Film „Melania”, sfinansowany przez należący do Jeffa Bezosa koncern Amazon MGM i wyreżyserowany przez Bretta Ratnera, wyklętego z Hollywood przed dekadą na skutek oskarżeń o gwałt i molestowanie (i jednego z bohaterów nowego pakietu akt Epsteina), nie stanowi faktycznego zapisu z życia, pracy ani codzienności pierwszej damy tuż przed ponowną inauguracją jej męża. Jest – od pierwszej sceny, w której jej noga w bucie na wysokiej szpilce wysuwa się z rządowego samochodu i staje na płycie lotniska, aż do sceny ostatniej, w której ta sama noga w innym bucie na równie wysokiej szpilce znika za zamykającymi się drzwiami prezydenckiego SUV-a – niemiłosiernie dłużącym się spotem autopromocyjnym. Zabrakło tu prawdziwych specjalistów od wizerunku i reklamy, pani Trump zaufała swojej intuicji. Obraz wyprodukowany (w każdym detalu kontrolowany i autoryzowany) przez bohaterkę i będący „jej artystyczną wizją” składa się więc z wystudiowanych póz, reżyserowanych dialogów z innymi pierwszymi damami, licznych scen ukazujących, jak przechadza się korytarzami lub schodami, wsiada do windy lub z niej wysiada, kroczy tuż przed kamerą z idealnie rozłożonymi na ramionach włosami.
Czytaj też: Idź do oryginalnego materiału

















