Odłożyłam filiżankę na stół i usłyszałam dźwięk telefonu. Numer nieznany, ale sposób dzwonienia mógłby zdradzić każdego długie sygnały, natarczywe, jakby ktoś był przekonany, iż muszę odebrać. Spojrzałam na ekran i od razu wiedziałam: to on. Wiesław. Mój były mąż, który pięć lat temu zostawił mnie dla innej kobiety i tam urodził się mu syn.
Nie odebrałam od razu. Stałam przy oknie, patrząc na podwórko, gdzie dzieci grały w piłkę i pytałam w myślach: po co? Dlaczego znowu?
Telefon umilkł. Po chwili zadzwonił ponownie.
Westchnęłam i w końcu odebrałam.
Cześć, Danuta głos Wiesława był cichy, prawie skruszony. Muszę z tobą pilnie porozmawiać.
O czym? usiadłam na parapecie, przycisnęłam telefon do ucha i przygotowałam się na kolejną prośbę. Wiesław zawsze umiał prosić w taki sposób, iż odmawianie wydawało się niemożliwe.
Spotkajmy się, proszę. Nie chcę przez telefon Rozumiesz?
Nie za bardzo odpowiedziałam stanowczo. Powiedz teraz albo wcale.
Zamilkł. Po chwili westchnął głośno, z chrypką, jakby wypalił dziś paczkę więcej niż zwykle.
Sylwia ma raka. Czwarty stopień. Lekarze mówią dwa, trzy miesiące, może trochę dłużej.
Sylwia ta, przez którą odszedł. Ta, która urodziła mu syna. Ogarnął mnie chłód, nie z żalu, ale z przeczucia, iż zaraz o coś poprosi. Coś, od czego zabraknie mi tchu.
Przykro mi powiedziałam spokojnie. Ale nie rozumiem, dlaczego do mnie dzwonisz.
Danusia Potrzebuję twojej pomocy. Nie mam się już do kogo zwrócić.
Milczałam. Za oknem przeleciała wrona, siadła na gałęzi klonu i spojrzała we mnie, jakby mówiła: nie ufaj.
Danuta, proszę Spotkajmy się. Wszystko wyjaśnię. To ważne. Chodzi o Michała, o mojego syna.
O twojego syna, poprawiłam go w myślach. Nie mojego. Nigdy nie mojego.
Dobrze powiedziałam twardo. Jutro. W kawiarni na Karmelickiej, o piętnastej.
Odłożyłam telefon i długo siedziałam na parapecie, patrząc gdzieś w pustkę. Herbata wystygła, ogórki na desce zwiędły. Na lodówce wisiało stare zdjęcie ja i Wiesław na działce, uśmiechnięci, trzymamy się za ręce. Już dawno miałam się go pozbyć, ale brakowało mi odwagi. Może po prostu bałam się przyznać, iż tamta kobieta na fotografii już nie istnieje.
Następnego dnia byłam w kawiarni wcześniej. Zamówiłam herbatę, usiadłam przy oknie i czekałam. Wiesław zjawił się po dziesięciu minutach przygarbiony, posiwiały, z zakolami na skroniach. Usiadł przede mną, kiwnął kelnerce i patrzył na mnie jak ktoś, kto już na wstępie prosi o przebaczenie.
Dziękuję, iż przyszłaś odezwał się cicho.
Mów ujęłam dłonie wokół filiżanki, grzałam palce Mam mało czasu.
Nie wiem, od czego zacząć
Zacznij od tego, po co mnie wezwałeś.
Westchnął, przetarł twarz dłońmi.
Sylwia umiera. To już przesądzone. Chemia nie pomaga, na operację za późno. Nie ma rodziny jej matka zmarła trzy lata temu, ojca nigdy nie poznała. Michał zostanie całkiem sam. Ma pięć lat.
Milczałam. Coś zacisnęło mi się w środku, ale nie pozwoliłam, by wyszło na zewnątrz.
Chciałem cię poprosić zająknął się, spuścił wzrok Mogłabyś nam pomóc? Chodzi o pieniądze na leczenie i opiekę. Oddam wszystko, przysięgam, ale teraz nie mam nic.
Ile? zapytałam.
Czterysta tysięcy złotych. Może i więcej.
Odstawiłam filiżankę. Herbata chlapnęła na obrus, zostawiła ciemną plamę.
Czterysta tysięcy powtórzyłam. Skąd miałabym mieć takie pieniądze, Wiesław?
Mogłabyś sprzedać mieszkanie. To na Stromej. Sama mówiłaś, iż tam nie mieszkasz, iż ci niepotrzebne.
Mieszkanie na Stromej. Kawalerka w starym bloku, dar od rodziców na moje wesele. Potem podarowałam je Wiesławowi na urodziny, gdy jeszcze wierzyłam, iż zostaniemy razem na zawsze. On wynajmował je, miał z tego dochód. Teraz prosi, żebym je sprzedała.
Mówisz poważnie? spojrzałam mu prosto w oczy. Chcesz, żebym sprzedała mieszkanie, które ci kiedyś podarowałam?
