Moja historia to sen, którego nie potrafię wyjaśnić.
Teściowa wiedziała, iż jej syn zdradza mnie z sąsiadką. Chowała to przede mną, jak złocone jabłko w spiżarni. O wszystkim dowiedziałam się, gdy sąsiadka zaszła w ciążę brzuch nagle urósł, nie można go było przykryć ani obrusami, ani ciszą przy stole. To już była tajemnica, która przez ściany mieszkania na warszawskim Mokotowie dzwoniła głośniej niż dzwonki tramwajów.
Przez sześć lat byłam żoną. Gotowałam razem z nim i teściową, dzieliliśmy się zupą pomidorową i cieniami codzienności, a dzieci były jeszcze snem. Nie byliśmy idealni, ale wierzyłam, iż śnimy ten sam sen rodziny. Niedziele zawsze u rodziców męża, wspólne obiady, krzątanina w kuchni cebula, seler, śmiech przez parę łez. Byłam częścią tego domu, pamiętam zapach pierogów i dźwięk starego zegara. Nigdy nie wyobrażałam sobie, iż można tam siedzieć przy stole i patrzeć komuś w oczy, jednocześnie chowając przed nim cały świat.
Sąsiadka nie była tylko kobietą z klatki schodowej. Była jak kuzynka, co wpada bez zapowiedzi, czasem zostaje na rosół, czasem pomaga przy myciu okien. Pojawiała się i znikała a ja nigdy nie podejrzewałam, iż pod stołem rośnie drugi wątek. Bo w polskich rodzinach wierzy się w granice, w świętość kuchennego stołu. Kto by pomyślał, iż pod tym dachem coś się rozgrywa pod nosem wszystkich!
Teściowa zawsze stała za sąsiadką murem. Jak ktoś cicho coś szepnie, ona tłumaczy. Potrzeba szklanki cukru? Pierwsza biegnie. A mój mąż wiecznie dostępny, zawsze gotowy, zawsze gdzieś na horyzoncie, gdzie ja go nie widzę. Widzę ich razem, ale odganiam myśli: to przecież bzdury, wymysły, nie będę snuła teorii spiskowych.
Kilka miesięcy przed wybuchem wszystko stało się dziwne. Mąż coraz bardziej znikał, mówił, iż u matki coś pomaga, praca go zatrzymuje. Nie sprawdzałam, nigdy nie śledziłam, nie przeglądałam kieszeni. Ale teściowa nagle ochłodła jej słowa były mniej serdeczne, jej oczy mniej miękkie. Poczułam, jakby miała w sobie za dużo winy, którą usiłuje ukryć pod spódnicą.
Dzień, kiedy prawda pękła, był mglisty jak poranna Warszawa. Zadzwoniła ciotka męża, Zofia. Nie zaczęła od razu. Najpierw pytała: jak praca, jak mąż, jak życie. Potem zamilkła i zapytała:
Wy jeszcze naprawdę mieszkacie razem?
Odpowiedziałam, iż tak. Znów cisza, jakby w słuchawce szumiała rzeka.
A nic nie wiesz… o sąsiadce?
Wtedy zimny prąd przeszedł mi przez ciało.
Co pani ma na myśli? zapytałam.
I usłyszałam bezpośrednio:
Jest w ciąży. Ojcem jest twój mąż.
To było już tajemnicą na głos w rodzinie. Próbowali zapanować nad sytuacją od miesięcy, ale nikt nie miał odwagi przyznać. Odłożyłam telefon, usiadłam na krawędzi łóżka. Mąż wracał późno. Jak wszedł, już czekałam.
Od kiedy jesteś z sąsiadką?
Nie zaprzeczył. Tylko schylił głowę.
To się nie wydarzyło specjalnie… powiedział.
Jak długo? spytałam.
Ponad rok…
Poczułam, iż podłoga rozsuwa się jak rzeka.
Kto wie?
Mama wie od miesięcy.
Ta odpowiedź bolała jak uderzenie śledziem w oko.
Następnego dnia poszłam do teściowej. Przyszłam bez zapowiedzi, nie obchodziło mnie, czy piją kawę czy świętują imieniny. Spytałam:
Dlaczego mi nie powiedziałaś?
Spojrzała spokojnie. Ani łza, ani drżenie w głosie. Jakby już wszystko przemyślała.
Chciałam uniknąć kłótni. Myślałam, iż on to załatwi z tobą powiedziała.
Ukrywać, iż twój syn mnie zdradza z sąsiadką, to jest chronić mnie? spytałam.
Nie chciałam niszczyć waszego małżeństwa.
Zrozumiałam wtedy coś strasznie prostego. Nigdy nie byłam chroniona. Byłam wygodna. Wszyscy mnie zwodzili. Potem rodzina pomagała, doradzała, tłumaczyła żebym nie była radykalna, żebym nie rozdzierała ciszy na kawałki. Problemem był fakt, iż reaguję.
Podpisałam papiery rozwodowe. Sąsiadka wyjechała do mamy, teściowa założyła zamek na usta. Mąż został ojcem. Ja zostałam sama, bez męża, bez rodziny, którą zawsze uważałam za swoją. Najgorsze było to, iż to nie była tylko zdrada. To była zbiorowa zdrada. Rozwód był jak przejście przez ciemny park po zmroku nie chodziło tylko o męża, chodziło o całą rodzinę.
Przez sześć lat każdej niedzieli gotowałam dla nich, podawałam barszcz, plotłam razem z nimi historie, śmiałam się do łez, świętowałam imieniny. Myślałam, iż mnie kochają. W rzeczywistości patrzyli mi w oczy i wiedzieli. Wiedzieli. Milczeli. Chronili jego, nie mnie.
Teściowa nie zdradziła mnie wtedy, gdy się dowiedziała. Zdradzała mnie co tydzień, gdy mnie obejmowała w kuchni mówiąc: Wszystko będzie dobrze, a jej syn robił dziecko komuś innemu zza ściany.
Wtedy zrozumiałam coś, co boli bardziej niż zdrada partnera: można przeżyć zdradę ukochanej osoby. Ale zdrada przez całą rodzinną ławę zmienia człowieka na zawsze.
Pytanie do was:
A co wy myślicie jeżeli rodzina partnera wie, iż was okłamują i zdradzają, ale milczą są współwinni, czy to nie ich sprawa? Co byście zrobili na moim miejscu?
