To było jak sen splątany mgłą, kiedy byłam podczas letnich wakacji w Sopocie. Nagle zadzwonił telefon, a głos mamy płynął przez słuchawkę jak rzeka łez szlochała, szepcząc nieistniejące słowa przez zasnuty chmurą lęku eter. Wszystko było rozmazane, pokoje, w których się znajdowałam, zmieniały kształty, a światło tańczyło dziwnymi smugami po suficie hotelowego pokoju.
Gdy połączenie zerwało się nagle, spróbowałam dodzwonić się do brata Macieja. Głos miał ostry jak nóż, powiedział, żebym sama zapytała mamy, bo wie dlaczego płacze i może w końcu dostała to, na co zasłużyła. Brzmiało to jak echo grzmotu zza zamkniętego okna, a rozmowa rozmyła się w białym szumie.
Opuściliśmy z mężem romantyczny pensjonat nad Bałtykiem, kosztowny bilet do Warszawy błysnął na ekranie jak pulsująca złotówka wszystko wydawało się nierealne, jakby ktoś tasował obrazy z mojej głowy.
Gdy weszliśmy do rodzinnego domu na Pradze, powietrze było gęste od gorzkiego zapachu płaczu. Mama Jadwiga siedziała skulona w fotelu z ciemnozielonym tiulem na głowie, drżała jak liść kasztanowca na wietrze. Podałam jej krople walerianowe, które płynęły jak bursztyn do szklanki, a ona zaczęła opowiadać o dziwacznym zamieszaniu, jakby mówiła przez mgłę. Powiedziała, iż wróciła z pracy w bibliotece, a na progu spotkała synową, Bognę, całą w siniakach, która trzymała się za brzuch jakby szukała zguby.
Jadwiga przytuliła ją od razu, a Bogna zaczęła wykrzykiwać oskarżenia w stronę jej serca. Wtedy wszedł Maciej, a rzeczywistość zamieniła się w kręcący się krąg synowa zerwała się z krzesła, twarz miała jak maska na balu, i krzyczała, iż to mama ją skrzywdziła.
Maciej uwierzył, serce bijące mu w gardle jak dzwon kościelny podczas burzy, wyrzucił Jadwigę na zimne klatki schodowe. Potem, splątany w złudzeniach, zawiózł Bognę do szpitala przy ulicy Wołoskiej, gdzie echo niosło złe wieści utrata dziecka, puste kołyski we śnie.
Próbowałam z nim rozmawiać, ale jakby odgradzała mnie ściana z zimnego betonu. On milczał, unikał mnie, omijał matkę szerokim łukiem. A jednak przeczuwałam, iż cała prawda ukrywa się pod grubą warstwą lodu; ufałam matce, mimo iż wokół kłębiły się zwodnicze cienie.
Pewnej nocy, w surrealistycznym świetle lamp ulicznych, odwiedziła mnie przyjaciółka Bognie Zuzanna, przyniosła ze sobą ciche, łagodne światło. Szeptem wyjawiła mi, jak było naprawdę: Bogna, planując swe kroki jak szachistka na polu bitwy, specjalnie sprowokowała kłótnię i sama pozbyła się dziecka, by wygnać Jadwigę z mieszkania Macieja.
Gdy prawda rozlała się jak tusz po kartce, Maciej rozbił się na kawałki złości Bogna z hukiem opuściła dom i nigdy nie odwróciła się za siebie. Maciej padł na kolana u stóp matki, przepraszając, płacząc słowami, które wiły się jak wstążki na wietrze.
A Jadwiga, z sercem większym niż wszystkie polskie równiny, przyjęła syna z powrotem w objęcia, wybaczając, jakby ten dziwny, bolesny sen był tylko mglistym wspomnieniem letniej burzy.













