Krystynę wychowywałam sama. Jej ojciec odszedł, gdy miała zaledwie dwa lata. Na szczęście zostawił nam mieszkanie. Starałam się wynagrodzić córce brak ojca podwójną dawką miłości. Chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle — Krystyna wyrosła na osobę skrajnie egoistyczną.
Po raz pierwszy wyszła za mąż za naszego sąsiada, Jurka. Był sierotą i po ślubie młodzi zamieszkali u mnie. Pomagałam, jak tylko mogłam. Z czasem urodziła im się trójka dzieci i życie w dwupokojowym mieszkaniu stało się nie do zniesienia. Wtedy zdecydowałam się kupić im własne lokum, a kredyt znów wzięłam na siebie.
Znając dobrze swoją córkę, postanowiłam zapisać mieszkanie na zięcia. Jurek był odpowiedzialny, poważny, typowy żywiciel rodziny. Nie widziałam w tym nic złego. Córce jednak bardzo się to nie spodobało. I znów — nie pomyliłam się. Po dziesięciu latach małżeństwa Krystyna odeszła, mówiąc, iż pokochała kogoś innego.
Po rozwodzie oczekiwała, iż przepiszę mieszkanie na nią — w końcu to ona była „moja, rodzona”. Odmówiłam. Powiedziałam jasno, iż nie zmienię swojej decyzji. Do końca wierzyłam, iż się opamięta i wróci do męża. Przecież mieli troje wspólnych dzieci — to nie jest błahostka.
Niestety do Jurka nie wróciła, a ze mną zerwała wszelki kontakt. Najgorsze w tej sytuacji jest to, iż nie mogę widywać wnuków.
Krystyna ma troje dzieci z pierwszego małżeństwa i dwoje z drugiego. A ja nie mam możliwości kontaktu z żadnym z nich, mimo iż pomagałam je wychowywać. Dzieci nie widują się także z ojcem. To jakieś błędne koło.
Drugi zięć wydaje się porządnym człowiekiem, ale adekwatnie go nie znam — nie mamy żadnych relacji. Mieszka we własnym domu, do którego zabrał Krystynę i dzieci.
Zostałam adekwatnie sama z Jurkiem. Widzę, jak bardzo cierpi. Nie zamierza ponownie się żenić — przez cały czas kocha Krystynę i tęskni za dziećmi. Ona jednak nie pozwala mu się z nimi spotykać, a rzeczy, które kupował dla dzieci, wyrzuca na śmietnik. Powiedział mi kiedyś, iż byłby gotów oddać mieszkanie Krystynie, byle tylko pozwoliła mi widywać wnuki.
Mieszkanie przepisaliśmy wspólnie na najstarszą córkę — wiadomo, iż ostatecznie przypadnie dzieciom. Uznaliśmy, iż tak będzie najlepiej. Mimo to Krystyna przez cały czas nie pozwala nam widywać wnuków, a tych najmłodszych — tym bardziej.
Chciałabym choć trochę pomagać: zaprowadzać dzieci do szkoły, odbierać je, być obecna. A zamiast tego mam ciszę, brak kontaktu i jedno wielkie rozczarowanie.







