Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma to zdecydowanie jedna z najciekawszych filmowych propozycji tego roku. Chociaż nie jest to tak do końca moje kino to jednak cieszy mnie powiew świeżości produkcji, która łączy w sobie wiele elementów i na pewno na długo pozostanie w pamięci widzów.
Odkąd zobaczyłam pierwsze opinie i komentarze po premierze filmu Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma w Cannes, bardzo czekałam na dystrybucję tego tytułu w Polsce. Zaledwie kilka dni przed obejrzeniem dotarło do mnie, iż reżyserka Jane Schoenbrun jest też twórczynią filmu I saw the TV Glow i przyznam szczerze, iż mój entuzjazm bardzo zgasł. I saw the TV Glow, krótko mówiąc, jest dla mnie filmowym nieporozumieniem pod każdym względem. Tym samym zaczęłam się niepokoić czy nowy film reżyserki do mnie trafi.
Moje obawy okazały się bezpodstawne. Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma mnie totalnie kupiło, chociaż to nie do końca moje kino. Jane Schoenbrun wzięła na warsztat historię młodej reżyserki Kris (Hannah Einbinder). Dostaje szansę od studia na wskrzeszenie franczyzy starych slasherów Camp Miasma. Dziewczyna od dziecka jest ogromną fanką tych produkcji. Ponadto reprezentuje nowe pokolenie. Według producentów, może spojrzeć na serię świeżym okiem i pozbyć się niewygodnych poglądów, które reprezentowały stare filmy. Kris postanawia spotkać się z pierwszą final girl, która grała w pierwszej odsłonie Camp Miasmy – Billy Presley (Gillian Anderson). Aktorka mieszka w opuszczonym obozie Tivoli, gdzie nagrywano kultowy slasher i jest bardzo specyficzną osobowością. Z czasem relacja między kobietami zaczyna się zmieniać, a granica między rzeczywistością a filmem niebezpiecznie się zaciera.
Jednym z najmocniejszych punktów produkcji jest chemia między aktorkami. Gillian Anderson jest zachwycająca i olśniewająca na ekranie. Rola zapomnianej aktorki, gwiazdy jednej produkcji, może kojarzyć się bardzo metaforycznie z karierą samej Anderson, która przez lata była zaszufladkowana jako Scully z Archiwum X. Aktorka naprawdę hipnotyzuje na ekranie i jest doskonała w każdej scenie, w której się pojawia. Objawieniem była dla mnie również Hannah Einbinder. Nie widziałam jej wcześniej w żadnej produkcji, nie oglądałam Hacks, gdzie wciela się w Avę Daniels. Naprawdę olśniła mnie na ekranie, a jej przedstawienie młodej i przesiąkniętej ideologiami miłośniczki slasherów wypadło niesamowicie przekonywująco. Wracając do wspomnianej chemii, Gillian Anderson i Hannah Einbinder tworzą razem wybuchowy duet, który podkręca emocje do maksimum!
Kadr z filmu Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp MiasmaMiłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma to film, który ma wiele warstw i wydaję mi się, iż z każdym kolejnym obejrzeniem da się wyciągnąć z niego jeszcze więcej. Z jednej strony to ogromna dawka nostalgii. Jane Schoenbrun potrafiła stworzyć klimat lat popularności kaset VHS i średnich, ale kultowych z perspektywy lat, slasherów. Widać tu ogromne pokłady kinofilii i sentymentu. Jednocześnie nie brakuje tutaj satyry – i to obusiecznej. Dostaje się zarówno współczesnym produkcjom, które często zapominają o tym, iż nie każdy film musi być artystycznym dziełem z pogłębioną ideologią. Tak samo obrywają stare schematy, w których najważniejsze w slasherach było, aby główna bohaterka miała sterczące sutki i skąpe ciuszki podczas ucieczki przed mordercą czy potworem. I to połączenie wyśmiewania dwóch stron medalu wypada naprawdę nieźle. Kris i Billy reprezentują również dwa inne pokolenia i uwielbiam scenę, w której rozmawiają o filmie Camp Miasma. Młoda reżyserka od razu nawiązuje do tożsamości i ideologii mordercy. Zaś starsza aktorka gasi ją, iż w slasherach zawsze najważniejsze były tylko dwie rzeczy: ciała i płyny ustrojowe.
Wraz z rozwojem akcji granica między rzeczywistością a filmem zaczyna się rozjeżdżać. I to są chyba właśnie najbardziej problematyczne momenty w produkcji. Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma momentami okropnie się ciągnie, napięcie spada, a uwaga widzów się rozjeżdża. Niestety ten nierówny rytm filmu utrzymuje się przez cały czas. Film w filmie wypada kiepsko. Okazuje się, iż Camp Miasma, którą oglądają bohaterki, jest przeokrutnie przeciągana i dopóki nie pojawia się Mała Śmierć jest to prostu nudna. Wizualnie produkcja wygląda naprawę dobrze, ale przesadne sztuczne plany w tle, zwłaszcza pod koniec, wybijały mnie całkowicie z immersji. Na plus z kolei zasługują hektolitry sztucznej krwi. Na minus dziwne i sztuczne efekty specjalne, które psują ten nostalgiczny nastrój, który Jane Schoenbrun zdołała zbudować od samego początku.
Kadr z filmu Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp MiasmaMiłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma to zdecydowanie jeden z najciekawszych filmów ostatnich miesięcy. Wyróżnia się formą i niecodzienną fabułą. Sprawnie komentuje aktualną sytuację w Hollywood, jak i rozlicza się z niewygodną przeszłością. Do tego daje nam niesamowity duet aktorski. Gillian Anderson i Hannah Einbinder całkowicie pozamiatały i stały się dla mnie najlepszymi final girls w historii.
Fot. główna: kadr z film Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma
















