Przeżywając ból i nadzieję: być blisko, gdy matka odchodzi
Opieka nad chorym rodzicem jest niezwykle trudna. Bez względu na wiek czy powagę diagnozy, a choćby na to, czy jest choć cień nadziei na wyzdrowienie. Kiedy choroba po kawałku odbiera ukochaną osobę każdego dnia, żadna logika – ani ta medyczna, ani życiowa – nie potrafi zmusić serca do pogodzenia się z tym, co się dzieje. Ono pęka na części. Walczy do końca lub w zmęczeniu milcząco kapituluje.
Tydzień temu zadzwoniła do mnie moja przyjaciółka Zofia. Jej głos drżał, płakała i nie ukrywała gniewu na los. Lekarze powiedzieli, iż jej mama jest w bardzo złym stanie. Diagnoza – demencja. Prognozy nie były zbyt optymistyczne. Od razu zrozumiałam: Zofia nie była gotowa na prawdę. Potrzebowała usłyszeć coś innego, jakąś frazę skrywającą nadzieję. Choćby najmniejszy promyk.
Zaczęła szukać: inne kliniki, powtórne badania, prywatni specjaliści. ale wszystko to potwierdziło diagnozę. A Zofia, wyczerpana bezsennymi nocami, ciągle powtarzała:
– I co teraz? Mam siedzieć i patrzeć, jak najbliższa osoba stopniowo staje się bezsilnym cieniem samej siebie? I nic nie można zrobić?
Słuchając jej, siedziałam w ciszy z telefonem w ręku. Wiedziałam. Sama przeszłam przez to kilka lat temu. Przez strach, rozpacz, bezsilność. Przez poczucie winy, które zżera od środka. Winy za to, iż nie można pomóc. Winy za to, iż się po prostu… żyje, gdy obok życie zanika.
Wtedy podano mi “koła ratunkowe” przez ludzi, którzy przeszli to samo. I teraz chciałam je przekazać Zofii. Pierwsze brzmiało:
„Nie próbuj zmieniać tego, co nieuniknione. Przyjmij, iż nie będzie uzdrowienia. Ale możesz dać ciepło, opiekę, uwagę. Spraw, aby pozostałe dni były pełne miłości i światła.”
Słowa wydawały się proste. W rzeczywistości każdy krok był walką. Jak dać wsparcie osobie, która odchodzi, gdy samemu rozrywa się z bólu? Jak się uśmiechnąć, gdy każdy poranek zdaje się być pożegnaniem?
Potem pojawiła się druga rada:
„Każdy ma prawo odejść z godnością. Nie możesz nikogo zatrzymać siłą. Najważniejsze to być obok, nie zostawiać w samotności. Pozwól mu odejść tak, jak sam chce. I nie narażaj go na większe cierpienie.”
To było trudne. Brzmiało niemal jak zdrada. Jakbyś przestawał walczyć. Jakbyś poddawał się. Ale przecież czasem miłość to również umiejętność puszczenia…
Moja bliska znajoma, lekarka, wtedy powiedziała do mnie:
„Wypełniaj wszystkie prośby. choćby jeżeli wydają się głupie. choćby jeżeli ci trudno. Tak, to może być skomplikowane. Ale potem zapamiętasz nie słowa, a to, jak trzymałaś jej dłoń. Jak podawałaś wodę. Jak głaskałaś po włosach. Jak razem milczałyście. To jest pożegnanie z miłością.”
Następnie przyszedł jeszcze jeden “krąg” – od mojej przyjaciółki z podstawówki:
„Zbierz książkę dobrych historii. Opowiadaj o zabawnych sytuacjach, o dzieciństwie, o głupotach. Śmiech leczy duszę. Pomaga żyć. I umierać – również.”
Nie od razu to zrozumiałam. Śmiech wydawał się wtedy nie na miejscu. Ale kiedy mama pierwszy raz cichutko zaśmiała się z opowieści o tym, jak kiedyś, jako dziecko, zamiast kremu nawilżającego posmarowałam jej twarz pastą do butów – zobaczyłam w jej oczach światło. Prawdziwe. Żywe.
A ostatnie zdanie, którego długo nie mogłam przyjąć, brzmiało tak:
„Kiedy poczujesz, iż to już… otwórz okno. Niech świeże powietrze wejdzie do pokoju. Czasem dusza odchodzi z pierwszym tchnieniem wiatru.”
Wydawało mi się to brutalne. Chłodne. Jak można tak po prostu… otworzyć okno? Ale kiedy ten moment nadszedł – zrobiłam to. I ona odeszła cicho. Lekki wdech. Cichy wydech. I to wszystko. Byłam przy niej.
Opowiedziałam o tym wszystkim Zofii. Każde słowo. Każde wspomnienie. Bo wiem: niedługo ona również przejdzie tę drogę. I niech ma te punkty oparcia. Niech będzie na to przygotowana – na ile to w ogóle możliwe. Niech nie czuje się sama w tym bólu.
Kochanie chorego rodzica – to trudna sztuka. To jakby codziennie się żegnać. To bezsenne noce, nerwowe telefony, poszukiwania specjalistów, leków, zabiegów, które mogą przynieść cud. To łzy bezsilności, gdy patrzysz, jak silna osoba zmienia się w kruchą powłokę, a jej spojrzenie staje się puste.
Ale to także ogromne błogosławieństwo – być obok. Towarzyszyć. Zdążyć powiedzieć „kocham”. Zdążyć przytulić. Zdążyć przypomnieć sobie razem zapach pierogów, ulubioną piosenkę, rodzinną wazę na komodzie. Zdążyć. Choćby trochę.
Teraz Zofia jest nieco spokojniejsza. Mówi, iż zrozumiała: walka to nie zawsze chwytanie za rękę i potrząsanie nią. Czasami walka to po prostu trzymanie ręki. Milcząco. Do samego końca.
Każdy z nas kiedyś będzie w takiej roli. I niech zawsze znajdzie się obok ktoś, kto poda te „koła ratunkowe”. Ktoś, kto nie zostawi. Kto przypomni, iż choćby w odchodzeniu może być światło – jeżeli obok pozostaje miłość.