— Mikołaju, czekamy już pięć lat. Pięć. Lekarze mówią, iż nie będziemy mieć dzieci. A tu nagle…

twojacena.pl 3 tygodni temu

Dzisiaj, przeglądając stare notatki, przypomniałem sobie tamten dzień. Stałem w ogrodzie, gdy nagle usłyszałem krzyk żony.

Mieczku, pięć lat czekaliśmy. Pięć. Lekarze mówili, iż dzieci mieć nie będziemy. A tu Mieczku, patrz! Zastygła przy furtce, nie wierząc własnym oczom.

Niezdarnie przekroczyłem próg, zgarbiony pod ciężarem wiadra z rybami. Poranny chłód lipcowy wdzierał się do kości, ale to, co zobaczyłem na ławce, sprawiło, iż zapomniałem o zimnie.

Co tam? postawiłem wiadrо i podszedłem.

Na starej ławce pod płotem stał wiklinowy koszyk. W środku, owinięte w wyblakłą pieluchę, leżało dziecko.

Jego ogromne, brązowe oczy patrzyły prosto na nas bez strachu, bez ciekawości, po prostu patrzyły.

Boże wyszeptałem, skąd się tu wziął?

Żona delikatnie przesunęła palcem po jego ciemnych włosach. Maluch nie drgnął, nie zapłakał tylko mrugnął.

W jego maleńkiej dłoni zaciśnięta była kartka. Otworzyliśmy ją ostrożnie:

Proszę, pomóżcie mu. Nie potrafię. Wybaczcie.

Trzeba zadzwonić na policję zmarszczyłem brwi, drapiąc się po karku. I powiadomić gminę.

Ale żona już podniosła dziecko, przytuliła je. Pachniało kurzem dróg i niemytymi włosami. Śpioszki były znoszone, ale czyste.

Danuto spojrzałem na nią z niepokojem nie możemy go tak po prostu zabrać.

Możemy spojrzała mi prosto w oczy. Mieczku, pięć lat czekaliśmy. Pięć. Lekarze mówili A tu

Ale prawo, dokumenty Rodzice mogą się pojawić protestowałem.

Pokręciła głową: Nie pojawią się. Czuję, iż nie.

Chłopiec nagle uśmiechnął się szeroko, jakby rozumiał naszą rozmowę. I to wystarczyło. Dzięki znajomym załatwiliśmy formalności. Rok 1993 nie był łatwy.

Po tygodniu zauważyliśmy coś dziwnego. Malec, którego nazwaliśmy Wojtkiem, nie reagował na dźwięki. Myśleliśmy, iż po prostu zamyślony.

Ale gdy sąsiedzki traktor zagrzmiał pod oknami, a Wojtek choćby nie drgnął, ścisnęło mi się serce.

Mieczku, on nie słyszy szepnęła Danuta wieczorem, układając go do snu w starej kołysce po siostrzeńcu.

Długo patrzyłem w ogień w piecu, w końcu westchnąłem: Pojedziemy do lekarza w Zalesiu. Do doktora Nowaka.

Lekarz rozłożył ręce: Głuchota wrodzona, całkowita. Operacja nie wchodzi w grę.

Danuta płakała całą drogę do domu. Ja milczałem, ściskając kierownicę, aż zbielały mi kostki. Wieczorem, gdy Wojtek zasnął, wyciągnąłem butelkę.

Mieczku, może nie warto

Nie nalałem pół szklanki i wypiłem duszkiem. Nie oddamy.

Kogo?

Jego. Nikomu. Sami damy radę.

Ale jak? Jak go uczyć? Jak

Przerwałem jej gestem:

jeżeli trzeba, nauczysz się. Jesteś nauczycielką. Coś wymyślisz.

Tej nocy nie zmrużyłem oka. Leżałem, wpatrując się w sufit, i myślałem:

Jak uczyć dziecko, które nie słyszy? Jak dać mu wszystko, co potrzebne?

A nad ranem przyszło olśnienie: ma oczy, ręce, serce. Więc ma wszystko.

Następnego dnia Danuta wzięła zeszyt i zaczęła planować. Szukać książek. Wymyślać, jak uczyć bez słów. Od tej chwili nasze życie zmieniło się na zawsze.

Jesienią Wojtek skończył dziesięć lat. Siedział przy oknie i malował słoneczniki. W jego albumie nie były tylko kwiatami tańczyły, wirowały w swoim własnym rytmie.

Mieczku, spójrz Danuta dotknęła mojego ramienia.

Znowu żółty. Dziś jest szczęśliwy.

Przez te lata nauczyliśmy się rozumieć. Danuta opanowała język migowy szybciej, ja wolniej, ale najważniejsze słowa syn, kocham, duma znałem od dawna.

Szkoły dla takich dzieci nie było, uczyła go w domu. Czytać nauczył się szybko. Liczyć jeszcze szybciej.

Ale przede wszystkim rysował. Na wszystkim, co wpadło mu w ręce. Najpierw palcem po zaparowanej szybie. Potem na desce, którą specjalnie dla niego zbij

Idź do oryginalnego materiału