Minęło już sporo lat, odkąd pamięć przywołuje te wydarzenia. Mój syn przez długie lata poszukiwał adekwatnej dziewczyny, z którą mógłby się związać na całe życie, ale nigdy nie wtrącałam się w jego wybory. Dopiero gdy dobił trzydziestki, los postawił na jego drodze Justynę dziewczynę, jakiej szukał.
W zasadzie niemal każdego dnia słuchałam, jak opowiada o niej z zachwytem jaka urocza, jak piękna i dobra. Było widać, iż zakochał się bez pamięci, a ja również polubiłam Justynę całym sercem. Mój syn, pełen entuzjazmu, rozpowiadał wszędzie o jej zaletach wśród znajomych, w rodzinie nie mając żadnych watpliwości, iż to właśnie ta jedyna. Sprawy więc potoczyły się gwałtownie i ślub nie kazał na siebie długo czekać. Jako matka wspierałam go w tej decyzji ze wszystkich sił.
Przygotowania do wesela okazały się niemałym wyzwaniem, ale dzięki pomocy przyjaciół wszystko poszło jak należy. Rodzice Justyny byli ludźmi serdecznymi i życzliwymi, więc od razu znaleźliśmy wspólny język. Wydawało się, iż wszystko ułoży się pomyślnie, ale niestety czasy pięknej harmonii minęły szybciej, niż oczekiwałam. Ich małżeństwo zaczęło się sypać, coraz częściej gościły w nim kłótnie i nieporozumienia. Wiedziałam, iż pierwszy rok bywa trudny, więc wierzyłam, iż doczekają się lepszych dni, ale serce matki nie przestawało martwić się o ich przyszłość.
Jednej nocy, już późnym wieczorem, syn pojawił się w moich drzwiach z torbą w ręku. Powiedział, iż nie ma gdzie się podziać, bo żona wyrzuciła go z mieszkania. Przez kilka dni mieszkał u mnie, ale Justyna, mimo wszystkiego, choćby nie próbowała się z nim skontaktować czy załagodzić sprawy. Sytuacje takie powtarzały się jeszcze kilkakrotnie zawsze w napięciu i ciszy.
Gdy Justyna powiedziała mi o swojej ciąży, uznałam, iż może warto porozmawiać spokojnie, podzielić się matczynym doświadczeniem i udzielić kilku rad, jak unikać kłótni przy tak wielkiej zmianie, jaką jest pojawienie się dziecka. Niestety, wyszło odwrotnie zamiast zbliżyć ich do siebie, tylko dolałam oliwy do ognia. Syn zaczął wracać do mnie jeszcze częściej, a na jego twarzy widziałam coraz większe zmęczenie i rozczarowanie. To nie był już ten sam optymistyczny, zakochany chłopak tłumaczył, iż nie potrafi znaleźć wspólnego języka z żoną.
Nie mogłam patrzeć, jak syn cierpi w takiej relacji, więc któregoś dnia, z bólem serca, powiedziałam mu, iż może powinien poważnie zastanowić się, czy warto walczyć o to małżeństwo. Uważałam, iż byłby wspaniałym ojcem, choćby jeżeli nie zostaną już razem. Niedługo potem zdecydował się na rozwód. Złożył dokumenty w sądzie, stawiając na ostateczne rozwiązanie.
Po pewnym czasie Justyna przyszła do mnie ze łzami w oczach, prosząc, bym przemówiła synowi do rozumu i przekonała go do wycofania sprawy. Twierdziła, iż nie chce rozbijania rodziny. W rozmowie namawiałam ją wcześniej do pracy nad związkiem, a niejednokrotnie próbowałam pomagać, choć później obwiniała mnie, iż się wtrącam i wszystko komplikuję. W końcu rozniosło się po rodzinie, iż mieszam się do nie swoich spraw.
Do dziś nie wiem, czy dobrze zrobiłam, doradzając synowi odejście. Synowa straciła do mnie wszelką sympatię, a i mój własny syn z czasem się ode mnie oddalił. Pozostał jednak niedosyt i pytanie, czy naprawdę nie mogli być razem szczęśliwi? Być może miłość jeszcze w nich tkwiła Życie osobno okazuje się trudne, ale życie razem czasem jeszcze trudniejsze. Tak już los bywa przewrotny, a serce matki do końca nie zazna spokoju.
