Miłość to za mało

filmweb.pl 1 tydzień temu
Zdjęcie: plakat


„Zaproszenie” zaczyna się adekwatnie od bardzo zwyczajnej sytuacji. Angela i Joe są razem od lat, mają dzieci, wspólny dom, obowiązki i charakterystyczną dla długoletnich związków umiejętność funkcjonowania obok siebie. Nie jest źle. Nie ma wielkiego kryzysu, zdrady ani awantury, po której ktoś pakuje walizki. Jest chyba coś znacznie bardziej znajomego - rutyna. Ona chciałaby być częściej zauważana, on jest sfrustrowanym nauczycielem i niespełnionym muzykiem, a między nimi wciąż jest uczucie, tylko trochę przykryte codziennością. Piętro wyżej mieszkają Piña i Hawk. Są głośniejsi, bardziej bezpośredni i na pierwszy rzut oka zdecydowanie bardziej zadowoleni ze swojego związku. Szczególnie w sypialni, o czym Joe, chcąc nie chcąc, regularnie dowiaduje się przez sufit.

W końcu cała czwórka spotyka się na kolacji. I tutaj film adekwatnie zamyka drzwi mieszkania i zostawia nas razem z nimi. Są rozmowy, alkohol, żarty, niezręczności, trochę flirtu, a w końcu propozycja, która sprawia, iż każdy przy stole zaczyna patrzeć na pozostałych trochę inaczej. Nie chcę zdradzać więcej, bo przyjemność z „Zaproszenia” bierze się właśnie z obserwowania, jak zwykłe spotkanie sąsiadów powoli zamienia się w bardzo niewygodną rozmowę o ich związkach. I jak spod kolejnych żartów wychodzą rzeczy, których prawdopodobnie nikt tego wieczoru nie planował powiedzieć na głos.

Wcale nie chodzi tutaj przede wszystkim o seks. Seks jest raczej pretekstem. Dużo ciekawsze okazuje się to, co dzieje się z człowiekiem, kiedy nagle widzi własnego partnera oczami kogoś obcego. Osoba, którą znamy od kilkunastu lat, której historie słyszeliśmy po dziesięć razy i której zachowania potrafimy przewidzieć z dokładnością do jednego zdania, dla kogoś innego może być przecież zupełnie nowa. Atrakcyjna, zabawna, interesująca. Może choćby fascynująca. I nagle okazuje się, iż problemem niekoniecznie jest to, iż druga osoba się zmieniła. Być może po prostu my przestaliśmy się jej uważnie przyglądać.

Podoba mi się też sposób, w jaki film rozprawia się z przekonaniem, iż gdzieś obok zawsze istnieje związek trochę lepszy od naszego. U sąsiadów jest więcej seksu, więcej spontaniczności, mniej nudy. Oni jeszcze ze sobą rozmawiają, śmieją się, dotykają się bez okazji. Tyle iż wystarczy posiedzieć z nimi trochę dłużej przy jednym stole, żeby zobaczyć rysy również na tym obrazku. „Zaproszenie” nie mówi przy tym niczego szczególnie odkrywczego. Ludzie po latach wpadają w rutynę, przestają ze sobą rozmawiać, niespełnione ambicje przynoszą do domu i kładą między sobą w łóżku. Wiemy o tym. Tylko rzadko przyglądamy się temu z tak bliska.

Film stoi przede wszystkim aktorami i dialogiem. Seth Rogen bardzo dobrze wypada jako facet, który jednocześnie potrafi być zabawny, irytujący, zazdrosny i zwyczajnie pogubiony. Olivia Wilde nie robi ze swojej bohaterki nieszczęśliwej żony czekającej na wyzwolenie z małżeństwa. Penélope Cruz i Edward Norton początkowo wyglądają natomiast jak para, której można trochę zazdrościć. Są swobodni, atrakcyjni, mają w sobie energię, której w mieszkaniu piętro niżej wyraźnie brakuje. Oczywiście im dłużej trwa kolacja, tym mniej oczywiste staje się to, komu adekwatnie należałoby tutaj zazdrościć.

„Zaproszenie” jest więc komedią, ale taką, przy której śmiech kończy się odrobinę za szybko. Za większością zabawnych sytuacji kryje się coś bardzo zwyczajnego i niezbyt zabawnego. Strach przed tym, iż można przez cały czas kogoś kochać, a jednocześnie trochę się nim znudzić. Że można mieć dobre życie i mimo wszystko zastanawiać się, czy czegoś w nim nie brakuje. Dlatego po seansie najbardziej zostaje ze mną nie sama kolacja ani propozycja, która podczas niej pada. Zostaje prostsza myśl: po ilu latach przestajemy patrzeć na osobę obok tak, jak patrzyliśmy na nią na początku? I czy rzeczywiście to ona przestała być interesująca, czy po prostu nam przestało się chcieć być jej ciekawym?
Idź do oryginalnego materiału