Krakowski dziennik, 17 grudnia 2025 r.
Dziś po raz kolejny myślę o tym, jak bliscy czekają, aż odejdę z tego świata. Słychać w ich głowach szelest planów o przejęciu mojego mieszkania, choć już dawno zabezpieczyłam się na wszelki wypadek.
Mam sześćdziesiąt lat, mieszkam sama w kamienicy na Starym Rynku. Nie mam dzieci, nie mam męża choć kiedyś byłam zamężna. W wieku dwudziestu pięciu poślubiłam Marka z miłości, ale zdrada gościa zniszczyła nasz dom. Wciągnął swoją kochankę pod mój dach, czego nie mogłam znieść. Spakowałam torby i wyprowadziłam się do rodziców. Dwa miesiące po rozwodzie dowiedziałam się, iż jestem w ciąży.
Nie chciałam nikomu mówić o tym Marekowi, nie dzwoniłam do niego. Postanowiłam wyciągnąć to dziecko na własną rękę. Kiedy urodziłam Kacpra, lekarze przynieśli okropną wiadomość: chłopiec przyszedł na świat bardzo słaby, a do tego ma nieuleczalną chorobę. Mógłby przeżyć nie więcej niż jedenaście czy dwanaście lat.
Nie wiedziałam, co robić, gdzie iść. Karmiłam go piersią, otulałam miłością i jednocześnie nie mogłam pozbyć się myśli, iż niedługo zostawi mnie. Kacper dorósł, miał piętnaście lat, a potem w odstępie tygodnia zmarł zarówno on, jak i mój ojciec, Stanisław. Straciłam dwóch najdroższych mężczyzn jednocześnie.
Ojciec zostawił mi swój duży lokal w samym sercu miasta, a ja, po latach samotności, nie miałam już nikogo, kto by mógł wypełnić pustkę. Chciałam kiedyś mieć dziecko, ale obawiałam się, iż los znów mnie dosięgnie, więc nie podejmowałam ryzyka. W wieku czterdziestu pięciu lat kupiłam laptop, by utrzymywać kontakt z rodziną i czytać wiadomości.
Kiedy znajomi odkryli, iż mieszkam sama, zaczęli odwiedzać mnie po kolei, przynosząc upominki i drobne przekąski. Często pytali, czy spisałam testament. Gdy dowiedzieli się, iż nie mam takiego dokumentu, zaczęli narzekać na moje finanse, a niektórzy podpalali wrogi stos, by wyjść przed nimi w lepszej świetle. Wiem już, komu zostawię mieszkanie przyjaciółce, której córka, Alicja, zawsze pomogła mi bezinteresownie. Reszta rodziny marzy tylko o murach tej kamienicy.
Kiedyś zerwałam z nimi kontakt, ale to nie powstrzymało ich przed natrętnymi telefonami. Ostatnio mój kuzyn Paweł zadzwonił i bezceremonialnie zapytał, czy jeszcze żyję i komu zamierzam oddać lokum. Byłam tak oburzona, iż zablokowałam wszystkie numery, by nie dostawać już żadnych wiadomości ani telefonów.
Czuję, iż kończy się kolejny rozdział mojego życia, a ja wciąż trwam w tym samym miejscu, otoczona echem dawnych obietnic i nowych niepokojów.
Zofia.








