Produkcja Młody Waszyngton powstała na 250-lecie niepodległości Stanów Zjednoczonych. Tytuł, jeszcze przed premierą, wzbudził wiele kontrowersji, kiedy reżyser Jon Erwin otwarcie przyznał, iż do powstania filmu przyczyniła się AI.
Młody Waszyngton to iście amerykańska laurka. George jest człowiekiem bez skany, poznajemy go początkowo jako dziecko ambitne i głodne sukcesu. Taki sam jest jako młodzieniec. Marzy o zostaniu bohaterem i nie ucieknie się przed niczym, aby osiągnąć sukces wbrew niskiemu statusowi społecznemu. Problemem produkcji jest jednak to, iż Waszyngtona nie da się polubił. Jest przedstawiony jako człowiek idealny, bez najmniejszej skazy. Poświęcenie nie jest mu obce, jest w stanie zrobić wszystko, aby spełnić swój plan. Dużo w nim również dumy i pychy. Co zabawne – chociaż to klasa wyższa przedstawiona jest jako zapatrzona w siebie i zepsuta, to jednak nie potrafiłam myśleć w tych kategoriach o głównym bohaterze.
Pod względem fabularnym Młody Waszyngton również pozostawia wiele do życzenia. Jest to historia młodości George’a, który trafia w sam środek konfliktu między Anglikami a Francuzami. Stawia wszystko na jednej szali, aby osiągnąć zwycięstwo i udowodnić swoją wartość. Niestety pod względem dynamiki, chociaż pozornie się wydaje, iż dzieje się bardzo dużo, to całość wlecze się niemiłosiernie. Między aktorami brak jakiejkolwiek chemii, w całej opowieści próżno szukać emocji. William Franklyn-Miller jako George Waszyngton jest tylko chodzącym pomnikiem, u którego próżno szukać człowieka. To sprawia, iż trudno poczuć do niego jakąkolwiek sympatię. Jest to po prostu pusta laurka dla amerykańskiego bohatera.
Dużo emocji wzbudziła informacja, iż w Młodym Waszyngtonie wykorzystano AI. Jon Erwin, reżyser filmu, otwarcie przyznał, iż sztuczna inteligencja podrasowała efekty specjalne w produkcji. Wywołało to ogromne oburzenie w środowisku, zwłaszcza, iż temat użycia AI od dłuższego czasu jest bardzo kontrowersyjny. Nie chcę wchodzić tu w dyskusje na ile sztuczna inteligencja była tu potrzebna, a na ile nie, bo poziom artystyczny Młodego Waszyngtona jest dla mnie równy z tym, które prezentują tanie produkcje telewizyjne, puszczane w tv w najgorszym czasie antenowym. To film do przysłowiowego kotleta, który może lecieć w tle podczas rodzinnego obiadu i na który zerknie się raz na jakiś czas, nie tracąc nic z fabuły.
Kadr z filmu Młody WaszyngtonO odtwórcy głównej roli Williamie Franklynie-Millerze pisałam już wcześniej, ale podkreślę jeszcze raz, iż próżno tu szukać jakichkolwiek emocji. Aktor nie ma na swoim koncie imponującej filmografii, wszak jest też młody i może jeszcze w przyszłości coś z niego będzie. Teraz, poza ładną buźką, nie wnosi nic adekwatnie nic. Produkcji nie ratują choćby dobrzy aktorzy, tacy jak Ben Kingsley, Andy Serkis, Kelsey Grammer czy Mary-Louise Parker. Młody Waszyngton ma być po prostu pomnikiem, aż do przesadny w amerykańskim stylu, o przeidealizowanym człowieku. Zabrakło tu czynnika ludzkiego czy momentów, w którym moglibyśmy kogokolwiek w tym filmie polubić.
Być może dla miłośników historii Stanów Zjednoczonych Młody Waszyngton okaże się produkcją ciekawą. Zwłaszcza o ile spojrzymy na nią przez pryzmat czasów, w którym powstała. Na duży plus na pewno zaskakuje pokazanie pierwszego prezydenta USA w czasach młodzieńczych, gdzie kształtuje się jego charakter, a ambicje stają się niemal obsesją. Dla mnie był to seans trudny do przebrnięcia, podczas którego cały czas miałam w głowie myśl, iż to właśnie przykład takiej ultra przeidealizowanej laurki dla bohatera, która w Stanach Zjednoczonych na pewno zyska wielu fanów. Nie bez powodu premiera została zaplanowana na 250-lecie niepodległości Ameryki…
Fot. główna: kadr z filmu Młody Waszyngton

