Danuta, wiem, iż to okropne, ale
Nie powiedziałam stanowczo. Nie, Wiesław. To moje mieszkanie. Prezent nie jest obowiązkiem.
Zbladł.
Ale Sylwia umiera! Michał zostanie sierotą!
Michał ma ojca wstałam, chwyciłam torebkę Ty jesteś jego ojcem. To twoja odpowiedzialność, nie moja.
Danusia, proszę
Nie czekałam. Wyszłam i ruszyłam chodnikiem, zaciśnięty telefon grzałam dłonią. Ręce mi drżały. Czy dobrze zrobiłam? pytałam siebie. Może jestem bezduszna?
W domu zadzwoniłam do Marioli. Mariola przyjaciółka z uczelni, jedyna, która po rozwodzie mnie nie potępiała i nie mówiła, by trzymać rodzinę dla zasady.
On cię prosił, żebyś sprzedała mieszkanie? powtórzyła z niedowierzaniem. Danusia, on postradał rozum?!
Mario, tam umiera kobieta. I jest małe dziecko.
A co z tego? To nie twój problem. Niczego mu nie jesteś winna. Zupełnie nic!
Ale ja czuję się okropnie wyszeptałam. Jakbym odmawiała konającym.
Masz prawo powiedzieć nie, choćby jeżeli to boli odparła twardo Mariola. Zapamiętaj to, Danusiu. Nie musisz ratować nikogo od skutków jego własnych decyzji.
Położyłam się na kanapie i zamknęłam oczy. Wciąż słyszałam słowa Wiesława, widziałam twarz tamtej kobiety raz tylko ją spotkałam, przypadkiem, gdy szła z wózkiem. Jasne włosy, uśmiech, szczęśliwe oczy. Ukradła mi męża tak wtedy o niej myślałam. Dziś umiera i ja miałabym pomoóc?
Nie. Nie muszę.
Dwa dni później Wiesław znów zadzwonił. Tym razem już bez prośby o spotkanie mówił od razu, głosem w którym słychać było rozpacz:
Danuta, wiem, iż jesteś na mnie zła. Ale pomyśl o Michale. On nie jest niczemu winien.
Nie jestem zła powiedziałam spokojnie Po prostu nie chcę być częścią tego.
Mam jeszcze jedną prośbę zawahał się Gdyby Sylwia odeszła Mogłabyś zostać opiekunką Michała? Tymczasowo. Dopóki nie stanę na nogi
Nie od razu zrozumiałam, co mówi.
Słucham?
No bo Jesteś kobietą. Masz doświadczenie, wychowałaś Martę. Michał potrzebuje matki, ja sam nie dam sobie rady
Wiesław przerwałam, a głos mi zastygł w lodzie Chcesz, żebym została matką twego dziecka? Tego dziecka, które pojawiło się, gdy ty mnie zdradzałeś?
Danuta, wiem, iż to brzmi
Nie powiedziałam. Nie, nie i jeszcze raz nie. Wyrzuć mnie ze swoich planów. Nie będę częścią twojego nowego życia, rozumiesz?
Rozłączyłam się i osunęłam na podłogę pod ścianą. Serce dudniło, głowa szumiała.
Jak on śmiał?
Wieczorem przyszła Marta. Moja córka, dwadzieścia osiem lat, zdolna, piękna, samodzielna. Pracowała w agencji reklamowej, wynajmowała mieszkanie w Śródmieściu, żyła po swojemu. Widywałyśmy się rzadko, ale zawsze ciepło.
Mamo, dzwonił do mnie tata powiedziała, jeszcze w progu. Opowiadał o Sylwii i Michale.
Pokiwałam głową, nastawiłam czajnik.
I co ci powiedział?
Że odmówiłaś pomocy. Że jesteś zimna.
Odwróciłam się. Marta stała w korytarzu, ramiona skrzyżowane, patrzyła z wyrzutem.
Zimna? powtórzyłam. To interesujące określenie.
Mamo, jak możesz być taka? To przecież dziecko. Ono nie jest niczemu winne.
Masz rację nalałam wody do filiżanek, postawiłam je na stole Ale to nie czyni go moją odpowiedzialnością.
Mogłabyś pomóc! Przynajmniej trochę!
Marto, nie sprzedam mieszkania. Nie zostanę opiekunem cudzego dziecka. To nie moja historia. To historia twojego ojca.
Jesteś egoistką powiedziała cicho, jej głos był pełen rozczarowania.
Zabolało. Ale się nie tłumaczyłam.
Być może odpowiedziałam. Ale mam do tego prawo.
Marta wyszła po pół godzinie, nie dopiwszy herbaty. Zostałam sama i w mieszkaniu zrobiło się cicho jak w opuszczonym kościele.
Następne dni były koszmarem. Wiesław wydzwaniał, przysyłał wiadomości raz z błaganiami, raz z pogróżkami. Groził sądem, mówił, iż opowiem wszystkim, jaka jestem okrutna, iż Marta mnie znienawidzi.
Nie odpowiadałam. Czytałam i kasowałam.
