywki.

Problemy pojawiają się też w systemie fizyki. Kolizje potrafią losowo wariować, obiekty przenikają przez siebie, a lewitujące elementy nie należą do rzadkości. Nie są to błędy uniemożliwiające grę, ale zdecydowanie wymagają dopracowania.

Oprawa dźwiękowa praktycznie nie istnieje. W menu głównym słychać jeden nijaki utwór. W trakcie rozgrywki muzyka pojawia się jedynie po włączeniu radia stojącego na półce i choćby wtedy trudno się nią zachwycić. Dźwięki otoczenia są bardzo minimalistyczne, a same Fulu korzystają z kilku powtarzalnych pisków i warknięć. To kolejny element, który wymaga poprawy przed pełną premierą.

Zobacz również: Animal Crossing: New Horizons – Nintendo Switch 2 Edition – recenzja gry

Gdybym miał podsumować moją przygodę z Monster Lab Simulator, porównałbym ją do szkolnej wycieczki do parku narodowego. Na początku jest ekscytacja i ciekawość, ale z czasem ustępują one znużeniu i poczuciu oglądania w kółko tego samego.


Powyższa recenzja powstała w ramach współpracy z Keymailer. Dziękujemy!
Fot. główna. Steam

Idź do oryginalnego materiału