Minionki i Babilon

filmweb.pl 6 dni temu
Zdjęcie: plakat


16 lat i 7 filmów – taką statystyką mogą pochwalić się Minionki, które po raz kolejny wracają na ekrany kin. Tym razem nie w głównej serii (jej czwartą część mogliśmy oglądać dwa lata temu), ale w nowej odsłonie cyklu spin-offów poświęconych przygodom tych kultowych już bohaterów popkultury. Przy takiej częstotliwości debiutów kolejnych części łatwo o zmęczenie materiału – i to właśnie czułem przy ostatnich dwóch-trzech filmach. Wygląda jednak na to, iż studio Illumination złapało drugi oddech. "Minionki i straszydła" to bowiem udana odsłona serii oraz pozytywne zaskoczenie.

"Minionki" z 2015 roku polegały głównie na slapstickowym humorze i ciągłej, w końcu męczącej akcji, z kolei "Minionki: Wejście Gru" oparte były w zasadzie na tym samym schemacie, co główna seria. Tymczasem "Minionki i straszydła" to w gruncie rzeczy sympatyczny film o dążeniu do spełniania marzeń. Nie brakuje oczywiście charakterystycznych dla tych bohaterów żartów (czasem trafionych, czasem nie), ale idzie za tym fabuła, która może emocjonalnie zaangażować.

  • Universal Pictures
  • Illumination Entertainment


"Minionki i straszydła" wprowadzają zupełnie nowy element do historii tytułowych bohaterów. Na wystawie poświęconej kinematografii okazuje się, iż wśród uznanych twórców filmowych wymienić można także dwa Minionki – Henry’ego i Jamesa. To właśnie o nich zaczyna opowiadać przewodniczka (w oryginale głosu użycza Allison Janney), a my cofamy się – najpierw setki lat wstecz, by (podobnie jak w pierwszym ze spin-offów) ujrzeć nieudane podejścia tytułowych bohaterów do znalezienia swojego "big bossa". Często kończą się one dość brutalnie – pokazane jest tu na przykład przypadkowe ścięcie głowy, choć oczywiście w kreskówkowy, bezkrwawy sposób. Jeden ze złoli staje też gołą stopą na prehistorycznego klocka Lego. Brr!

Właściwa akcja nowej części toczy się przed wydarzeniami z "Minionków" i przypada na lata 20. XX wieku. Minionki przypadkowo trafiają w sam środek Hollywood, a jeszcze większym zrządzeniem losu stają się gwiazdami niemych filmów europejskiego reżysera (Christoph Waltz). Gorzej, gdy następuje era dźwięku, a nasi bohaterowie nie są w stanie wypowiedzieć potrzebnych kwestii (jako iż mówią na swój własny sposób, łącząc różne języki), co stanowi poważną przeszkodę dla ich kariery. Henry i James postanawiają nakręcić własny film – o walce z potworami. Pojawia się zatem potrzeba zorganizowania kilku monstrów.

  • Universal Pictures
  • Illumination Entertainment


Z mojej perspektywy największą atrakcją "Minionków i straszydeł" są różnorakie mrugnięcia okiem do fanów kina – począwszy od czołówki z logiem Universal, przez pomysłowy i zabawny prolog, aż po cameo znanych postaci czy aktorów z całej historii kinematografii (gościnny występ zalicza tu m.in. twórca pewnej legendarnej marki). Twórcy czerpią też z dawnej stylistyki. Pojawiają się elementy rodem ze starych filmów science fiction, jak latające spodki, kaiju czy robot przybyły z innej planety (Jesse Eisenberg). Ten ostatni jest wprost parodią Gorta z "Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia". Jest to dawkowane w odpowiednich proporcjach i czuć, iż twórcy świetnie się bawili, dorzucając kolejne smaczki. Nawiązują zresztą nie tylko do przeszłości kina, ale m.in. do ruchu sufrażystek czy nadchodzącego wielkiego kryzysu. Najmłodsi widzowie z pewnością jeszcze nie rozszyfrują większości tych nawiązań, ale to nic – zostaje im bowiem humor i akcja, w które są one oprawione.

Za reżyserię "Minionków i straszydeł" odpowiedzialny jest Pierre Coffin, ojciec całej serii (przy okazji jak zwykle użycza on głosu tytułowym bohaterom). Miał on już okazję pełnić tę funkcję przy okazji czterech innych odsłon cyklu, ale pierwszy raz robi to w pojedynkę. Być może właśnie dlatego w tym spin-offie szczególnie czuć przywiązanie twórcy do Minionków. Coffin oczywiście daje im się wyszaleć na ekranie, ale znajduje też przestrzeń na kilka drobnych, ujmujących momentów, dzięki którym nie patrzymy na żółte ludziki tylko jak na wszędobylskie comic reliefy. Być może to też zasługa tego, iż oglądamy tutaj nowych, dopiero zaprzyjaźniających się ze sobą przedstawicieli Minionków. Nie jest to poziom emocji, jakie dawał choćby wątek Gru i dziewczynek w "Jak ukraść księżyc", ale i tak cieszę się, iż po tylu latach Minionki wciąż potrafią zaskoczyć. Trzeci akt przynosi już jednak typową dla serii feerię akcji i szaleństw – to tam dochodzi do konfrontacji z potworami sprowadzonymi przez Minionki (nie jest przecież zaskoczeniem, iż COŚ musi nie wyjść w tym całym przedsięwzięciu).

"Minionki i straszydła" są więc filmem, który porwie dzieci imponującą animacją i humorem, a dorosłych (szczególnie fanów kina) zabawi ciekawie pomyślanymi nawiązaniami. Kto wie, może niektórzy z najmłodszych widzów zainteresują się początkami kina i będą chcieli na własne oczy przekonać się, jak wyglądały filmy, do których odnosi się animacja? Dzięki temu mogłyby poznać choćby dzieła Charliego Chaplina czy Bustera Keatona i byłby to piękny efekt.
Idź do oryginalnego materiału