Pewnego wieczoru pod drzwiami zjawiła się sama Sylwia. Blada, wychudzona, w chustce na głowie. Stała i patrzyła na mnie zmęczonymi oczami.
Czy mogę wejść? zapytała cicho.
Wpuściłam ją do środka. Usiedłyśmy w kuchni, ona długo milczała, wpatrzona w wodę w szklance.
Nie proszę pani, żeby pokochała Michała powiedziała w końcu Proszę tylko by dała mu szansę. On pozostało mały. Potrzebuje kogoś, kto się nim zaopiekuje, gdy mnie zabraknie.
A jego ojciec? zapytałam.
Wiesław nie da sobie rady. Pani to wie.
Wiedziałam. Wiesław zawsze był słaby atrakcyjny, czarujący, ale słaby. Odpowiedzialność była dla niego zbyt wielkim ciężarem. Umiał tylko prosić.
Nie mogę powiedziałam. Przykro mi. Po prostu nie mogę.
Sylwia skinęła głową, wstała, ruszyła do drzwi. Na progu się zatrzymała.
Zawsze panią podziwiałam powiedziała. Wiesław tyle o pani opowiadał Teraz rozumiem, iż pani siła wynika z chłodu w środku.
Drzwi się zamknęły. Stałam w korytarzu i nie mogłam się ruszyć.
Od chłodu w środku.
W nocy nie zmrużyłam oka. Leżałam na kanapie, gapiąc się w sufit i myślałam. O Michale, o Wiesławie, o Sylwii. O tym, iż rzeczywiście zrobiłam się zimna. Kiedyś byłam łagodna, gotowa wybaczać, poświęcać się dla innych.
A potem Wiesław zdradził. Odszedł. Zrozumiałam, iż poświęcenie nie ma sensu, gdy i tak zostaniesz zraniona.
Ale czy naprawdę mam rację?
Wstałam, podeszłam do okna. Za oknem ciemność i przytłumione światło latarni. Daleko ujadał pies.
Mam prawo powiedzieć nie powtórzyłam sobie słowa Marioli. choćby jeżeli to boli. choćby jeżeli mnie ocenią.
Nie muszę płacić za cudze winy. Nie muszę być bohaterką w czyjejś tragedii.
Rano zadzwoniłam do Wiesława.
Spotkajmy się. Dziś. Tam, gdzie ostatnio.
Przyszedł z nadzieją w oczach, usiadł, oparł ręce na stole.
Danusia, wiedziałem, że
Nie mów przerwałam. Słuchaj mnie dobrze. Nie sprzedam mieszkania. Ten prezent był wyrazem wolności, nie zobowiązania. I nie zostanę matką twojego dziecka. To nie moja historia, nie mój ból.
Ale
Ty wybrałeś kontynuowałam łagodnie. Ty tworzyłeś to życie. Ty odszedłeś, ty stałeś się ojcem z inną kobietą. I teraz sam musisz ponieść odpowiedzialność. To nie ja mam cię ratować przed skutkami twoich wyborów.
Wiesław zbladł.
To chcesz, by Michał cierpiał?
Chcę, abyś przestał używać jego do manipulacji powiedziałam twardo. Masz rodzinę, znajomych. Sylwia miała przyjaciółki. Szukaj pomocy tam. Ale nie u mnie.
Jesteś bez serca wyszeptał. Okrutna.
Wstałam, wzięłam torebkę.
Może tak powiedziałam. Ale to moje życie. I nie dam ci już w nie ingerować.
Wyszłam z kawiarni, ruszyłam przez miasto. Krok miałam pewny, plecy proste. Nie obejrzałam się za siebie.
Minęły dwa tygodnie. Wiesław więcej nie dzwonił. Marta milczała. Mariola wpadała, siadała ze mną w kuchni przy herbacie i rozmawiałyśmy o wszystkim, tylko nie o Michale i Sylwii.
Wróciłam do własnego życia. Chodziłam do pracy, gotowałam obiady, czytałam książki. Wieczorami siadałam przy oknie i patrzyłam na podwórko, gdzie bawiły się dzieci.
Czasem myślałam o Michale. Jaki jest? Do kogo podobny? Ale te myśli przychodziły i odlatywały, jak przesuwające się na niebie chmury.
Pewnego ranka dostałam SMSa od Marty: Mamo, przepraszam. Już rozumiem. Masz rację.
Uśmiechnęłam się i odpisałam: Dziękuję, kochana. Kocham cię.
Usiadłam przy oknie z filiżanką herbaty, spojrzałam na małe, przytulne mieszkanie, zalane światłem. To było moje miejsce. Mój dom. Moje życie.
Nie stałam się bohaterką. Nie uratowałam dziecka. Nie poświęciłam się.
Ale ocaliłam siebie. I to też była wygrana.
Moja wygrana.
Cicha, bez fanfar. Ale najprawdziwsza.
Upiłam łyk herbaty i otworzyłam książkę. Za oknem świeciło słońce, a świat toczył się dalej.
I pierwszy raz od dawna nie czułam winy, iż wybrałam siebie.







