Mój syn przez wiele lat rozglądał się za odpowiednią kobietą na żonę, ale nigdy nie wtrącałem się w jego wybory. Ostatecznie, gdy skończył trzydzieści lat, poznał Kingę i od razu było widać, iż to ktoś dla niego wyjątkowy.
Praktycznie codziennie opowiadał mi, jaka to ona jest dobra, uśmiechnięta, jak bardzo mu się podoba. Widziałem, iż naprawdę się w niej zakochał. Polubiłem Kingę już przy pierwszym spotkaniu. Syn opowiadał o niej z takim zaangażowaniem, iż zaraził mnie swoim entuzjazmem. Nie zastanawiał się długo nad ślubem, tylko od razu postanowił się oświadczyć. Jako ojciec cieszyłem się jego szczęściem i oczywiście popierałem tę decyzję.
Wesele zorganizowaliśmy dość szybko, a moi znajomi bardzo mi pomagali. Rodzice Kingi okazali się serdecznymi i ciepłymi ludźmi od razu złapaliśmy dobry kontakt. Na początku wszystko układało się znakomicie byli dla siebie czuli, wspierali się i wydawali się naprawdę szczęśliwi. Ale niestety, z miesiąca na miesiąc sytuacja zaczęła się zmieniać. Częściej pojawiały się spory, niedopowiedzenia i ciche dni. Był to dopiero pierwszy rok ich małżeństwa, więc miałem nadzieję, iż uda im się wszystko poukładać, ale mimo tego wciąż się o nich martwiłem.
Pewnego wieczoru naprawdę przejąłem się sytuacją. Syn przyszedł do mnie z torbą pod pachą i powiedział, iż nie ma gdzie przenocować, bo synowa wyrzuciła go z domu. Został u mnie na kilka dni, ale Kinga przez ten czas ani razu nie przyszła, żeby porozmawiać lub cokolwiek wyjaśnić. Niestety takie sytuacje zaczęły się powtarzać coraz częściej.
Kiedy Kinga powiedziała mi, iż spodziewa się dziecka, uznałem, iż warto usiąść razem i na spokojnie pogadać. Chciałem im doradzić, co mogą zrobić, żeby lepiej się dogadali, gdy niedługo pojawi się dziecko. Myślałem, iż dzięki temu wszystko się ułoży, ale niestety, jeszcze bardziej pogorszyłem sprawę. Kłótnie i spory nasiliły się, a mój syn jeszcze częściej nocował u mnie niż u siebie. Widziałem, jak bardzo to wszystko go boli nie był już tym pogodnym i szczęśliwym człowiekiem sprzed ślubu, tylko coraz bardziej przygaszonym i rozczarowanym.
Nie mogłem dłużej patrzeć, jak syn się męczy, więc zasugerowałem mu, żeby się zastanowił, czy taki związek naprawdę ma sens. Wiedziałem, iż poradzi sobie jako ojciec, choćby gdyby miał mieszkać osobno. Ostatecznie zdecydował się na rozwód i złożył w sądzie odpowiednie dokumenty.
Po jakimś czasie Kinga przyszła do mnie ze łzami w oczach, prosząc, żebym namówił syna, by wycofał pozew. Bała się rozpadu rodziny. Starałem się jej tłumaczyć, iż rodzinę buduje się wspólnie każdego dnia, a nie tylko wtedy, gdy grozi jej rozpad. Choć nieraz próbowałem im pomóc, z czasem zaczęto mi zarzucać, iż za bardzo się wtrącam. Coraz częściej miałem wrażenie, iż nikt nie chce już moich porad ani ona, ani mój syn.
Często zastanawiam się, czy postąpiłem adekwatnie, podpowiadając synowi rozwód. Kinga nie pała do mnie sympatią, syn także robi się coraz bardziej zdystansowany. Może mają do siebie jeszcze uczucie? Żyć osobno jest trudno, ale razem też nie jest im łatwoZ czasem jednak zacząłem rozumieć, iż czasem najlepsze, co może zrobić rodzic, to po prostu cofnąć się i pozwolić dzieciom samodzielnie układać swoje życie choćby jeżeli oznacza to patrzenie na ich błędy z boku. Kiedyś wydawało mi się, iż to właśnie moja rola: pomagać, doradzać, chronić przed bólem. Ale życie pokazało mi, iż nie wszystko mogę naprawić, a każdy musi czasem przejść własną drogę, choćby jeżeli na niej pojawią się ciernie.
Pewnego dnia, gdy syn przyszedł odebrać rzeczy, spojrzałem mu w oczy i po raz pierwszy od dawna nie zapytałem, co zamierza ani nie udzieliłem żadnej rady. Po prostu objąłem go i powiedziałem: Cokolwiek zdecydujesz, będę przy tobie, synu. Uśmiechnął się krótko może pierwszy raz od miesięcy szczerze i odpowiedział: Tato, tego właśnie teraz potrzebuję.
Dziś widuję się z wnuczką i synem regularnie. Z Kingą rozmawiamy sporadycznie, z szacunkiem dla wzajemnych granic. Zrozumiałem, iż moja obecność nie polega już na kierowaniu ich życiem, ale na byciu oparciem gotowym wysłuchać, gdy będą tego potrzebować. I choć ta historia nie ma bajkowego zakończenia, cenię ten spokój, jaki pojawił się w naszych relacjach. Bo czasem miłość rodzica polega nie na rozwiązywaniu cudzych problemów, ale na dawaniu wolności choćby jeżeli oznacza to pożegnanie z własnymi wyobrażeniami o szczęściu dziecka.









